Bronek, lotnik z Galicji

 

[źródło]
[opis do zdjęcia: namiot oficerski w hangarze polowym]


Kiedyś chciałam napisać o lotach zwiadowczych nad Galicją, ale tak się złożyło, że napiszę o chłopaku z Galicji, który marzył o zostaniu lotnikiem. Wszystko zaczęło się od zapytania z Włoch od Marty Tinor: czy wiemy coś na temat żołnierza Bronisława Saloni, urodzonego w 1893 r. w Kolbuszowej?

Oczywiście, że nic nie wiedział ani Dominik Topolski, ani ja. Zaczęłam szukać, najpierw w notkach o poległych, potem w metrykach, a potem … to co było potem znajdziecie w tym artykule.


Kim był Bronisław Józef Saloni?


“(...) Rzecz znamienna, że w tej samej klasie, która dzięki swym profesorom przeszła doskonałą szkołę wychowania klasycznego i wchłaniała tajemniczą potęgę antyku oraz ożywczy prąd humanizmu, znalazł się 

chłopiec, nieodżałowanej pamięci Bronek Saloni, który skupił dookoła siebie grono kolegów, budząc wśród nich zainteresowanie dla lotnictwa, dla budowy modeli samolotów i dla literatury dotyczącej tej dziedziny techniki. 

Sam przedsiębrał loty szybowcowe, zorganizował dwie wspaniałe, jak na owe czasy, wystawy awiatyczne, jedną w pawilonie Parku Dr Jordana, a drugą w sali gimnastycznej, założył kółko «Awiata», którego członkowie zbierali się co tydzień lub co dwa tygodnie dla wysłuchania odczytów i korzystali z własnej biblioteki kółka. (…)”

[źródło: cytat ze szkicu “Surowe Gimnazjum”, Adolfa Liebeskinda w “Pół wieku wspomnień uczniów gimnazjum im. B. Nowodworskiego (św. Anny) w Krakowie” - skan nr 198]


Sam ten cytat budzi już zaciekawienie, mowa jest bowiem o okresie 1909-1910, kiedy Bronisław Saloni, jako 16-letni uczeń krakowskiego gimnazjum Św. Anny dokonuje swych pierwszych odkryć i buduje wraz z kolegami z kółka Awiata swój pierwszy “aparat ślizgawkowy”, jak sam go nazywa. Z naszego punktu widzenia i dzisiejszej nomenklatury można byłoby powiedzieć, że jest to szybowiec.


Początki

Bronisław Józef Saloni urodził się 14.03.1893 r. w Kolbuszowej. Był synem Stanisława Wiktora Saloniego (z Tyczyna) oraz Marii z Nowickich (z Pilzna). 

[źródło]


Jego ojciec pracował jako nauczyciel w lokalnych szkołach od Niska, Cmolasu po Kolbuszową, Strzyżów czy Rymanów, zmieniając w związku z tym co jakiś czas miejsce zamieszkania - oczywiście wraz z całą rodziną. Oprócz Bronisława była jeszcze dwójka rodzeństwa: Helena (1889 - po mężu Kielar, zginęła w Ravensbruck) i Tadeusz (1890 - 1951, późniejszy wicewojewoda śląski, po wojnie na emigracji w RPA). Oboje rodzice przeprowadzili się do Krakowa po tym, jak Stanisław przeszedł na emeryturę. Było to również związane z edukacją synów w Gimnazjum Św. Anny. W Krakowie także zmarli, Maria w 1931 r., Stanisław w 1935. Zostali pochowani na Cmentarzu Salwatorskim, Sektor SC4 Rząd 2 Nr grobu 19.

Ojciec Bronisława - Stanisław interesował się awiatyką, lecz jego myśl szła przede wszystkim w kierunku sterowców. Na początku XX w. Stanisław Saloni opatentował projekt sterowca z oryginalnym napędem śmigłowym. 

[źródło]


“(...) Zastrzeżenia patentowe układu sterowca i konstrukcji poszczególnych elementów, we wszyst­kich krajach formułowano łącznie - z wyjątkiem Niemiec. Tam uzyskano trzy patenty za­strzegające ochronę wynalazczą rozwiązań: 
- powłoki gazowej aerostatu i usytuowanej wewnątrz niej gondoli,
- śmigieł,
- spadochronu.
Brak jest informacji, że wynalazca podejmował realizację projektu statku powietrznego. (...)”


Dla amatorów awiatyki dokładny opis wynalazku znajduje się tutaj

Widać więc, że zainteresowania ojca miały znaczny wpływ na Bronisława, którego jednak nie pociągały sterowce, a aeroplany, a w pierwszej kolejności szybowce, bo jak sam powiedział

“(...) Chcę nauczyć się orjentacji przy sterowaniu. Gdyby kiedyś znalazł się ktoś, co dałby mi pie­niędzy na wybudowanie aeroplanu według gotowe­go modelu, byłbym już całkiem wyćwiczonym pi­lotem. (...)”.


Kraków

Pod koniec wakacji w 1905 r. Bronisław wraz z bratem Tadeuszem przyjechali do Krakowa, by od września rozpocząć naukę w c.k. Gimnazjum św. Anny, obecnie Liceum im. B. Nowodworskiego. 

Jak podaje Andrzej Bogunia-Paczyński w swoim artykule na temat rodziny Salonich:

“(...) Bronek nie należał do wybitnych czy wyróżniających się uczniów - uzyskiwał noty przeciętne i najczęściej „n.o.u.” („na ogół uzdolniony”); postępy b. dobre i celujące zdarzały mu się tylko z dwóch przedmiotów: z religii i z fizyki. Jeżeli zaś chodzi o sprawowanie, to na jednym z zachowanych arkuszy ocen określono je jako – «nieodpowiednie za zuchwalstwo» (...)”

[źródło: Andrzej Bogunia-Paczyński, "O nauczycielu z Tyczyna i dwóch jego synach" (skan 156)]


Lato 1909 r. było niezwykłe pod względem wydarzeń związanych z awiatyką. W lipcu Louise Blériot przeleciał nad kanałem La Manche. Po nim nastąpiły kolejne próby mniej lub bardziej udane. Wszystko to rozgrzewało tytuły prasowe do czerwoności. 

[źródło]


Pojawiały się zdjęcia, relacje, pierwsze porównania, kto dalej lub dłużej leciał. Bracia Wright, Eugène Lefebvre, Glenn Hammond Curtiss. 

[źródło]


A w sierpniu 1909 r. odbył się pierwszy - dzisiaj powiedzielibyśmy “piknik lotniczy” - a wtedy poważny mityng awiatyczny w Reims.

Także w Galicji powstawały pierwsze organizacje zrzeszające miłośników lotnictwa: Związek Awiatyczny Słuchaczów Politechniki Lwowskiej (06.10.1909) i galicyjskie Towarzystwo „Aviata” (22.10.1909). Zapowiadano pierwsze pokazy “wzlotów” w Krakowie i we Lwowie, które miał dokonać francuski awiator, Pierre Grand, na samolocie „Blériot” – XI. 

[źródło: Andrzej Bogunia-Paczyński, "O nauczycielu z Tyczyna i dwóch jego synach" (skan 158)]

Łatwo sobie wyobrazić, że w tej atmosferze zainteresowania Bronisława musiały gwałtownie wybuchnąć i znaleźć swoje ujście.


Aparat ślizgawkowy

Szukając informacji na temat Bronisława Saloni w pierwszej kolejności natknęłam się na notatki prasowe opisujące dokonania “najmłodszego awiatora”, który zimą 1909/1910 zbudował swój pierwszy aparat i wiosną 1910 r. próbował swoich sił w jego oblotach na Krzemionkach - za Gazetą Powszechną z 10.05.1910 r. 

Tu oddajmy głos samemu Bronisławowi, który udzielił wywiadu  tytułowi Gazeta Powszechna, z 13.05.1910 r., nr 108 - przytaczam w całości w oryginalnej pisowni:

Najmłodszy awiator.

Nadchodzące z zagranicy wieści o sukcesach, jakie w rozmaitych krajach odnosili mocarze po­wietrza — awiatorzy, podziałały w wysokim sto­pniu na umysły jednostek, co tą sprawą się zajmo­wały. Poczęto na gwałt obmyślać nowe projekty latawców, co przy mało skomplikowanym mechaniźmie utrzymywałyby się jak najdłużej w powie­trzu a dawały zupełną gwarancję bezpieczeństwa pilota i tę pewność, że aparat nie zawiedzie. I tu w Krakowie mieliśmy już cały szereg ludzi, Co — można powiedzieć śmiało — w całości oddali się studjom w tym kierunku. Praca ta wydała owoce, bo sam Kraków może się poszczycić tem, iż ma ludzi, co skonstruowali pierwsze polskie aeropla­ny. Dość wspomnieć takie nazwiska jak: Szindler, Rozum i Bechene, tudzież Koluszek. Wszystko to jednostki, co noce całe prześlęczały nad planami i modelami, byle tylko na własnym aparacie módz się w przyszłości wznieść z tego „padołu pła­czu". 

Ale kiedy mówi się tyle i pisze o tamtych, to słuszną jest rzeczą, by poświęcić słów parę je­dnemu, którego pozwolę sobie nazwać najmłod­szym awiatorem.

— Któż to taki? zapyta niejeden z dużem zaciekawieniem.

— Student — uczeń V kl. gimnazjum św. An­ny. Nazywa się Bronisław Józef Saloni. Tyle tylko dowiedziałem się na razie. Zupełnie mi to wystarcza. Biegnę do gimnazjum; zadzwo­niono na pauzę. Jak z licznych kraterów wulka­nicznych wylewają się z poszczególnych drzwi po­toki nie lawy, ale umundurowanej młodzieży. Wkrótce fala ta mnie oblała. Z pośród niej sły­szę padające pod moim adresem pytania:

— Nowy belfer? Niektórzy wzruszają ramionami; wreszcie jakiś znawca zawyrokował:

— Nie “wygląda“ na belfra.

Łapię jakiegoś „piątaka“ i proszę o przywołanie wynalazcy. Rzeczywiście w krótkim czasie zjawia się przedemną młodziutki, bo 16 letni student.

— Dowiedziałem się — zacząłem — iż urzą­dzał pan wczoraj nadpowietrzną jazdę na Krze­mionkach na aparacie własnego pomysłu; mógłby mi pan dać pewne w tym kierunku informacje?

— Proszę! — odrzekł i poprowadził mnie w odległy kąt przedsionka, gdzie na ścianie widniał obraz, przedstawiający chwilę, w której Polifem oderwawszy kawał skały, rzuca ją w łodzie Odysseusa.

— Muszę zaznaczyć — rozpoczął — iż aparat, na którym spuszczałem się z góry na Krzemion­kach a aeroplan, to dwie różne rzeczy.

— Więc skonstruował pan i aeroplan i jakiś spadochron?

— Tak jest! Tylko nie spadochron, ale aparat ślizgawkowy.

— Jakżeż to?

— W grudniu zeszłego roku rozpocząłem pracę nad projektem, który w niektórych częściach skła­dowych przypominał ten i ów znany system, po­siadał jednak rzeczy, które były wyłącznie moim wynalazkiem. Przedewszystkiem zastanawiałem się nad tem, dlaczego lotnicy nie używają przednich sterów. Tworząc różne kombinacje, przekonałem się, iż ster taki jest możliwy, co więcej, nawet na­der użyteczny. W modelu moim umocowałem go na ruchomej kuli, tak że może się obracać we wszystkie strony. Na końcach zaś płaszczyzn znaj­duje się ster inny tego rodzaju, iż nie pozwala aeroplanowi przechylać się na boki. 

Ponieważ nie zbyt dobrze rozumiałem konstruk­cję owego aeroplanu, młody lotnik wydarł kartkę z notesu, rozpostarł ją na murze i rysując dawał mi dalsze wyjaśnienia. Wokoło (bo i w tym kąciku nas znaleziono) otoczyła nas rzesza zawsze ciekawych chłopczyków.

— Czy na tem aparacie robił pan próby? 

— O nie! Mam tylko model; na wybudowanie potrzeba pieniędzy, a tych nie mam; ot stara,

znana prawda!

— Model dobrze funkcjonuje?

— Doskonale!

— A na czemże latał pan na Krzemionkach?

— Już pierwej zaznaczyłem, iż mylnie podano w niektórych dziennikach, jakoby był to spado­chron; jest to właściwie aparat ślizgawkowy, który nie służy zupełnie tym celom, co aeroplan.

— Czy pan sprowadził skąd ten przyrząd?

— Nie ! zbudowałem go sam. Posiada mniej więcej tę samą konstrukcję, co mój model aero­planu. »Jazda« na nim polega na tem, iż trzyma­jąc aparat pod pachami zbiegam szybko z góry. W skutek pędu zgęszcza się pod sterami powietrze; to też skoro ubiegnę z góry około 15 kroków, za­czyna mnie aparat odrywać od ziemi i nieść w po­wietrzu. Ponieważ jednak nie mam motoru, przeto powietrze zgęszczone początkowo rozrzedza się i aparat powoli opuszcza mnie na ziemię. Prze­bywszy przestrzeń powietrzną około 50 metrową, wracam na górę i znów tosamo. 

— W jakim celu pan to robi?

— Chcę nauczyć się orjentacji przy sterowaniu. Gdyby kiedyś znalazł się ktoś, co dałby mi pie­niędzy na wybudowanie aeroplanu według gotowe­go modelu, byłbym już całkiem wyćwiczonym pi­lotem.

— Zatem ma pan nadzieję, iż tacy się znajdą?

— Nie wiem!

— A gdzież jest model i aparat ślizgawkowy?

— U kolegów mieszkających na Dębnikach. Przychodzę tam do nich i »majstruję« dalej. 

Musiałem pożegnać najmłodszego awiatora, bo już dzwonek, wzywający uczniów do klasy, dawno przebrzmiał, a stojący opodal profesor słał nam »spiskującym« w, kąciku, marsowe spojrzenie. 

W końcu dodać muszę, iż p. Bronisław Saloni jest synem sekretarza okręgowego Towarzystwa rolniczego. Z nauk specjalnością jego jest matema­tyka i fizyka. Rok temu ukończył dwuletni kurs w warstatach studenckich na Powiślu. W gimna­zjum założył kółko »Awiata«, którego celem jest zapoznawanie się z prawidłami żeglugi powie­trznej.”


Bronisław Saloni z kolegami nie ustawali w swej działalności, początkiem 1911 r. urządzili w murach Gimnazjum Św. Anny wystawę “awiatyczną”. 

Jak pisze Andrzej Bogunia-Paczyński:

“(...) Trwała ona od 28 stycznia do 5 lutego 1911 roku. Znamy dokładne daty dzienne tej prezentacji, ponieważ dzienniki krakowskie odnotowywały ją w swoich codziennych raptularzach zapowiedzi i wydarzeń miejskich. Wystawa lotnicza na Groblach – to było bowiem wówczas wydarzenie! Oprócz nowego zestawu wykonanych przez uczniów modeli latających, oprócz zgromadzonych przez nich książek, wydawnictw i czasopism z dziedziny lotnictwa oraz wielu nowych fotografii, rysunków, szkiców i schematów, pokazano tam też trzy, powtórzmy określenie jednej z gazet, „sensacyjne przedmioty wystawowe”. Te sensacyjne eksponaty to, po pierwsze – „aeroplan Rozuma i Bechynego” (uznawany dziś za pierwszy zbudowany na ziemiach polskich samolot), po drugie – „ulepszony aeroplan pomysłu Saloniego” (ulepszony, czyli prawdopodobnie z zamontowanym już silnikiem i kołami) i po trzecie wreszcie – „motor Zeppelina, własność firmy Auto” (był to zapewne silnik daimlerowski, sprowadzony przez Wilhelma Rippera, właściciela tej firmy i przedstawiciela „Austro-Daimlera” na Galicję). (...)”

[źródło: Andrzej Bogunia-Paczyński, "O nauczycielu z Tyczyna i dwóch jego synach" (skan 162)]


Maturę nasz “młody awiator” zdał w roku 1913, a rok później wybuchła 1-sza wojna światowa, miał 21 lat.


Wielka wojna


Trudno powiedzieć, czy Bronisław Saloni został wcielony do wojska wraz z wybuchem wojny, tj. już w sierpniu 1914 r. Nie wiemy również, w którym momencie i jakie umiejętności “awiatora” nabył. Wg notki o zgonie Bronisław Saloni, porucznik rezerwy, został powołany do 40 Pułku Piechoty (Rzeszów, Dębica, Nisko), a następnie przydzielony do 62 Kompanii Lotniczej (Fliegerkompanie Nr 62D, dalej Flik 62D). 

Flik 62D powstała w 1917 r., jej bazą był Strasshof an der Nordbahn (Austria). Jesienią 1917 r. została wysłana na front Isonzo i stacjonowała w Rivarotta di Pasiano di Pordenone (nazywanym również San Martino, miejscowością niedaleko Tremeacque di Mansuè). 

Do zadań Flik 62D należało rozpoznanie, wsparcie dowodzenia artylerią, wsparcie piechoty oraz obserwacja linii frontu. Brała też udział w przegranej ofensywie austro-węgierskiej nad rzeką Piave w ramach Armii Isonzo. We wrześniu 1918 r. zmieniono jej status na Flik 62K - czyli kompanię rozpoznawczą przy korpusie. W działaniach wykorzystywano samoloty Hansa-Brandenburg C.I, Phönix C.I, UFAG C.I., malowane z charakterystyczny sposób zgodnie z rozkazami obowiązującymi w Armii Isonzo. Dla Flik 62D była to odwrócona litera S z czarną ramką między kokpitem a ogonem. Pionowe powierzchnie sterowe samolotu UFAG również pomalowano na biało.

[źródło]


Dowódcą Flik 62 był kapitan Ernő Szalay, kawaler Złotego Medalu za Waleczność. 

[źródło]



[opis do zdjęcia: Generał piechoty Rudolf Krauss (w środku, w jaśniejszym mundurze), szef sztabu armii Isonzo, podczas wizyty w 62. eskadrze lotniczej (FliK 62) w San Martino di Campagnà 30 maja 1918 r. Generałowi raportuje (nieco zasłonięty) kapitan Ernő Szalay, dowódca eskadry. Pozostali to piloci i obserwatorzy (na przykład porucznik odwrócony plecami i patrzący w obiektyw aparatu ma na kieszeni naszywkę obserwatora), a kapitan w jasnym płaszczu może być adiutantem generała.]


Po wojnie Ernő Szalay pracował jako pilot w republikańskich Węgrzech, zginął w wypadku lotniczym w czasie fatalnych warunków pogodowych 11.03.1919 r. Więcej o tym dzielnym pilocie można poczytać tutaj

Bronek trafił do 62. Fliegerkompanie w dniu 14.12.1917 r. [*]

[*] ta i dalsze informacje na temat służby B. Saloniego we Flik 62D pochodzą z:
  • książki Roberta Veinfurter’a "Das Fliegende Personal der k.u.k. Fliegerkompagnien im Ersten Weltkrieg", dzięki uprzejmości Alberta z forum AW 
  • nieopublikowanego badania „Die Verluste der k.u.k. Luftfahrtruppen und ihre Luftsiege (unter Einschluß deutscher Flieger an der italienischen Front)” autorstwa dr Petera Schiemera i Karla Meindla dzięki uprzejmości użytkownika oeffag z forum AW 
  • informacji prasowej za Rudolfem Höflingiem w "ÖFH-Nachrichten" nr 4/09, s. 4-9, dzięki uprzejmości użytkownika Kiekeritz z forum AW


W jednostce Flik 62D Bronisław Saloni pełnił funkcję oficera technicznego (Technischer Offizier). Do jego obowiązków należało dbanie o stan techniczny sprzętu, w tym: o samoloty, samochody, aparaty fotograficzne itd. Zdarzało się, że oficer techniczny brał udział w lotach, także zwiadowczych, co mogło być spowodowane z niepełnym stanem kompanii, w tym brakiem obserwatorów na dany moment. 



[źródło]
[opis do zdjęcia: personel naziemny Flik 62D przed Ufag C.I, Batch No. 161, San Martino, lato 1918 r. Václav Eisman jest trzeci od prawej w górnym szeregu, trzeci od lewej w tym samym szeregu to jego przyjaciel Z. Štrinc.]


[źródło]
[opis do zdjęcia: kuźnia polowa Flik 10]


Niestety Bronek nie cieszył się długo swoją nową pracą, ponieważ w czasie wykonywania lotu próbnego doszło do katastrofy lotniczej, w której zginął razem z pilotem - kapralem Alfredem Binderem - było to w niedzielę 10.02.1918 r. 

Do lotu przygotowali maszynę Lloyd CV nr seryjny 46.58. 

[źródło]
[zdjęcie maszyny Lloyd CV serii 46.5 z książki P.Grosz, G.Haddow, P.Shiemer - Austro-Hungarian Army Aircraft of World War One /Flying Machines/]


Maszyny serii 46.5 pojawiły się pod koniec 1917 roku i okazały się nieco trudne w pilotażu. Z tego powodu wkrótce zostały wycofane z frontu i przesunięte do zadań na zapleczu. Niektóre wysłano na mniej wymagający front rosyjski. [źródło]

Tego feralnego dnia podczas przelotu od lewego płata maszyny oderwał się duży fragment poszycia, dodatkowo wystąpił pożar w silniku i samolot runął na ziemię. Pilot kapral Alfred Binder oraz oficer techniczny, porucznik rezerwy Bronisław Saloni zostali wyciągnięci z rozbitej maszyny, jednak nie udało się ich uratować. Zmarli krótko po tym. [**] 

[**] informacja z nieopublikowanego badania „Die Verluste der k.u.k. Luftfahrtruppen und ihre Luftsiege (unter Einschluß deutscher Flieger an der italienischen Front)” autorstwa dr Petera Schiemera i Karla Meindla dzięki uprzejmości użytkownika oeffag z forum AW oraz informacja prasowa za Rudolfem Höflingiem w "ÖFH-Nachrichten" nr 4/09, s. 4-9, dzięki uprzejmości użytkownika Kiekeritz z forum AW


[opis do zdjęcia: rozbity samolot pilota von Plenera z Flik 15, który zginął w wypadku 08.06.1917 r., przed koszarami artylerii w Brixen]


Czy zawinił człowiek, czy maszyna, tego nigdy się nie dowiemy, jednak znalazłam informację, że model Lloyd C.V po raz pierwszy posiadał skrzydła z drewna klejonego, które wprawdzie zapewniały mniejszy opór powietrza niż skrzydła pokryte płótnem, to jednak ulegały deformacji pod wpływem wilgoci i mogły przyczynić się do katastrofy samolotu.

Pilot kapral Alfred Binder przybył do Flik 62 D na dzień przed katastrofą, tj. 09.02.1918 r. Poprzednio służył w IR 32, a przed Flik 62 był (od marca do 10 lipca 1917 r.) we Flik 43. Niestety informacji o jego śmierci nie znalazłam na listach strat. [***]

[***] informacja z książki Roberta Veinfurter’a "Das Fliegende Personal der k.u.k. Fliegerkompagnien im Ersten Weltkrieg", dzięki uprzejmości Alberta z forum AW

W opublikowanym przez włoską gazetę Messagero Veneto artykule z 2017 r. podano, że Bronisław Saloni został pierwotnie pochowany na cmentarzu przy szpitalu/lazarecie założonym w jednej z lokalnych posiadłości - Villa Lupis. Po ustąpieniu frontu i wycofaniu się Austro-Węgier z terenu prowincji Pordenone właściciel willi, Ferruccio Luppis, dokonując oględzin zniszczonej nieruchomości zauważył, że na jednym z krzyży austro-węgierskich znajduje się włoskie nazwisko - Saloni. 

Przy przenoszeniu zmarłych na lokalny cmentarz F. Luppis postanowił dla Bronisława Saloniego wybudować oddzielny nagrobek z wizerunkiem orła oraz z inskrypcją w dwóch językach - po polsku i po włosku:

[fot. Marta Tinor, Silvio Cibinel]


“Zginął w obcej służbie z dala od ojczyzny na ziemi ltalji 

której synów serdecznie pokochał

10 III 1917

Niechaj mu Bóg wynagrodzi niedole młodego życia”




[fot. Marta Tinor, Silvio Cibinel]


Tyle gazeta 

Czy tak było faktycznie, trudno powiedzieć. Z pewnością Ferrucio Luppis (1880 - 1959) był postacią nietuzinkową, zaciekawioną Polską. 

“(...) Włoski doktor, arystokrata, dyplomata, antykwariusz, pisarz, fotograf, poeta. Studiował w Padwie i Rzymie. W czasie studiów w Ferrarze założył i redagował pismo «Schiffanola», które miało charakter literacki. Jako student trafił do Polski i zafascynował się polską kulturą. W 1919 r. uczestniczył w misji dyplomatycznej w Małopolsce Wschodniej. Pełnił funkcję konsula honorowego Polski w Wenecji. Trudno określić, kiedy trafił do Polski jako konsul, natomiast do 1934 r. pełnił on tę funkcję w Katowicach, skąd został przeniesiony na placówkę Amsterdamu, stamtąd do Glasgow. Z Glasgow został przeniesiony w 1940 r. do Tuluzy, skąd wrócił do Włoch, zaraz po wypowiedzeniu wojny Francji przez Włochy. 

Żoną Ferruccia de Luppis była Polka – Wanda Maruszewska z baronów Soldenhoff. Za zasługi dla Polski de Luppis odznaczony został orderem «Polonia Restituta».(...)”

[źródło: Krzysztof Duda “Konteksty kulturowe utworzenia oddziału «Towarzystwa Dante Alighieri» we Lwowie”]


Ferrucio Luppis pełnił funkcję konsula włoskiego w Polsce do 1934 r., a jego placówka znajdowała się w Katowicach. W tym samym czasie wicewojewodą śląskim był starszy brat Bronisława - Tadeusz. Tadeusz Saloni pracował w śląskiej administracji od roku 1927, przy czym wicewojewodą był od 1931 r. do wybuchu wojny. Nie jest wykluczone, że to dzięki tym kontaktom brat zadbał o odpowiedni pochówek Bronisława we Włoszech. Z przekazów rodzinnych wynika, że również kilkukrotnie odwiedził cmentarz.


Wątpliwości

W dalszym ciągu nie znamy przebiegu kariery Bronisława Saloniego w okresie po zdaniu matury, a także potem po wcieleniu do wojska. Nie wiemy jakie kursy ukończył i jakimi umiejętnościami musiał się wykazać, że finalnie trafił do Flik 62D. 

Co zaskakujące, data śmierci na nagrobku (10.03.1917 r.) nie zgadza się zupełnie z datą wypadku lotniczego (10.02.1918 r.). Dlaczego już kilka miesięcy po katastrofie, pod koniec 1918 r., nie pamiętano tego wydarzenia? Czy krzyż oznaczający grób Bronisława nie zawierał daty? A może napis na mogile tymczasowej był zamazany? 

Z kolei Rodzina była przekonana, że poległ jesienią 1917 r., były to historie opowiadane przez potomków brata Bronisława, Tadeusza, ponieważ nikt pamiętający okres wielkiej wojny już nie żył. 

[źródło: Andrzej Bogunia-Paczyński, "O nauczycielu z Tyczyna i dwóch jego synach" (skan 164)]


Notatka z Listy strat mówi, że porucznik rezerwy Bronisław Saloni zmarł dnia 12.02.1918 r. - dwa dni po katastrofie.

[źródło]


W obecnym Liceum im. B. Nowodworskiego w Krakowie (dawnym c.k. Gimnazjum św. Anny), gdzie przez 8 lat uczęszczał Bronek, w holu szkoły znajduje się tablica poświęcona profersorom i uczniom, którzy zginęli w obu wojnach światowych. Niestety nazwisko Bronisława Saloniego nie zostało na niej wymienione, mimo że kilka razy była przerabiana i uzupełniana.

 

[źródło]


Odsłonięcie tablicy miało miejsce 02.11.1926 r., towarzyszyła mu podniosła uroczystość szkolna, z mowami dyrekcji, zaproszonych gości oraz występami uczniów. 

"(...) Czuła macierz - szkoła nasza - boleje nad stratą swych dobrych synów, ale nie może ukryć wewnętrznej dumy z ich bohaterstwa. To też nie pogrzeb dziś obchodzimy, ale w głębokiej czci dla męstwa młodych Orląt, co wzorem sępów poszli rwać i kruszyć kajdany niewoli, chylim czoła przed Ich ofiarą, a z serdecznej wdzięczności Czcigodne Ich nazwiska na tej tablicy oczom Waszym i potomnych odsłaniamy. (...)"

[źródło: Sprawozdanie Dyrektora Państwowego Gimnazjum Nowodworskiego czyli św. Anny w Krakowie za rok szkolny 1926/27]


W przypadku losów Bronka określenie "młode orlęta" nabiera szczególnego znaczenia.


Nasi ludzie we Włoszech

Na cmentarzu w Rivarotta di Pasiano di Pordenone obok Bronisława pochowani są inni żołnierze austro-węgierscy. Mogiłami żołnierskimi opiekuje się Austriacki Czarny Krzyż poprzez swoich miejscowych przedstawicieli, którymi są Marta Tinor i Silvio Cibinel.

Mogiłą Bronisława miał zajmować się pisarz Emilio Del Bel Belluz - tak deklarował w przywołanym wcześniej artykule prasowym z 2017 r. Jednak, jak można zauważyć, grób nie był odświeżany od dłuższego czasu. Marta podejmowała kilka prób kontaktu z tą osobą, jednak z jakichś powodów Emilio Del Bel Belluz nie jest zainteresowany współpracą z Martą i Silvio. 

[fot. Marta Tinor, Silvio Cibinel]
[opis do zdjęcia: nagrobek wstępnie wyczyszczony]


W ostatnią sobotę (10.01.2026 r.) Marta z Silvio zrobili co w ich mocy, aby inskrypcje na grobie Bronisława były czytelne, uporządkowali otoczenie i posprzątali śmieci po listopadowym Święcie Zmarłych. 

I napisali do Dominika Topolskiego i do mnie z pytaniem, czy znamy historię Bronisława. 


Nie znaliśmy jej aż do teraz. To jest zasługa Marty Tinor i Silvio Cibinela, że historia Bronisława znowu mogła ożyć.


Komentarze

Popularne posty