Biecz na wielkiej wojnie 1914/1915

 


[źródło]



Wstęp

Biecz, niewielkie galicyjskie miasteczko, kiedyś znaczące, ale w 1914 r. pozbawione dawnych funkcji. Zniszczone podczas wielkiego pożaru w maju 1903 r., który spowodował katastrofę na niewyobrażalną skalę. 

“Prócz 20 sklepów żydowskich zgorzało doszczętnie 30 domów katolickich, urząd podatkowy, apteka, nowo zbudowana bożnica żydowska blachą kryta, budynek sądowy w dawnym ratuszu na środku rynku pomieszczony, przy czem spłonęła również i starożytna wieża ratuszowa - 600 przeszło ludzi znalazło się nagle bez dachu, chleba i odzienia a nędza ich tem straszniejsza, że czas to przednówku a budynki zaledwie w nieznacznej części od ognia ubezpieczone. Pomocy od reszty współmieszkańców również wydatnej spodziewać się nie mogą, bo mieszczaństwo tutejsze już zdawna bardzo zubożałe, to też chcąc na razie przynajmniej przyjść z pomocą doraźną dotkniętym pogorzelą zawiązał się miejscowy komitet, w skład którego wchodzi cała miejscowa inteligencya a ten odwołuje się z prośbą gorącą do wszystkich osób prywatnych, na nędzę bliźniego czułych, do wszystkich ciał zbiorowych, których zadaniem spełnianie obowiązków humanitarnych, by dla owych setek, prawdziwych nędzarzy, nadsyłały ofiarne datki w pieniądzach lub artykułach żywności i to bez odwłoki pomni, że dwa razy daje, kto zaraz daje.”

źródło: Odezwa Komitetu Ratunkowego dla Pogorzelców Miasta Biecza, Gabriela i Tadeusz Ślawscy “Biecz w dawnej grafice i fotografii” str. 82


źródło


Odbudowywane było systematycznie, z pomocą społeczności galicyjskiej polskiej i żydowskiej, z kraju i zagranicy. 

Mimo trudności już w 1911 r. udało się oddać do użytku nowy budynek dla szkoły żeńskiej. Także sąd powiatowy w Bieczu otrzymał własny nowy gmach. Szkoła męska miała swój budynek, który powstał pod koniec 19 w. - obecna część szkoły podstawowej nr 2. 

W 1914 r. Schemtyzm Królestwa Galicji i Lodomerii z Wielkim Księstwem Krakowskim odnotował, że miasto liczyło 3852 mieszkańców, z czego 3180 katolików, 13 greko-katolików i 659 Żydów. Handlem trudnili się głównie Żydzi, pozostali sprawowali urzędy, zajmowali się rzemiosłem, tkactwem i przede wszystkim rolnictwem. [źródło]

Początkiem 20 w. w związku z przeludnieniem Galicji, brakiem rozwiniętego przemysłu, mało wydajnym rolnictwem i tzw. “biedą galicyjską”, co bardziej przedsiębiorczy, a czasem po prostu zdeterminowani ludzie, zaczęli wyjeżdżać za pracą. Była to emigracja czasowa lub na stałe, głównie do “Ameryki” (USA, Kanada), ale też do Brazylii, Argentyny, czasem też bliżej, w ramach samej monarchii austro-węgierskiej, do Borysławia, na Węgry itd. 

Kierownik szkoły męskiej Andrzej Pałys w 1909 r. odnotowuje: 

“Od roku 1909 zaczyna zmniejszać się w Bieczu liczba urodzin i to stale z każdym rokiem, powodem tego jest liczna emigracya młodzieży obojga płci do Ameryki, która tam pozostaje stale lub też dłuższe lata.”


[źródło]


W kronikach szkolnych najczęściej powtarzającymi się problemami, jakie trapiły biecką społeczność były epidemie, powodujące czasowe zamykanie szkół, także niesystematycznie uczęszczające dzieci, które musiały pomagać rodzicom w pracy przy gospodarstwie lub w opiece nad rodzeństwem, ale też nieustający brak opału, którego uboga gmina nie była w stanie zakupić na potrzeby szkół. Konieczne remonty lub ulepszenia rozciągano w czasie, zakupy pomocy naukowych lub książek do biblioteki finansowano z imprez szkolnych organizowanych dla publiczności, na których kwestowano.

Pomimo tych trudności życie społeczne i kulturalne - może niezbyt bujne - ale się toczyło.

Wybuch 1-szej wojny przerwał wszystko. Wprawdzie szkoły prowadziły zapisy na rok szkolny 1914/15, a do ok. 20 września 1914 r. odbywały się lekcje, jednak wszyscy żyli już innymi emocjami. 

W mieście polecenia zaczęła wydawać administracja wojskowa. Wszystko się zmieniło, ludzie się zmieniali. Jedni wyjeżdżali, ewakuowali się w bezpieczniejsze rejony Austro-Węgier, inni z braku funduszy, słabego zdrowia lub możliwości pozostawali na miejscu, bojąc się o los swój, swojej rodziny i dobytek. 

Jedni szli do wojska z marzeniami o wolnej Polsce, a inni poddawali się mobilizacji, bo nie mieli innego wyjścia lub możliwości uniknięcia tego obowiązku.

Jakie emocje wyzwoliła ta sytuacja w mieszkańcach ówczesnego Biecza? To pytanie nurtowało mnie nie raz. Oczywiście trudno z dzisiejszej perspektywy ocenić globalnie kondycję bieckiego społeczeństwa latem i jesienią 1914 r., tj. w czasie pierwszych miesięcy wojny. Postaram się jednak naszkicować ten obraz na podstawie dostępnych źródeł dotyczących Biecza z tego okresu:

  • Kronika oo. Franciszkanów Reformatów w Bieczu, spisana przez gwardiana o. Witalisa Kapuśnika
  • Kronika parafii Bożego Ciała w Bieczu, spisana przez ks. wikariusza Adama Czubka
  • Kronika należąca do obecnej SP2, ówczesnej żeńskiej, spisana przez kierowniczkę, Justynę Majewską - szkoła mieściła się w budynku obecnej SP1
  • Kronika należąca do SP1, ówczesnej męskiej, spisana przez kierownika, Andrzeja Pałysa - szkoła mieściła się w budynku obecnej SP2, obok fary.
  • Dziennik wydarzeń wojennych w Bieczu, spisany przez Marię Kromkayową. Jest on rozpoczęty na wprawdzie na początku sierpnia 1914 r., nie zawiera jednak opisu sytuacji w Bieczu z sierpnia, września i października - brakuje stron od 3 do 6. 

A ponadto:

  • wypisy z kroniki drużyny skautowej Zbója Becza zebrane przez Piotra Matysa w pracy “Materiały do historii harcerstwa bieckiego i gorlickiego”, 
  • listy notariusza Jana Glücka oraz jego żony Felicji do Naczelnego Komitetu Narodowego w Krakowie i Ligi Kobiet Polskich
  • książki autorstwa Tadeusza Ślawskiego
  • "Galicja" Norman Davies
  • "Śmierć, wygnanie, głód w dokumentach osobistych" Katarzyna Sierakowska
  • Schematyzm Królestwa Galicji i Lodomerii z Wielkim Księstwem Krakowskim z 1914 r.
  • wycinki z gazet.


Mobilizacja


Lato mijało, życie na prowincji toczyło się leniwie i niewielu tak naprawdę myślało, że zamach na arcyksięcia Franciszka Ferdynanda i jego żonę Zofię z 28 czerwca 1914 r. doprowadzi do czegokolwiek innego niż zwykłe pohukiwania mocarstw. W gabinetach europejskich perspektywa była zupełnie inna, tam wypadki toczyły się błyskawicznie. Pierwszy etap mobilizacji rozpoczęto w Galicji od 28 lipca 1914 r. Wielkie mocarstwa europejskie wypowiedziały sobie wzajemnie wojnę w dniach 1-6 sierpnia 1914 r. 

Dr. Marian Stępowski w artykule pt. Z dni ponurych Krakowa, Garść wspomnień z kolportażu pierwszych numerów „Wiadomości Polskich“:

“Lato było w całej pełni, rozleniwienie wakacyje, gdy, niby piorun z jasnego nieba, spadły na ludzi manifesty mobilizacyjne. Zatrzymany nagle normalny bieg życia, zastój w ruchu pociągów, rozerwanie rodzin, stąd zamęt i krocie tysięcy kłopotów, które jednak z początku brało się raczej ze strony wesołej, bo nikt w rzeczywistość wojny nie wierzył, każdemu jej możliwość wydawała się absurdem. Dzienniki zadrukowane skąpemi wiadomościami, ale zato wołowemi czcionkami wypełniające szpalty, podniecały wyobraźnię i ciekawość tłumów. Życie z domów rodzinnych przeniosło się do kawiarń i na ulice.”

źródło: Wiadomości Polskie, 1916, R. 2, nr 62


W Bieczu życie raczej przeniosło się pod kościół, na rynek, może do karczm. Czytano gazety, dyskutowano zawzięcie. Maria Kromkayowa już 3 sierpnia 1914 r. zaczęła pisać swój dziennik, zapewne spodziewając się, że nowa sytuacja będzie mieć poważne reperkusje, a może i po to, żeby później uzupełnić blaknące wspomnienia faktami odnotowanymi w dzienniku.


[źródło: Gabriela i Tadeusz Ślawscy “Biecz w dawnej grafice i fotografii”, str. 71]


W większych miastach dawano wyraz poparcia dla władzy i wojska, np.:

“Po ogłoszeniu mobilizacyi w Krakowie. Wczoraj wieczorem z powodu ogłoszonej plakatami ogólnej mobilizacyi odbył się capstrzyk muzyk wojskowych. Muzyki poprzedzane szeregami żołnierzy z lampionami w rękach przeciągały przez miasto przy dźwiękach pieśni. Towarzyszące tłumy wtórowały śpiewem i okrzykami „Precz z Rosyą!“ „Niech żyje armia!“ Długu jeszcze po odejściu muzyk do koszar odbywały się domoustracye. Pochód, na czele którego kroczyła gromadka „strzelców“ wśród ustawicznych okrzyków przeciw Rosyi pociągnął pod pomnik Mickiewicza, gdzie improwizowani mówcy wygłosili przemówienie. Dopiero około godz. 11 w nocy ustały manifastacye.”

źródło: Czas. 1914, nr 312 (1 VIII)


Jedno jest pewne, od tego momentu wypadki toczyły się błyskawicznie. 

O. Witalis Kapuśnik z klasztoru miał doskonały widok na sytuację na stacji kolejowej i przebiegającej obok murów linii kolejowej. Natomiast Maria Kromkayowa relacjonowała sytuację na gościńcu, przy którym mieszkała oraz sytuację gospodarzy na Przedmieściu. Wikary Adam Czubek widział co się działo w samym mieście, jakie nastroje panowały wśród mieszczan, a kroniki szkolne uzupełniają wszystkie te relacje.

W domach, gdzie mężów i ojców odbierano rodzinom, matki, żony i dzieci zostawały same, z gospodarstwem, rolą i zmartwieniami codziennego życia. 

Mobilizacji podlegają mężczyźni, którzy nie ukończyli 42 lat, mają obowiązek zgłosić się do swoich komend, skąd są kierowani do odpowiednich jednostek wojskowych. Do połowy listopada 1914 r. mobilizacja w Bieczu zapewne przebiega sprawnie, ale później miasteczko znalazło się w niedalekiej odległości od frontu, pod bezpośrednią okupacją rosyjską, pobór rekruta był praktycznie niemożliwy. Zdarzały się jedynie pojedyncze przypadki powrotu poborowych do domów rodzinnych, głównie z powodu trapiącej ich śmiertelnej choroby. 

Latem 1914 r. ze szkoły męskiej zostało zmobilizowanych dwóch nauczycieli: Stanisław Łaskawski oraz Mieczysław Jurecki. Witold Fusek, jako wykwalifikowany aptekarz również został zmobilizowany.


[źródło]


Justyna Majewska odnotowuje w kronice ówczesnej szkoły żeńskiej:

“Ogłoszono wojnę – mobilizacyę. Początkowo zdawało się, że zakątek biecki na uboczu będzie bezpieczny od pożogi wojennej, toteż wiele osób z okolic zajętych terenem wojennym szukało tutaj schronienia.

Pomimo mobilizacyi i przemarszu wojsk, przeprowadzono wpisy do szkoły przy końcu sierpnia 1914 r., a 1 września rozpoczęła się nauka, która trwała tylko do 20 września z powodu użycia szkoły na kwaterę dla wojska.”


Pierwszy wpis Marii Kromkayowej pod datą 03.08.1914 r. mówi:

“Czas przedwojenny w Bieczu. Przewidywania i obawy niedługo się sprawdzają. Mobilizacja. Wojna z Serbią. Następuje wymarsz wojsk - pożegnanie.

Jeszcze to echo nie przebrzmiało, gdy za tydzień wieść pada jak grom: „Wojna z Rosją”. Każde serce polskie drgnęło. Ta Rosja, to nasz wróg. Wróg obryzgany krwią i krzywdą naszych przodków. Ale i obecny rząd w Rosji z cynizmem i okrucieństwem dręczy naszą religię i kulturę, każdą wolną myśl i cnotę, jak i obywatelską działalność tych, co trochę światła i uświadomienia narodowego nieśli w chaty ludu … 

Wojna z Rosją! Tak liczebnie silna! Matki załamują ręce, podnoszą w niebo zapłakane oczy. Nie stać je na słowa. Tylko jęk wyrywa się z piersi: „O Boże, zmiłuj się nad nami"! One spełniają największą ofiarę: dadzą synów ... 

Pociąg za pociągiem odchodzi. Wychylają się z okien młode twarze …”


Ludność cywilna jest zobowiązana do oddania koni, ale też paszy, czasem bydła. Pierwsze rekwizycje odbywają się w Bieczu już na początku sierpnia 1914 r., także w klasztorze, co odnotował o. Kapuśnik.

Instytucje, jak szkoły czy właśnie klasztor są zobowiązane do udostępnienia pomieszczeń i przygotowania łóżek na potrzeby przyjęcia rannych. Odbywają się inspekcje pomieszczeń zlecone przez starostwo gorlickie. Miasto przygotowuje łóżek 20, klasztor 5. Z początku wszystko to wydaje się nierealne.

Ks. A. Czubek pisze: 

“W 1914 r. w sierpniu wojna toczyła się daleko, bo gdzieś koło Kraśnika, Lublina w Królestwie Polskiem. Nikt nie przypuszczał, że aż do Biecza dojdzie. Po co by tu Moskale szli w góry Karpaty?”


Gwardian obserwuje sytuację na kolei: przejazd wagonów ze sprzętem i żołnierzami. Pełne jadą w kierunku Jasła, a puste wracają w kierunku Stróż. Ruch cywilny na kolei został wstrzymany. Niepewność narasta.

O. Kapuśnik:

“Rezerwiści liczący lat 38 [wzwyż?] zmobilizowani i umundurowani w ubrania landwery – pełnią służbę pod wodzą wachmistrza żandarmów, nocne patrole i inną służbę bezpieczeństwa – mieszkają około 30 chłopa w szkole żeńskiej. Ci co pilnują mostów – pod mostami.”


Mieszkańcy Biecza - jak i w wielu innych miejscowościach monarchii - wspierają żołnierzy podróżujących koleją. 

O. Kapuśnik:

“Tu wynoszą żołnierzom przekąski, mleko, ser, wodę sodową, papierosy, owoce jak gruszki i jabłka, które wysyła klasztor, a rozdziela o. Ireneusz Kmiecik prefekt Kolegium małego ze Lwowa”


Nie obyło się również bez incydentów. Znudzeni i głodni żołnierze wyskakiwali z wagonów i mając najbliżej sady klasztorne, kradli owoce, niszcząc przy okazji mur klasztorny.

Kronika klasztorna:

“Komendę prowadzącego zaciągnięto straże w ogrodzie i podwórzu i przy niewymłóconej pszenicy i życie uzbieranej na kweście. Ale straże nie wiele pomogło, bo z pociągów które całymi godzinami stały na trasie kolejowej pod murem [klasztornym], żołnierze wychodzili  a przeskakując mury ogrodu owoc zrywali i tak obładowani wracali do pociągu. To powtarzało się dni kilka przyczem dużo ucierpiały dachówki na murach które potłuczono jak owoc oberwano, gałęzie połamano szczególnie koło stawku niższego.”


[źródło]


W połowie sierpnia 1914 r. w Bieczu uruchomiony został kurs dla sanitariuszy, na który przyjechała duża grupa wojskowych - aż 50 automobilami, jak zauważył gwardian.

Pierwsi ranni trafiają pod opiekę klasztoru w połowie września 1914 r. Pojawiają się też przypadki chorób zakaźnych, tak wśród ludności cywilnej (co najmniej 6 osób na Belnej) jak i wśród żołnierzy. Trzej żołnierze, którzy zmarli z powodu zachorowania na cholerę w okresie od września do listopada 1914 r. są pierwszymi ofiarami wojny, jakie zostały pochowane w Bieczu. Ich groby imienne nie przetrwały zawieruchy wojennej. Nie wiadomo nawet, gdzie zostali pochowani. 

Przez miasto nieustannie przejeżdżają i przechodzą transporty wojskowe. Zarówno koleją, jak i gościńcem. Niektóre oddziały zatrzymują się, załatwiają jakieś sprawy wojskowe, nadzorują przerzut sprzętu.

O. Kapuśnik

“Klasztor pełen oficerów, wojska i koni. Pierwsi nocowali i bawili trzy dni – i tak trwało do dn. 28 września. Co jedni odeszli nadciągali drudzy. Oficerowie sztabowi po celach, żołnierze co się zmieścili po korytarzach, stodole, szopie, podwórze pełne wozów. Kuchnie polowe dymiące dojeżdżają na podwórze, straże zaciągnięte przy bramie. Ruch coraz to większy na kolei i na gościńcu nieprzerwanie dniem i nocą, wojsko tren, forszpany, automobile, armaty, amunicja, krzyki nawoływania. Sztaby, brygady, dywizje – ale więcej dowiedzieć się nie można ‘es ist besser nicht fragen’. “


Jeszcze na początku września 1914 r. po przegranych bitwach z Rosją, przez Biecz zaczęły przejeżdżać pierwsze transporty kolejowe z rannymi i - co istotniejsze - z uchodźcami. Pojawiły się nowiny ze wschodu, z rejonu walk,  opowieści przekazywane z ust do ust, a czasem pewnie i plotki.

Wikary A. Czubek:

“Z początkiem września zaczęły dochodzić mas smutne wieści o cofaniu się wojsk naszych. Pociągi z rannymi i uciekinierami coraz częściej przejeżdżały. Plebania zaczęła w końcu codziennie gościć uciekających wozami. Wieści straszne nam podawano, o księżach mordowanych w okrutny sposób, przybijanych do drzwi kościelnych, wieszanych. Podawano nazwiska owych księży i miejscowość, gdzie się te wypadki dziać miały. Trudno więc było nie wierzyć, zwłaszcza gdy się z historyi wiedziało czem są Kozacy rosyjscy.”


Wiadomości te potęgują grozę sytuacji i wpływają na mieszkańców miasta, nieliczną inteligencję, mieszczaństwo i społeczność żydowską. 

Justyna Majewska, kierowniczka szkoły żeńskiej zapisała w kronice:

“Wojna coraz bardziej się wzmagała i kiedy nieprzyjaciel się zbliżał, padł strach na wszystkich. Nie wiedziano, co czynić. Jedni zaczęli masowo uciekać w kraje wolne od pożogi wojennej, inni zdani na wolę Boską zostali w miejscu. Nauczycielstwo także wyjechało, zostawiając całe swoje mienie na los szczęścia, aby tylko uratować swe życie przed pociskami wojennemi. 

Biedne nauczycielki rozpierzchły się po różnych krajach monarchii i tak: Justyna Majewska i Janina Pałysowa po 11-dniowej podróży jazdy koleją w wozie pakunkowym wraz z innymi ewakuowanymi z Biecza zawiezione zostały do Pragi, gdzie 8 miesięcy przebywając w ciężkich warunkach wygnańczych, uczyły dzieci uchodźców w szkole w Śmichowie do 30 czerwca 1915 r.”


[źródło: Gabriela i Tadeusz Ślawscy “Biecz w dawnej grafice i fotografii” str. 224]


Urzędnicy magistratu wyjechali wykonując polecenie władzy zwierzchniej, wojsko nakazało również opuszczenie klasztoru wszystkim zakonnikom, a w parafii wyrażono zgodę, aby pozostał jeden ksiądz. Skutkiem tego wyjechali wszyscy zakonnicy, a dozór powierzono Janowi Szaremu, gospodarzowi z Belnej/Załawia. Z parafii wyjechał ks. proboszcz Andrzej Solecki wraz z wikarym i gospodynią - pozostał jedynie ks. Adam Czubek.

Relacja z kroniki klasztornej:

“Dnia 28 września do dnia odjechały ostatnie oddziały wojsk uchodzących z Kraśnika, Lublina i Gródka, w mieście głucho, w Klasztorze cisza, wszędzie pustka – jedni opuścili mieszkania przed wojną uchodząc, drugich, jak urzędy przeznaczono w bezpieczniejsze strony monarchii – Morawy, Czechy, Karyntia, Styria.”


Ks. Czubek:

“Trwoga się zmogła, gdy po samochodach wojskowych, których masa przez Biecz przejechała, nadeszły „forszpany” wojskowe. Dniem i nocą ciągnęły się te wozy, ciągnione przez wychudłe konie, które wcale gęsto padały ze zmęczenia. To były pierwsze trupy wojenne, które użyźniły ziemię biecką, bo kilka lub kilkanaście walało się ich po ziemi z każdej strony Biecza. Do nastroju chwili zupełnie dostosowane były ramy przyrody. Deszcz niemal cięgiem prószył. Błota na bitym gościńcu były takie, jak na drodze wiejskiej od lat zaniedbanej. Można sobie wyobrazić jak wyglądali żołnierze w takich warunkach. Do tego głód im dokuczał. Ze łzami w oczach prosili o kawałek chleba, nie można im było nastarczyć, co jeden wyszedł, to drugi przychodził, nawet i Węgrzy chleba po polsku wołali.”

i dalej

“Jak to wszystko przygnębiająco wpłynęło na mieszkańców. Inteligencya biecka coraz to więcej radzi, głowy pospuszczali zamyśleni, jeden drugiego coraz to więcej straszy, cóż poczną. Jak można – dlaczego nie uciekać? Po cóż się narażać, kiedy można niebezpieczeństwa uniknąć. Dlatego też wszyscy dali nogę. Zostało nas dwóch, dyrektor szkoły męskiej Pałys i wikary biecki. Uznano mnie za bohatera. Czy słusznie? W to zawsze wątpiłem.”


[źródło]


Nastroje wśród inteligencji i mieszczaństwa były bardzo złe. Wieści przywożone przez uchodźców i żołnierzy, a także ciągły pochód pociągów z rannymi i nędznie wyglądających wozów (forszpanów/trenów) nie napawał optymizmem. Sytuacja była bardzo napięta. Wojsko przygotowywało się do walki w okolicy Biecza, obsadzano linie w Strzeszynie, gdzie cięto drzewa zasłaniające pole i typowano domy do ewentualnego spalenia lub rozebrania. Można sobie tylko wyobrazić reakcje rodzin nagle pozbawionych dachu nad głową, a nie padł jeszcze ani jeden strzał, nie widziano też ani jednego żołnierza wrogiej armii.

Historia k.u.k. 5. Pułku Huzarów z Koszyc w latach 1868–1918:

“W nocy [msz: 27/28 września 1914 r.] pułk udał się do Święcan. 28-ego dywizja między Siepietnicą a Bieczem, po zachodniej stronie potoku Ropa, opóźniała natarcie Rosjan. Grupa Hegedüsa zajęła wzniesienia na zachód od Siepietnicy. W celu nawiązania łączności z 6. dywizją kawalerii wysłano porucznika Ferenca Apor do Ołpiny. Poinformował on, że dywizja kawalerii [msz: rosyjskiej] wycofała się do Kasnara [msz: Krosna?]. O godz. 11:00 grupa Hegedüsa rozformowała się zgodnie z rozkazem dywizji, a pułk przejechał przez Biecz do Łużny. Główne dowództwo armii rozkazało bowiem dywizjom kawalerii wycofać się za linię frontu, ponieważ liczebność pułków kawalerii zmniejszyła się o połowę w wyniku ciężkich marszów, walk, obozowania na wolnym powietrzu oraz niedostatecznego i złego wyżywienia. 

Było bardzo wiele rannych i chorych koni, a wyposażenie było już bardzo skąpe. Ponadto 13 września większość trenów dywizji i kuchni polowych utknęła na złych drogach i trzeba było je uzupełnić.




29-ego pułki dywizji udały się do swoich obozów odpoczynkowych. 5. pułk przemierzył Siedlisko i dotarł do Bruśnika, gdzie zakwaterowano sztab dywizji i pułku oraz I. batalion. II. batalion stacjonował w Falkowie, a dowództwo dywizji w Jankowie, gdzie starszy porucznik Ernő Márton, oficer łączności pułku, kazał zbudować linię telegraficzną.” źródło


Utarczka oddziałów kawalerii rosyjskiej i austro-węgierskiej na rzeką Ropą za sprawą propagandy państwowej urosła w prasie do miana bitwy pod Bieczem.

“Prawie równocześnie z usiłowanem wtargnięciem na Węgry, Moskale wysłali wielkie siły kawaleryi dalej na zachód w Galicyę. Kawalerya ta dotarła aż do Biecza, gdzie dnia 28 września została przez nasze wojska rozprószoną. W ten sposób udaremnione zostały zapędy Moskali zarówno na Węgry, jak i w dalsze strony Galicyi zachodniej.”

źródło: Piast: tygodnik polityczny, społeczny, oświatowy, poświęcony sprawom ludu polskiego. 1914, nr 40, z dnia 04.10.1914 r.


Malarz Emil Ranzenhofer (1864—1930), pocztówka "Zwycięzcy ułani w ataku pod Bieczem" wydana przez Brüder Kohn KG (B. K. W. I.)


[źródło]

Po wycofaniu się oddziałów austro-węgierskich w dniu 29 września 1914 r. w Bieczu pojawiły się pierwsze patrole Moskali, które objechały miasto i oba kościoły, jednak z zapisków kronik nie wynika, żeby powstały jakieś większe szkody. Sytuacja na chwilę się uspokoiła.

Do ks. A. Czubka dołącza drugi wikary, ks. Franciszek Witeszczak i od tej pory we dwóch trzymają pieczę nad parafią. Początkiem października niektórzy wrócili, jednak sytuacja nadal była niepewna. 

Ks. A. Czubek odnotował:

“Z obczyzny poczęto wracać. Mieszczanie nie chcieli przyjąć burmistrza i urzędników magistratu, dlatego że uciekli przed Moskalami. Ale że ich postanowienia były bezprawne musieli ustąpić i magistrat w tym składzie jaki był przedtem (przed ucieczką) pozostał. Nie na długo jednak był ten powrót. 

W listopadzie znowu powtórzyła się historia z września. Cofanie się naszych wojsk, ucieczka mieszkańców, nadejście Moskali, tylko dłuższe, bo kilka tygodni trwało.”


O. Kapuśnik

“Burmistrz, lekarz, oddział podatkowy, proboszcz – wszystko wyjechało.”


Wg Schematyzmu z 1914 r.:

  • burmistrzem w tym czasie był Jan Glück, notariusz, 
  • lekarzem miejskim Ludwik Katyński, 
  • oddziałem podatkowym kierował Franciszek Święchowicz. 

Niektórzy wyjechali wypełniając polecenie służbowe, jednak inni musieli rozważyć tę decyzję samodzielnie, uwzględniając warunki osobiste i rodzinne.

Biorąc pod uwagę panujące ówcześnie stosunki, można powiedzieć, że uboższa i mniej zaradna część społeczeństwa pozostała bez opieki miejscowej inteligencji. Było to szczególnie widoczne w okresie późniejszej rosyjskiej okupacji, kiedy bardziej światli i odważni ludzie pomagali w odzyskiwaniu zarekwirowanego przez armię rosyjską mienia. Widać to przede wszystkim w relacji Marii Kromkayowej, ale też w listach Jakuba Kunigowicza ze Strzeszyna. 

Dość powiedzieć, że w okresie okupacji oraz podczas przejścia ofensywy gorlickiej lokalną społeczność leczyli lekarze armii rosyjskiej a następnie niemieckiej i austro-węgierskiej … 

Maria Kromkayowa pisze, prawdopodobnie w październiku 1914 r., mając na myśli uciekinierów cywilnych ze wschodu:

“Urzędnicy nam wracają. Na kolei już nie przyjmujemy, nie mamy już czym. Za to mamy pełne domy gości swoich, choć nieznanych. Jak możemy, tak przyjmujemy: więcej ciepłem naszych domów i serc, niż hojnością.”


[źródło]


Pierwsze kradzieże, penetrowanie mieszkań i gospodarstw mają miejsce jeszcze w czasie przechodzenia/wycofywania się armii austro-węgierskiej. Maria Kromkayowa udziela kwater za wynagrodzeniem, przyjmuje prawie wyłącznie oficerów armii austro-węgierskiej. W czasie gdy wraz ze swoją służbą zajęta jest przy towarzystwie, żołnierze szeregowi korzystają z całego gospodarstwa, szabrują drewno, niszczą płot sztachetowy, wybijają drób, kradną drobne wyposażenie.

W dniach 11-14 listopada 1914 r. wojska rosyjskie wkroczyły do Biecza ponownie i okupowały miasto do 16.12.1914 r. Następnie sołdaci powrócili po ok. 10 dniach, tj. 26.12.1914 r. i pozostali do 04.05.1915 r. 

Kierownik A. Pałys pisze w kronice ówczesnej szkoły męskiej mieszczącej się w budynku obok zabudowań fary:

“Ustępujące wojska austriackie, chcąc powstrzymać szybki pochód nieprzyjaciela, burzyły za sobą mosty na gościńcach i torach kolejowych. Dnia 12 na 13 listopada wysadzono most w Libuszy a strzał był tak donośny, że prawie wszystka ludność w Bieczu zerwała się w nocy myśląc, że nieprzyjaciel już w mieście.”


Życie w strachu, przemocy i niepewności jutra było do tej pory codziennością, ale z nadejściem armii rosyjskiej realna stała się także utrata życia.

Kronika szkoły męskiej spisana przez kierownika A. Pałysa:

“Dzień 13 listopada w Bieczu był bardzo przygnębiający. Urzędnicy i ludność zamożniejsza opuściła miasto, pozostali tylko ubożsi mieszczanie, ludność wiejska, dwóch księży [msz: Adam Czubek, Franciszek Witeszczak], nauczyciel i nauczycielka. [msz: Andrzej Pałys i Marcyanna Łaskawska]

Wszyscy chodzili po mieście, czekając z trwogą na nieprzyjaciela, który szybkim krokiem i ogromną masą zbliżał się do Biecza. Dnia 14 listopada w południe pokazały się pierwsze patrole konne, jeżdżąc po mieście, szukając wódki. Następnego dnia weszły do miasta liczne wojska, rabując i plądrując, co się tylko dało. Były wypadki, że przechodnia na ulicy obrabowano z odzieży i obuwia, a także z pieniędzy i z zegarka.”


Justyna Majewska, kierowniczka szkoły żeńskiej, tak relacjonuje ten czas:

“Inwazya nieprzyjacielska w Bieczu rozpoczęła się 14 listopada 1914 r. Nieprzyjaciel gospodarując po swojemu do 3 maja 1915 r. zniszczył co się dało. Budynek szkolny, który był użyty na szpital, zanieczyszczono, okna powybijano, drzwi i zamki rozbito, a sprzęty szkolne, bibliotekę, gabinet fizykalny, akta szkolne spalono. Również spalono ogrodzenie sztachetowe.”


[źródło]


Pierwszy pobyt armii rosyjskiej w Bieczu trwał ok. miesiąca, od 11-14 listopada do 14 grudnia 1914 r.

Opis wypadków w Bieczu z okresu okupacji rosyjskiej oraz przejścia frontu można znaleźć w relacji naocznego świadka, którym była Anna Brudziszówna z Wapnisk. Przejęta sytuacją przesłała swój list do tygodnika Piast, opublikowano go w maju 1916 r.:

“Dziwi mnie to niemało, że dotychczas żadne echo z naszej okolicy nie odbiło się o stronice „Piasta“, chociaż i my przeżyliśmy ciężkie czasy gospodarki russkiej. Pierwsze odwiedziny Moskali mieliśmy 29 września 1914 roku, podczas sumy w kościele parafialnym w Bieczu. W tym samym dniu odeszli i mieliśmy od nich spokój aż do listopada, w którym zaczęli swoją gospodarkę na dobre, bo okna posprawiali do sklepów żydowskich, niemożliwe do rozbicia (szyby z powietrza), przez które z pokojów zniszczonych, z podziurawionych ścian, patrzyły konie na ulice miasta Biecza, pełne gnoju.


[źródło]
[opis za Arkiv.dk: Fotografia na podstawie oryginału przedstawiająca scenę z frontu wschodniego podczas I wojny światowej. Niemiecka pozycja okopowa urządzona w wiejskim domu, w którym podłoga została wyłamana. 1915 r.


My wtenczas mieliśmy jeszcze dość spokój, bo pierwej rabowali sołdaty po mieścia i koło gościńca. Z początkiem grudnia dały się słyszeć wycia armat. Aż dnia 14 grudnia 1914 r. przyszli nasi, lecz nie na długo, bo już 26 grudnia wpadli Moskale po małej potyczce, i to tacy zgłodniali, że wszędzie pozjadali, co się dało, a w kilku miejscach zjedli nawet ziemniaki, stłuczone z sieczką, które miały być dla świń. „Smotrali“ wszędzie, po strychach, po komorach, za Austryakami, a najwięcej za „okrągłemi“ po szufladach, skrzyniach, szafach i t. d. Tak nam się rozpoczęła gospodarka burych „oswobodzicieli“. Nie piszę już o rabunku, bo o tem każdy wie.”

źródło: Piast, tygodnik polityczny, społeczny, oświatowy, poświęcony sprawom ludu polskiego: Naczelny organ Polskiego Stronnictwa Ludowego. 1916, nr 19, 07.05.1916 r.:


Jeden z mieszkańców - zachowując anonimowość - przesłał swoją relację do gazety Nowa Reforma, która ukazała się drukiem w marcu 1915 r.

"Biecz nawiedzony inwazyą rosyjską. Od jednego z poważnych obywateli, który dopiero z początkiem drugiej inwazyi rosyjskiej z Biecza wyjechał, otrzymujemy następujące informacye:

Wojsko regularne naogół zachowywało jeszcze znośnie, wybryków i rabunków dopuszczali się przedewszystkiem tak zwani treniarze i wlokący się za wojskiem maruderzy. Ci rabowali, co pod rękę wpadło. Zdarzyło się także kilka morderstw w okolicy. I tak w Korczynie, wiosce, należącej do parafii bieckiej, pewien podoficer rosyjski zamordował wieśniaka, który stanął w obronie swej siostry. Następnego jednak dnia przyszedł morderca do chaty zamordowanego i przepraszał nieszczęśliwą wdowę, że to uczynił w opilstwie i dał na pogrzeb kilkadziesiąt rubli.”

źródło: Nowa Reforma, 1915, nr 140, 18.03.1915 r.


Andrzej Pałys, kierownik szkoły męskiej: 

“Dnia 12 grudnia 1914 r. przepełnione były sale szkolne w Bieczu rannymi z pod Ropy i Sękowy. Ponieważ wojska rosyjskie cofały się, przeto rannych dnia 13 grudnia wywieziono z Biecza. Kilku rannych zmarło w nocy z dnia 12/13 grudnia i groby ich były pierwszymi pomnikami austryackiej wojny. W nocy 13/14 grudnia opuściły ostanie straże rosyjskie Biecz, a dnia 14 grudnia przybyły do miasta patrole a za nimi i wojska liniowe. W dniu tym była mniejsza utarczka na Przedmieściu Dolnem.”


Trudno powiedzieć, gdzie powstały pierwsze mogiły, o których pisze A. Pałys, ponieważ zdjęcia późniejsze pokazują mogiły zarówno w pobliżu kościoła, jak i na pobliskim wzgórzu, na którym następnie powstał cmentarz nr 109.



Cofająca się armia rosyjska zamierzała zniszczyć most na Przedmieściu - prawdopodobnie chodziło o most przy młynie w ciągu drogi Gorlice-Jasło. Most udało się uratować dzięki gospodarzom z Przedmieścia. 


"Biecz nawiedzony inwazyą rosyjską:

Od strony Gorlic, na wzgórku pod lasem plebańskim,stoi sobie licha chatka. W czasie bitwy schroniło się do niej kilku rosyjskich żołnierzy i resztki prowiantów wyjadało biednemu wieśniakowi, czterech zaś siedziało tuż pod chatą. W tem uderzył nich austryacki szrapnel, oderwał jednemu żołnierzowi rękę i resztę ciężko ranił. Wybuch szrapnela rozwalił drzwi do chaty, kołyskę z dziecięciem rzucił pod ławę, lecz nikogo z domowników nie ranił. Widząc to, żołnierze będący w chacie, odbiegli jedzenia i poczęli uciekać. Lecz zaledwie wybiegli z chaty i kilkanaście ubiegli kroków, gdy drugi szrapnel w nich uderzył i ciężko poranił. Szczątki pierwszego szrapnela znalazłem jeszcze w onej chacie i zachowałem na pamiątkę. (...) Czem tam ludzie teraz żyją - jeden Bóg raczy wiedzieć. Soli już niema od listopada, młyny stoją, bo Moskale pasy pocięli, a chociażby zresztą szły, to Moskale zabraliby od razu wszystką mąkę. Trudno także piec chleb, bo jeszcze nie upieczony z pieca wyciągną i zjedzą.”


Kronika parafialna:

“Ustąpili 13 grudnia. Była to niedziela. Straszny był to dzień. Od huku armat kościół drżał. Ludzi w kościele było niewiele, ale byli i spowiadali się. W tym czasie spaliło się kilka domów na Strzeszynie i Klęczanach, a na Przedmieściu zabudowania p. Kowalskiej.”


[źródło: Gabriela i Tadeusz Ślawscy “Biecz w dawnej grafice i fotografii” str. 224]


Wymiana ognia pomiędzy nacierającymi doprowadziła do pożaru także w gospodarstwie p. Wróżkowej, sąsiadującym z zabudowaniami p. Kowalskiej.

Maria Kromkayowa:

“Po kilkunastu minutach wznosi się na naszym przedmieściu słup dymu. To stodoła pani Kowalskiej pali się. Od niej zajmuje się sąsiednia stodoła gospodyni Wróżkowej, dalej stajnia. Stodoły palą się z hukiem, bo kwaterujące u nas wojska zostawiają naboje. Te eksplodują. Skutkiem tego obrona niebezpieczna. Ludzie bali się iść wysunąć maszyny i narzędzia rolnicze. A ogień wprost szaleje. Wiatr ze wschodu, to może domy ocaleją. W powietrzu ciągłe błyski nad moim dworkiem. Jeden granat rozerwał mi ścianę u stodoły i stajni i zarył się w ziemię. Na moje szczęście nie eksplodował. Ludzie zbierają się oglądać. „Ma pani szczęście”- mówią mi.”


Dwa tygodnie do Świąt Bożego Narodzenia szybko minęły. Ponownie armia własna korzysta z kwaterunku u mieszkańców Biecza. Jak zwykle sytuacje są różne. Jedni są grzeczni, płacą za wszystko i pilnują, aby podwładni nie niszczyli własności gospodarzy. Inni z kolei mają na uwadze jedynie potrzebę chwili. Zdarzają się wręcz groźby ukarania rozstrzelaniem, jeśli ktoś nie chce się zgodzić na wydanie potrzebnej paszy lub innych zasobów.

Maria Kromkayowa:

“Musiałam więc poznać i odwrotną stronę medalu. Dano mi konie od Infanterie Munitions Park 2. Ludzie, Niemcy z Grazu, trochę Czechów. To nie byli ludzie. Tacy źli. Tylko stanęli rozbili mi w drewutni ścianę. Płoty tną, dranki palą, gospodarują w mojej słomie. Zajęli co się tylko dało, nawet komórki. Zrabowali materiał z deszczek, poprzestawiali między konie. Chciałam pomówić z ich komendą. Nie chcieli powiedzieć gdzie stoi. Po 2 dniach przyszedł oficer. Niemiec. Nie rozumie nic. Proszę jednej znajomej pani, ta mi tłumaczy o co rzecz chodzi. 

„Który żołnierz to zrobił? Ukarzę!" 

Nie wiem. Mnie nie o karę chodzi, ale o wynagrodzenie szkody z wziętej słomy, i o zwrot deszczek. Panna M. tłumaczy, widzę, że ten pan robi się czerwony, gada i z pasją odwraca się i odchodzi.

- A temu co się stało?

- Mówi, że może za 24 godziny będzie w ogniu, a pani go drobiazgami zajmuje. Zdumiałam się, bo cóż to ma do rzeczy. Żeby nic nie zapłacić, w ten sposób się wykręcił.

Jeden ze znajomych mi oficerów przed paru dniami objaśnił mnie, że za paszę wziętą i szkody jest nakaz płacenia. I ja tak wymyślałem, że cesarz nie chce wyzysku swoich poddanych i tak już bardzo zniszczonych przemarszem naszych wojsk, potem miesięczną niewolą i rabunkiem Moskali. Trzy dni jeszcze stali. Wszystkie deszczki zniknęły. Zapewne sprzedali. Nie wiem. Zostawili wszystko zrujnowane.”


[źródło]
[opis: dworek Marii Kromkayowej na Przedmieściu]


Kierownik szkoły męskiej Andrzej Pałys:

“Dnia 23 grudnia znowu Czerwony Krzyż wojsk austryackich zajął sale szkolne. 

Dzień 24/12 1914 r. był spokojny. Wojska obchodziły wigilię Bożego Narodzenia bardzo wspaniale i wesoło. Drzewka wigilijne urządzone były w każdej klasie, a w niektórych i więcej. O północy wszyscy byli w kościele na Pasterce. Ranek Bożego Narodzenia był również spokojny, ale już po południu Czerwony Krzyż gotował się do wymarszu. Część Czerwonego Krzyża wyjechała w nocy, a część pozostała do rana 26 grudnia. 

Rano dnia 26 grudnia było w mieście i szkole wielkie zamieszanie. Saniteci zwozili rannych do szkoły, których, po tymczasowym opatrunku, wywożono w stronę Gorlic. O godzinie 7-mej wszystko wyjechało. Została tylko jedna armata i mały oddział wojska na powstrzymywanie nieprzyjaciół. 

Wystrzelono z niej kilka razy a o godzinie 9-tej wszystko, co było austryackie, opuściło Biecz.”


Zapanowało pełne przerażenia wyczekiwanie na wkroczenie Moskali, na “szarą falę”, “burych oswobodzicieli“.

Maria Kromkayowa:

“Święty Szczepan. Ostatnie nasze patrole odchodzą koło 10 rano. Przedtem podpalają snopkami most. Ludzie ratują. Za godzinę widzimy Moskali na moście, na górach od Święcan, na górach od Binarowej. Idą nie jak dotąd, zrazu trochę, później dużo, ale od razu idzie ich bardzo wielu gościńcem, inni rozbiegają się po domach, idą sztreką i z gór schodzą. Od razu jesteśmy zalani szarą falą.”


A. Pałys w kronice szkoły męskiej zlokalizowanej obok fary:

“Był to prawdziwy dzień sądu Bożego. Wojska i patrole rabowały i niszczyły wszystko co się dało. W kieszonkach od ubrania a w pudełkach malutkich szukano Austryaków. Żołnierze zabierali wszystko, ubranie, bieliznę, jedzenie, kosztowności, a co się nie dało wziąć, to niszczyli. Szukali i zmuszali ludność do wydania wódki, której już w mieście nie było. Wieczorem dnia 26 grudnia 1914 r około godziny 5-tej na dziedzińcu szkolnym założyli żołnierze rosyjscy 16 ognisk i pięć kuchni polowych. Przy tem spalono płot szkolny, kilka ław szkolnych.”


[źródło: Gabriela i Tadeusz Ślawscy “Biecz w dawnej grafice i fotografii” str. 79]



Straszny był ten czas rządów Moskali w Bieczu i okolicy. Trudna sytuacja wojenna, brak żywności, desperacja a może i wyrachowanie spowodowały, że niektórzy przestali przestrzegać prawa ludzkiego i chrześcijańskiego.

Relacja o. W. Kapuśnika w kronice klasztornej:

“Wojska ciągną ustawiczne na front a ten przemarsz straszny, szczególnie noce, gdy wałęsający się sołdaci dobijają się do domów, rozbijają bramy, drzwi i udając niby to austriaków biorą co się tylko wziąć dało, potrzebne czy niepotrzebne. Do Klasztoru odbiwszy bramkę na cmentarzyku, jedni dzwonią do furty i biją do drzwi aby ich puścić, drudzy bramę wjazdowa wysadzają, aczkolwiek im mówiono, że to Klasztor a nie żaden dwór, rychło się uporali zabierając sześć małych prosiąt – i to tak sprytnie, iż żadnego kwiku nie mały czasu wydać od strachu.”

i dalej o. Witalis Kapuśnik:

“Straszne to było widzieć pełne ognisk płonących całe noce po okolicy, słyszeć krzyki, śpiewy, nierzadko łuna na niebie wskazywała, że palą się domy i to co noc się prawie powtarzało.”


Wikary, ks. Adam Czubek notuje w kronice parafialnej:

“Pierwsze zawitanie żołnierzy rosyjskich było zawsze najprzykrzejsze. Dopóki w mieście nie usadowiła się jakaś władza, żołnierze chodzili sobie samopas i dopuszczali się bezprawia. „Smotrali Austryjaków”, a szukali ich wszędzie. W każdym stoliku, szufladzie, kuferku. Oczywiście zabierali wszystko, co im się tylko spodobało. 

W tym czasie zaczęło się to straszne dla ludności rabowanie zboża, siana, słomy, bydła, koni. Z bydłem, z końmi chowali się ludzie po lasach, jarach. Również i zboże mieli zachowane po dołach, zdarzały się niestety wypadki, że jedni drugich wydawali, wskazywali Kozakom, gdzie są rzeczy pochowane. 

Po takim zrabowaniu było wiele biedniejszych rodzin, co nie miało z czego żyć. Żywili je sami żołnierze.”


Kierownik Andrzej Pałys przedstawia swój punkt widzenia:

“Wojsko zaś, jako naród ciemny, zabierał i rabował wszystko, jak owies, jęczmień, siano, słomę, bydło. Za to gdzieniegdzie płacono minimalne kwoty, a gdzieniegdzie zabrano darmo. 

Lud biedny, któremu wojska nieprzyjacielskie nie miały co do zabrania, owszem od niego otrzymywał pożywienie, przywiązał się do wojsk rosyjskich, ale ludność bogatsza, której nieprzyjaciel wiele wyrządził krzywdy, znienawidził wojsko rosyjskie i wspomina o nich jako o barbarzyńcach.”


Maria Kromkayowa spotykając się z sąsiadami, zbiera wszelkie wiadomości i opowieści z okolicy. Sama, prowadząc gospodarstwo, doskonale orientuje się w cenach i możliwościach nabycia. Przez cały okres okupacji i później udzielała kwater kadrze oficerskiej, musiała więc prowadzić - obok dziennika - także budżet domowy, aby później móc skutecznie dochodzić swoich należności:

“Poniedziałek 4.I.1915 Jak nasi nas nie odbiją, to wszystkim nam grozi głód. Żyto jest w cenie 5 guldenów za 25 kilo, pszenica 6 guldenów. Owsa już nie ma. Jęczmień także biorą dla koni. Ciągły zabór wszystkiego. 

W święta jak wpadli Moskale, rabowali nawet chorych na łóżkach, czy co nie chowali. W każdym domu obrazek smutku. 

- Mamo, daj nam chleba, jeść nam się chce - wołają dzieci.

- Zaraz wam dam, tylko posprzątam izbę po Moskalach, którzy u nas nocowali.

- Mamusiu, my nie jadły wieczerzy, tak my się bały Moskali.

Już idę, dzieci. Wtem przerażona matka załamuje ręce. Komora pusta. Chleb i wszystkie zapasy zrabowane. 

Z drugiego domu słychać zawodzenie. Tam nocą porwano wieprzka. 

W trzecim domu zabrano wszystką słomę, owies. 

W czwartym krowę, za którą rzucono 3 ruble. 

Inni szukają zrabowanych koni. Innym wysmotrali ukryte zboże na chleb.

Słowem - jedna nieustanna kradzież i krzywda ludu polskiego. Kto jeszcze dzielniejszy, zgłosi się do komendy i do oficerów; czasem dostanie pieniądze. Kto nie umie się zorientować i nie wie, gdzie komenda stracił swój dobytek.”


W najgorszej sytuacji był majątek tych, którzy wyjechali, a w szczególności Żydów. Domy bez opiekunów były doszczętnie grabione, rozbierane, a drewno zużywano na codzienny opał. Zniszczone budynki zamieniano na stajnie.

Kronika parafialna:

“Żydzi od nich najwięcej ucierpieli. Każdy sklep był rozbity. Jeżeli właściciel został, to zawsze coś obronił albo się okupił. Jeżeli zaś właściciela nie było, to wszystko zrabowano. Zaczynali Moskale a kończyli chłopi i baby. Można było widzieć żołnierza stojącego w sklepie otoczonego naszym ludem i przedającego towary jak na licytacyi. To samo się działo po domach, skąd mieszkańcy pouciekali. Co się dało to pokradli a resztę popalili. Po domach opuszczonych stały konie kiwając poważnie przez okna głowami. Jak więc te mieszkania zamienione w stajnie wyglądały? Bez drzwi, bez okien, bez podłóg.”


i dalej opisuje wikary A. Czubek:

“Żołnierze też nam nic z jedzenia nie wzięli, oprócz ziemniaków, któreśmy im sami dawali i konfitur, które, rozbiwszy szafkę, wyjedli, ale za to węgle, zapasy drzewa zupełnie wypalili, a w końcu paliliśmy ich drzewem, które oni kradli rozbierając domy drewniane przez Żydów opuszczone, jak karczmę białą przy gościńcu, jak się skręca do Strzeszyna, dom rabina w rynku itd.”


Maria Kromkayowa:

“1.XII.1914 Nasz sklep katolicki „Kółka Rolniczego” uległ zniszczeniu. Nie mamy już gdzie zaopatrywać się w konieczny towar. Nie ma już i nafty ani soli.

Ludzie idą do miasta. Moskale sprzedają im zagarnięty towar i pytają o różne rzeczy. Ludzie im objaśniają i za darowany im towar wskazują, kto gdzie mieszka, jak się nazywa, co ma. Jakie to smutne myśli nasuwa. Tyle szkół i pracy, a naród nasz nie wie, że jest Polakiem. Dla małych korzyści wydaje swoich. Wśród tych wszystkich okropności jeden cierń więcej.”


Maria Kromkayowa z niektórymi oficerami armii rosyjskiej, szczególnie pochodzenia polskiego podejmowała dyskusję o zachowaniu się ludzi. Jedną z nich tak relacjonuje:

“Jestem zdania, że człowiek zacny i prawy będzie w każdych warunkach życia dobrym. Ciągle nam się teraz o uszy odbijają wiadomości o jakiej grabieży, protestujemy. A oni się tłumaczą: - Teraz wojna pani. Wojna daje sposobność do czynienia złego, wierzę - i dużo ludzi demoralizuje, ale człowiek rozumny i zacny pozostanie takim zawsze.”


[źródło: akg-images / IMAGNO/Archiv Christian Hlavac]



Nie będę tutaj analizować przyczyn tego stanu rzeczy, powiem tylko dwie rzeczy: monarchia austro-węgierska nie była państwem opiekuńczym, a bieda nie uszlachetnia. Być może desperacja i bieda niektórych przeważała nad 10-cioma przykazaniami.

Anna Brudziszówna z Wapnisk:

"Po wzięciu Przemyśla było ich już, jak ós w bani, gęsto, to też nie zostały w spokoju i ziemniaki w kopcach. Zdarzyło się, że Moskale przyszli w nocy do jednego gospodarza drzeć ziemniaki z kopy. Natrafili (myśląc, że tam są ziemniaki), na zdechłego konia, który był tam schowany i dokopali mu się aż do samych kopyt. Z wiosną spacerowali ci „oswobodziciele“ całymi wieczorami, śpiewając, tak, że nie było ani w dzień, ani w nocy spokoju, aż do 4 maja 1915 r."


Jakub Kunigowicz ze Strzeszyna:

"To też i nasza wioska taka, bo też zaraz za naszą wioską znajdowały się okopy nieprzyjacielskie, a we wsi było rojno jak w ulu od tych „burych“. „Smotrali“ we dnie i w nocy, to też „wysmotrali“ prawie wszystko, nie zostawili nam tylko puste ściany, i to nie wszystkie, bo 15 gospodarstw spłonęło. A i te puste ściany rozbierali, gotowali „czaj“ i co im było potrzeba. A co najgorsze, nasze biedne bydełko te „burki“ wszystko „skuszali“, do tego stopnia, że są gospodarze, nie mający i jednej krowiny, a może by się znalazło na 300 numerów kilku, co mają po dwie i to bardzo liche, co już po wyparciu Moskali pokupili. I żyj chłopie!

To też rozpacz niejednego bierze na myśl, co będzie, bo jeżeli gospodarz niema inwentarza żywego, to nie będzie chleba, a gdy nie będzie chleba, to co będzie? 


[źródło: Tadeusz Ślawski, "Strzeszyn, zarys monograficzny", str. 103]


Świnek na 300 sztuk zostawili nam aż 4 i to schowanym sposobem. Przed wojną komornik chował presię, a gospodarze chowali po kilka sztuk. Przed wojną morgowy gospodarz chował krowę i cielę, a bogatsi po kilkanaście sztuk i po kilka pięknych krów. Z końmi to samo; przed wojną gospodarze mieli po trzy i cztery piękne konie, a teraz niektórzy pokupili kaleki kulawe i mają po jednemu. Zo zbożem, sianem, słomą to samo; nie mamy widoków na dalej; jesteśmy zrujnowani na dziesiątki lat."

źródło: Piast : tygodnik polityczny, społeczny, oświatowy, poświęcony sprawom ludu polskiego : Naczelny organ Polskiego Stronnictwa Ludowego. 1915, nr 52, 26.12.1915 r.


Kadra kwaterowała na plebanii parafialnej, w klaszotrze i u niektórych gospodarzy. Za kwaterunek i rekwizycje płacono lub nie. Częściej zabierano wszelkie dobra siłą, groźbą lub podstępem. Tragedią przede wszystkim była grabież zboża, siana, słomy i zwierząt, tak koni, jak i bydła, trzody chlewnej i wszystkiego, czym można było wyżywić głodną armię. Maria Kromkayowa obserwując przejazd trenów rosyjskich z przykrością odnotowuje, że wozy są pełne siana, słomy i owsa, tj. mienia zrabowanego ludności polskiej.

Ks. A. Czubek:

“Na plebanii zawsze prawie były kwatery dla oficerów, pułkowników. Żołdactwa było więc wszędzie pełno. W kuchni zwłaszcza po kilkunastu dniem i nocą. Ciągły śpiew, wrzaski, kłótnie urozmaicały ich pobyt, a zaduch omdlewający był. Między pułkownikami mieszkał u nas niejaki Lalin. Przyszła do niego kobieta z Belny z kartą, aby jej wypłacił za drzewo zabrane na budowę mostu. Odprawił ją z niczem, a raczej pocieszył ją tem, że za kilka dni będzie miał pieniądze, to jej da, a jakby wyjechał, zostawi u nas. I kobita przyszła po pieniądze do nas rzeczywiście, ale nic nie dostała, bo i nam nie dano.”


Z relacji Marii Kromkayowej poznajemy sytuację rodzin poddanych rekwizycjom na rzecz armii rosyjskiej. A jeśli do tego dodamy, że nie wszystkie rodziny były pełne, że czasami na gospodarstwie została kobieta z dziećmi, bo mąż został zmobilizowany i nie wiadomo było czy żyje, to otrzymujemy obraz cichych dramatów rozgrywających się w domach rozsianych na Przedmieściu.

Maria Kromkayowa w Dzienniku:

“Tymczasem płynie dzień za dniem. Ludzie opowiadają o swoich kłopotach i obawie głodu.

- Jak się macie Franciszku? - pytam jednego z gospodarzy.

- Proszę pani, wzięli mi krowę.

- Jak to wzięli? Przecież mieliście kartkę.

- Na kartkę nie patrzyli. Za krowę zapłacili mi 15 rubli.

- Proszę pani, jak będzie żyć. Koni nie dostanie, krowami w polu orałem. Jałówkę zabrali w nocy. Za świnie dali 11 rubli. 

Łzy toczą mu się po twarzy. Tak mi go żal, bo człowiek zacny, pracowity, sumienny i mimo, że gospodarz 5-cio morgowy, robi u mnie w ogrodzie, więc go dobrze znam i lubię. 

Nachodziłam się po różnych komendach, nim dotarłem do właściwej, ale z dobrym skutkiem. Zwrócono mi krowę, a ja im 15 rubli. Czułam się tak uradowana i zadowolona, że wprost szczęśliwa. A Franciszek! Chyba nie trzeba mówić!

Wojska stoi w Bieczu dużo i to całymi tygodniami, a to konnica rosyjska od kanonów i od amunicji górskiej. Brak paszy. Niektórym gospodarzom tak jak i mnie wszystko zabrano. Obecnie, uproszone komenda nie pozwalają brać ostatnich krów i zostawiają tylko tyle zboża i paszy, aby ludzie i bydło z głodu nie poginęli. Dla zapobieżenia nadużyciom, wydają kartki. Czasami i to nie pomaga, czego dowodem wypadek Franciszka, choć właściwie komendo dywizji 9 te kartki wystawiło, a żołnierze z tejże samej dywizji dopuścili się nadużycia. Wzięłam i ja kartkę dla siebie.

Mleko obecnie jest w cenie 25 centów 50 halerzy za litr do 60 halerzy. Masła całkiem w handlu nie ma. Za jaja i mleko ludzie dostają sól od Moskali. Jedna z moich kuzynek przywiozła z Jasła soli, żeby tej naglącej i koniecznej potrzebie zaradzić.

15.II.1915: Dziś ludzie są bardzo zmartwieni. Po zabraniu bydła, koni, paszy, kur, przyszła kolej na kartofle. Moskale dobierają się do kopców, płacą za ćwierć zaledwie 100 halerzy 50 centów. Jeżeli weźmiemy pod uwagę, że po chlebie jest to najważniejszy artykuł spożywczy, to łatwo zrozumieć można to zmartwienie gospodarzy. Gdy kto wydać nie chce, wezmą a nic nie zapłacą. 

Dzisiaj jednej gospodyni ogarnięto dwie gęsi; dano jej 3 korony. Gdy poszła z uzależnieniem do komando, nie tylko nie uwzględniono jej pretensji, ale jeszcze babę żołnierz popchnął. Dużo zależy od oficerów. Niektórzy płacą sumiennie. Inni pozwalają na wyzysk.”


[źródło akg-images / IMAGNO/Archiv Christian Hlavac]
[opis za AKG: Galicyjski dom wiejski w pobliżu Tarnowa (Polska). II wojna światowa. Jesień 1939 roku. Fotografia z albumu austriackiego żołnierza]



Zabór mienia to nie tylko widmo głodu w kolejnych dniach, ale także brak możliwości zasiewów. Na okolicznych polach wciąż grupują się oddziały armii rosyjskiej, niszcząc przygotowane grządki. Dodatkowo rolnicy nie mają koni, wołów a nawet krów, żeby przy ich pomocy obrabiać pola pod zasiewy i sadzenie ziemniaków.

Zapiski Marii Kromkayowej:

“Wiosna, trzeba zasiewać w ogrodzie. Niewiele mamy nasion i wszystko rozgrzebane; ludzie i żołnierze chodzą ogrodem jak drogą. Rolnicy martwią się, bo nie mają czym obrobić pola; nie mają koni. Z obawa wydalają się z domów, bo podczas nieobecności gospodarzy mogą sołdaty i zagrabić resztki paszy.”

i dalej:

“16.IV.1915 Towaru nie ma, a jeżeli coś do sklepu sprowadzą z rzeczy najpotrzebniejszych, to kosztują one tak drogo, że nabywać nie możemy. I tak 1 kg cukru kosztuje rubla i 3 kopiejek. Mydełko toaletowe 1szt. rubla, 2 kg. mąki rubla. Funt mydła 80 kopiejek. 

Kasy wyjechały [msz: banki], podjąć pieniędzy nie można. Sprzedać nie ma co. Kartofle nasze wojsko z pola mi wybrało, nie wiem, czy pozostawione resztki wystarczą na sadzenie i domową potrzebę. Zastanawiamy się czy zasiać zboże i sadzić jarzynę, czy dać spokój wszystkiemu. Nasze pola znajdują się po tej stronie, gdzie są stawiane kwatery wojska rosyjskiego. Obecnie stoi tu rozlokowany obóz pułku syberyjskiego. Moje zagony wolne, ale sołdaty przechodzą przez nie jak ścieżką”


Linia frontu na całą zimę i aż do wiosny 1915 r. oparła się o Gorlice, Biecz stanowił zaplecze dla działań wojennych toczonych w okolicy. Działały tutaj szpitale dla rannych zlokalizowane w obu szkołach podstawowych oraz w klasztorze. Liczba rannych dowożonych do Biecza zależała od natężenia walk pod Gorlicami, które w marcu i na początku kwietnia były dosyć krwawe. 

Maria Kromkayowa w swoim dzienniku relacjonuje wydarzenia praktycznie dzień po dniu i z jej zapisków wynika, że spokojnych i cichych dni było bardzo niewiele. Nieustannie dobiegały dźwięki wystrzałów armatnich i grzechot karabinów maszynowych, czasem przelatywały aeroplany. Drogą nieustannie wędrowały treny z ładunkami, maszerowało wojsko i jeńcy. Wożono rannych i chorych. Ten nieustanny potok ludzi, zwierząt, towarów i broni powodował, że nawet przejście z jednej strony gościńca na drugą było trudne, a wyjście do kościoła było całą wyprawą, odbywaną często rowem, bo na drodze nie nie było miejsca dla cywili.

Anna Brudziszówna z Wapnisk:

"Przez całych 18 tygodni walk pod Gorlicami u nas nic się nie zmieniło. Odległość od frontu dzieliła nas na 12 klm., to też huk słychać było ciągle, a czasem grzechotanie karabinów, tak, jakby ktoś z dachu na zasuwkę komina sypał bób. W nocy błyskawice nigdy nie zaspały, a nierzadko jasne promienie reflektorów oświetlały ziemię, stratowaną całozimowym przejazdem konnicy rosyjskiej, która rabując siano, słomę, owies, zboże, ziemniaki, zresztą wszystko, co się dało, w Binarowy, w Ołpinach, w Szerzynach, przejeżdżała przez Wapniska, tak, że pozostały doły i koryta po wagonach."


[na zdjęciu widać układ gościńca, z szerokimi rowami/rowem po bokach]


Kronika klasztorna:

“Dnia nie pomnę, ale w samym początku stycznia 1915 zakwaterował się w Klasztorze szpital rannych Rosyjskich żołnierzy. Czterech lekarzy, apteka, sanitariusze, a po bitwie pod Limanową i ranni. W dawnej infirmerii była sala operacyjna, refektarz, korytarze rozmiejscowione [?], pełno rannych. Lekarze ludzie dobrzy i grzeczni to też sanitariusze widząc przykład z góry zachowywali się znośnie, mało niszczyli, ale zawsze powybijali ze 20 szyb, rozebrali ogrodzenie podwórca i co się nie dało schować i zamknąć. Na ogrodzie i za kościołem, w szopie, stodole i na podwórzu stało 120 koni. W stodole kowale naprawiali wozy, kuli konie, a w kuchni gotowania na chorych i lekarzy, słowem cały dzień i noc literalnie ogień płonął.”

i dalej:

“Lekarze jak wspomniałem ludzie usłużni. Dr Kozubowski i [tu puste miejsce, drugiego nazwiska nie wpisano] jeździli do chorych, dawali lekarstwa, dzieciom cukierki, rannych cywilnych operowali. Stosunkowo od frontu co tam się działo zależała ilość rannych, szczególnie po jakimś ataku i na setki dokonywano operacji dniem i nocą, a przecież w obu szkołach były tak samo szpitale.”


Kierownik szkoły męskiej, A. Pałys:

“Biecz był ustawicznym przemarszem i postojem wojsk nieprzyjacielskich. Nie było dnia, aby w Bieczu nie obozowało kilka tysięcy wojska nieprzyjacielskiego. W szkole męskiej począwszy od 28/12 1914 aż do 2 maja 1915 r. bez przerwy był lazaret rosyjski. Codziennie przywożono rannych. Najwięcej rannych było przy końcu grudnia 1914 r. i pierwszego i drugiego maja 1915 r. Lekarze rosyjscy odznaczali się zbytnią uprzejmością i grzecznością, zajmowali się gorliwie chorą ludnością cywilną.”


Maria Kromkayowa:

“12.III.1915 Niezwykle wiele przejeżdża karetek z rannymi. Jadą powoli, firanki z płótna zapuszczone. Starszyznę przewożą autami. Nie wiele, ale są i nasi ranni.

13.III.1915 Śnieg taje. Rannych wiozą nie tylko we dnie, ale i w nocy. Obie szkoły zajęte, a mówiono mi wczoraj, że i Kromerówka. Czasami słyszymy armatnie wystrzały z oddalenia…”


[opis: na zdjęciu Kromerówka, drewniane płoty w pierwszej kolejności padały łupem żołnierzy, którzy gromadzili opał dla siebie i dla kuchni polowych]


Z wiosną pojawiają się zachorowania na choroby zakaźne. Nic dziwnego, skoro okolica jest przepełniona ludźmi i zwierzętami, brakuje środków higienicznych i leków, nikt nie myśli o myciu rąk.

Maria Kromkayowa:

“11.IV.1915 Mówiono nam, że w nocy była walka koło Gorlic. Widzimy, że karetki przewożą rannych i wracają napowrót. Mamy dużo wypadków chorób. Był tyfus, obecnie ospa. Wojsko rosyjskie lekarze szczepią jak i ludność cywilną. Szczepi dr. Kozubowski, Polak, który zyskał tu sobie sławę zacnego, dobrego i życzliwego profesora, który miał lornetkę na stole. W Rzeszowie pozbawiono wolności pewną osobę za robienie notatek.”


Po inwazji


Przełamanie gorlickie i przesunięcie się frontu od 2 do 5 maja 1915 r. doprowadziło do uwolnienia Biecza i okolicy spod okupacji rosyjskiej. Samego przebiegu walk w tym okresie nie będę opisywać, skupię się na tym, jakie skutki pozostawiła po sobie sama okupacja.

Wojna przeorała Biecz na różne sposoby, zarówno bezpośrednim uderzeniem, okupacją rosyjską, potem dynamicznym przejściem frontu, ale też poborem, który zniszczył życie rodzin, wpędził w jeszcze większą biedę żony i matki. Front, który przeszedł w czasie bitwy gorlickiej wprawdzie nie spowodował dramatycznego zniszczenia miasta, ale wprowadził chaos. Kilkumiesięczny pobyt wojska, najpierw austro-węgierskiego, a następnie armii rosyjskiej wydrenował z zasobów i tak już mało zamożną społeczność biecką. Rząd obiecywał zapomogi i wsparcie, ale aparat urzędniczy działał wolno. Skutki związane z odbudową gospodarstw, odtworzeniem pogłowia bydła i koni, uprzątnięciem pól bitewnych, budową cmentarzy trwały jeszcze długo potem. Pobór do armii z ziemi bieckiej ponownie ruszył.


“Nigdzie w całej krwawiącej Europie okrucieństwo wojny nie objawiło się w tak straszliwy sposób. [...] Nigdzie nie zadano tak brutalnych ciosów, nigdzie cierpienie cywilów nie jest tak wielkie i nigdzie nie są oni tak bezradni [...]. Nie mają bowiem jedzenia, ubrań, pieniędzy ani nawet nadziei. Bieg wojny na wschodzie odcisnął swoje piętno na milionach ludzi, czyniąc ich rozbitkami w miejscach, które niegdyś uważali za [...] dom. 

To, co Rosjanie pozostawili podczas natarcia, zniszczyli w czasie odwrotu. [...] Wszystko, co dało się spalić, puszczono z dymem. Pozostawały tylko groby zmarłych, wycieńczone ciała żywych i ogołocona, pokiereszowana pociskami ziemia.”

źródło: Norman Davies, “Galicja”, str. 433-434


Andrzej Pałys notował w kronice szkolnej:

“Miasto Biecz podczas walki niewiele ucierpiało, prawie nic, ale za to Dolne Przedmieście poniosło znaczne straty. Kilka domów uszkodzono, jeden spalono i troje ludzi zabito. Następnie przez kilka dni przez Biecz przechodziły wojska austryackie i niemieckie. 

Podczas postoju w szkole męskiej wojsk niemieckich odebrał sobie życie żołnierz niemiecki, skutkiem silnego zdenerwowania dnia 7-go maja.”


Oboje z Darkiem analizowaliśmy wykazy pochowanych w Bieczu żołnierzy armii niemieckiej, ale nie mamy 100% pewności co do osoby, o którą może chodzić.

Kronika klasztorna:

“Smutny widok przedstawiało miasto Biecz i okolica – zburzone domy żydowskie, gdy w nich nie było nikogo, powybijane okna, powysadzane drzwi, ramy okien, odrzwia wyłupane, brak płotów, wszelkich ogrodzeń, a natomiast kupy wszędzie końskiego nawozu, ilości szmat, puszek blaszanych z konserw, tu i ówdzie karabiny, ładunki karabinowe, naboje armatnie, które nie eksplodowały, powycinane drzewa przydrożne, sady popalone, domy, stodoły, doszczętnie zniszczone karczmy i wyszynki żydowskie. 

Już w drugiej połowie maja wracają do domu uchodźcy i rozpatrują się po swoich mieszkaniach szukając sprzętów i mienia, którym dzielił się żołdak moskiewski z ludem okolicznym, zawsze na cudze łakomym, nie pomny przykazania „Nie kradnij”, ale uniewinniający się – mienie „Moskale dali” albo „Kazali brać” albo “nie wziąłby ja to wziąłby inny”. 

Po tej wojennej burzy, orkanie, który zniszczył materialnie okolicę, większe zniszczenie jeszcze okazuje się duchowe, a bezprawia się dopuszczający powtarzają z cynizmem: „teraz wojna, teraz wszystko wolno”, a więc kradzieże, zwady, rozpusta, nieposłuszeństwo – bo wolno wszystko.

Lud bierze się do roli z braku inwentarza zaprzęga krowę, gdy ją uchronił przed nieprzyjacielem i orze rydlem, ryje kopaczką, sadzi, sieje a odgłos strzałów coraz to bardziej się oddala.”


Kronika szkoły męskiej:

“Rok szkolny 1914/15 przepadł dla tutejszej dziatwy, gdyż od 19 września 1914 roku aż do połowy czerwca 1915 r. szkołę zajmowały wojska już to asustryackie już to rosyjskie.

Rok szkolny 1915/16 rozpoczął się dnia 1 września 1915 r nabożeństwem w kościele parafialnym. Liczba uczniów uczęszczających na naukę zmalała. 

Młodzież starsza pracuje w domu na roli, więc słabo do szkoły uczęszcza. Ponieważ przymus szkolny nie jest ściśle wykonywany ze względu na brak rąk do pracy, przeto liczba dzieci zmniejszyła się. 

Wojna wywarła ujemny wpływ na moralność dzieci a także i starszych.”


[źródło]
[opis: ul. Reformacka]


Szkody wyrządzone przez Rosjan na spółkę z mieszkańcami miasta w majątku tych, którzy zdecydowali się na ewakuację musiały być znaczne. Jedna z osób - być może któraś z nauczycielek - przesłała swoją relację do prasy, którą opublikowano już w sierpniu 1915 r.:

“Z Biecza piszą nam: Każdy, kto znał dobrze tutejsze stosunki w mieście i okolicy, z przykrością na pierwszy rzut oka zauważyć może, że pięciomiesięczny pobyt Rosyan w Bieczu bardzo ujemnie wpłynął pod względem moralnym zarówno na lud, jak i na dzieci. 

Duchowieństwo i nauczycielstwo nie mało będzie miało trudu, zanim wypleni zły posiew. Z nielicznymi wyjątkami, wszyscy inteligenci znaleźli domy swoje - po powrocie z przymusowej tułaczki - kompletnie zrujnowane. 

W rynku są tylko cztery domy kompletnie zniszczone, za to na przedmieściu od strony Jasła i Gorlic nic nie ocalało. Folwark p. Kowalskiej zupełnie zniszczony, zabudowania gospodarskie kompletnie zniknęły; staroszlachecki dworek pp. Klemensiewiczów przedstawia - od strychu do piwnic - obraz zniszczenia. Drzwi, okien, podłóg, ogrodzenia, ganeczków niema; piece porozbijane, stajnia i stodoła rozebrana. Materyał drzewny spalono, inny sprzedano za co bądź w miasteczku. Zdemolowano nadto domy: p. Fuka, gdzie mieszkał naczelnik sądu, p. Majewskiej, p. Krynickiej i Rogowskiego. W gmachu sądowym, w jednej z obszernych sal, wybudowali Rosyanie olbrzymi piec piekarski z żelaznym okapem; urządzenie wewnętrzne gmachu, registraturę i akta sądowe - spalono. 


[źródło: Gabriela i Tadeusz Ślawscy “Biecz w dawnej grafice i fotografii” str. 214]


Rzecz oczywista, że - jak wszędzie - tak i w Bieczu, zniszczono urządzenie wewnętrzne stacyi kolejowej. Fortepiany i inne meble, należące do inteligencyi w Bieczu, można było widzieć, po wyjściu Rosyan porozwłóczone po rozmaitych uliczkach i wertepach zamiejskich, porozbijane i poniszczone, aby tylko właściciele nie mogli już mieć z nich użytku. 

Tylko w mieszkaniu doktora i notarynsza nic nie zostało tknięte. Pozostawione tam młode a dzielne służące dały sobie jakoś radę i ocaliły mienie swoich pracodawców. Między sądem a domami mieszkalnymi, na gruntach szpitalnych, urządzono cmentarzysko dla poległych. Bardzo wielu Rosyan pochowano też na cmentarzach kościelnych i w polu.”

źródło: Nowa Reforma (wydanie popołudniowe). 1915, nr 435, 28.08.1915 r.


Trzy różne relacje i trzykrotnie podkreślony moralny upadek części mieszkańców, dorosłych i dzieci. Pewnego rodzaju rozprężenie musiało być widoczne w stosunkach społecznych jeszcze przez długi czas po odejściu armii rosyjskiej. 

Z jakiegoś powodu Maria Kromkayowa unika podawania nazwisk, opisując ogólnie sprawy swoich znajomych:

“13.VI.1915 Co dzień więcej miłych twarzy widzimy. Wracają ci znajomi, którzy z Biecza wyjechali. Powitań, uśmiechów dużo. Słuchamy. Jedni mile czas przepędzili. Inni przeszli twardą szkołę wśród obcych ....”


[źródło: Tadeusz Ślawski, "Biecz, szkice historyczne I", str. 257]


Wracają urzędnicy, nauczyciele, wraca też lekarz miejski, Ludwik Katyński. W obliczu szerzących się chorób zakaźnych ofiarnie służył on społeczności lokalnej do swojej śmierci w listopadzie 1915 r.

Jakub Kunigowicz ze Strzeszyna:

“Przez naszą wieś armie nieprzyjacielskie przemaszerowały sześć razy, armie wojsk sprzymierzonych tyleż. Pod panowaniem rosyjskich żołdaków od 15-go listopada 1914 do 2-go maja 1915 roku i pod gradem kul tyleż. 


[źródło: Tadeusz Ślawski, "Strzeszyn, zarys monograficzny", str. 65]


Najokropniejszy jednak był 2-gi maja; huk dział i ta okropność opisać się nie da. Najwięcej wtedy ucierpiały kobiety, bo troska o dzieci im zadawała drugi cios; rannych było kilka ludzi i kobiet.

Wreszcie pojawiła się ospa, tyfus i czerwonka i grasuje okropnie, bo mało w którym domu, żeby nie chorowali; i umarło już w naszej wsi dużo na te choroby; epidemia niezaoszczędziła nawet doktora medycyny w Bieczu [msz: Ludwik Katyński zmarł w listopadzie 1915 r. w Bieczu] i teraz jesteśmy bez doktora, zdani na łaskę Najwyższego, bo doktora w miejscu nie ma, a z daleka doktora przywieźć, to nie byle kto się odważy; i to w tych czasach, o dwie lub trzy mile doktor kosztuje 50 i do 100 koron. - to nie dla chłopa. To też po doktora nikt nie jeździ: zachoruje kto, umrze, to go nie ma; ozdrowieje, to chwała Bogu.”


W tej sytuacji małe galicyjskie miasteczko musi się ponownie podnieść. Przede wszystkim trzeba zająć się pracami polowymi. Przeszkadza w tym przede wszystkim brak siły pociągowej, którą można by zaprząc do pracy. Uciążliwe są “wyziewy” z płytko pochowanych padłych lub zastrzelonych koni używanych przez obie armie. A dodatkowo wszędzie trzeba uważać na żołnierskie mogiły. 

Maria Kromkayowa: 

“Świst kul ciągły. Pole zasiane rannymi i zabitymi. Zboże poranne dekunkami. Leży mnóstwo czerepów z rosyjskich szrapneli. Na ziemi niby bławaty widać niebieskie punkta. Niestety, to zabici. Szare plamy wśród zieleni to Moskale. (...) Byłam na placu bitwy. Leżą zabici nasi i Moskale. Na domiar biedy noce są tak zimne, że mrozu było ze 2 st. R. Trzęsą się ci co leżą koło domu i w stodołach. Niektórzy leżeli obandażowani 24 godzin, bo bitwa tak długo trwała i dojść miejscami nie można było. (...) Ale rannych dużo - za dużo! Moskale poddają się. Tysiącami prowadzą ich przez Biecz do niewoli, „do plenu”. 

Już jest drożyzna. Co będzie, jak chleb dać będą musieli i tym tysiącom sołdatów? Jak wyżyjemy?”


Anna Brudziszówna:

“Na wschód i północ, w dolinie rzeki Sitnicy, powstało wiele mogił i krzyżów, znaczących zwłoki poległych, tak rosyjskich, jak i naszych, choć naszych więcej zginęło w obronie kraju w tej dolinie. Cześć ich pamięci!”

[opis: mogiły tymczasowe na Przedmieściu, nad cegielnią]


Czasopismo Nowa Reforma opublikowała tekst na temat okolicy, przez którą przeszła bitwa gorlicka:

"Otrzymujemy ciekawe informacye z podróży jednego z obywateli, któ­ry w ostatnich dniach odbył podróż z Zakopanego do Rymanowa.

(...) Z Gorlic przez zniszczone Zagórzany i Libuszę ze zrujnowaną doszczętnie destylarnią nafty Skrzyńskiego, wyjechałem do jasielskiego powiatu przez Biecz, około którego widać na pagórkach obok dawnych mogił z polskich czasów, nagrobki obecnie poległych. Największa ilość takich nagrobków znajduje się około kościoła i klasztoru za miastem. Miasto nie ucierpiało - ratusz starożytny nienaruszonу. (...)”

źródło: Nowa Reforma, 1915, nr 311, 22.06.1915 r.


Relacja ze Strzeszyna, Jakub Kunigowicz

“Strzeszyn, w lutym [msz: 1916 r.].

Czytałem w naszym ukochanym „Piaście“ o różnych dzielnych mężach, którzy otrzymali nagrody za bohaterskie czyny i męstwo. Oprócz tych, którzy dzielność swoją okazują na polu walki, są jednak jeszcze ludzie, którzy, pozostając na swoich stanowiskach, zachowaniem się swojem zasłużyli na najwyższą pochwałę. Są tacy i w naszej parafii i właśnie o nich mam zamiar napisać, wychodząc z tego założenia, że czyny dobrych ludzi nie powinny iść z nimi do grobu. Przedewszystkiem słowa najgłębszej wdzięczności i uznania muszę skierować pod adresem Wielebnego księdza Adama Czubka. Przeżył on z nami wszystkie rosyjskie inwazye, nie opuścił na krok swoich owieczek, bronił ich nieustraszenie na każdem miejscu. Spieszył chętnie z pociechą religijną o każdej porze i w najgorszych chwilach, pod gradem kul odprawiał nabożeństwa i utwierdzał lud w wierze w zwycięstwo. Choć sam znajdował się w biedzie, dzielił się groszem z każdym, któremu istotnie było go potrzeba. 

Toż samo muszę powiedzieć o naczelniku gminy, panu Antonim Ryznarze. Jako naczelnik bronił nas przed rabunkami rosyjskich żołdaków, a dzięki stanowczości odebrał Moskalom dwóch młodych chłopców, których ujęto jako szpiegów i prowadzono już na Sybir. Obay są już dzisiaj w polu i biją Moskali.


[źródło: Tadeusz Ślawski, "Strzeszyn, zarys monograficzny", str. 25]

Wreszcie słowa szczerego uznania należą się zastępcy burmistrza miasteczka Biecza, p. Chrostowskiemu. Podczas pobytu Moskalı on sprawował urząd burmistrza, bo burmistrz wyjechał. Na stanowisku swojem bronił ludu wedle sił, doradzał, w jaki sposób się bronić, słowem, przysłużył się ludności tak, jak tylko dzielny, prawy człowiek przysłużyć się może. Niechże im ta publiczna podzięka będzie nagrodą. 

Pozdrawiam Szanowną Redakcyę i wszystkich Braci Czytelników i proszę Braci Chłopów, żeby jak najusilniej rozszerzali „Piasta“, bo to jest nasze jedyne - doskonałe J. Kunigiewicz.”

źródło: Piast : tygodnik polityczny, społeczny, oświatowy, poświęcony sprawom ludu polskiego : Naczelny organ Polskiego Stronnictwa Ludowego. 1916, nr 11


Każdy miał swoje zmartwienia, jak związać koniec z końcem, jak uchronić siebie i dzieci przed chorobą, jak przetrwać bez męża i ojca, brata lub syna. Czym obrobić pole? W co się ubrać, o butach często można było zapomnieć … co dać jeść dzieciom? Procedury administracyjne, dzięki którym można było ubiegać się o zapomogi wojenne dla wdów i sierot trwały w nieskończoność. Samotne kobiety zawieszone pomiędzy byciem mężatką a wdową nie mogły podejmować decyzji majątkowych i rodzinnych samodzielnie, bo los ich mężów był nieznany. 

W tej sytuacji nic dziwnego, że lokalna społeczność była niechętna wszelkiej dodatkowej działalności. 

Relacja Felicji Glückowej, żony c.k. notariusza Jana Glücka, napisana 12.11.1915 r. [pisownia oryginalna]:

“(...) Miasteczko Biecz nawiedzone sześciomiesięczną inwazyą rosyjską jest tak wyczerpane, że tworzenie w niem obecnie nowych Towarzystw humanitarnych - nawet o tak wzniosłych celach jak cele Ligi Kobiet N.K.N .- jest wprost niewykonalne dla braku choćby najskromniejszych funduszów do spełnienia tych celów niezbędnych. Przed niedawnym czasem zawiązał się w miasteczku naszem Komitet dla niesienia pomocy ofiarom wojny i narazie ten tylko w obecnych niezwykle ciężkich warunkach może liczyć na jakie takie poparcie pośród grona tutejszej bardzo nielicznej inteligencyi. Znając miejscowe stosunki dostatecznie, byłam przeto zniewoloną - aczkolwiek z prawdziwą przykrością - zaniechać jakiejkolwiek akcyi zmierzającej do założenia w Bieczu Koła Ligi (...)”. [msz: Liga Kobiet Polskich] źródło


[źródło: Gabriela i Tadeusz Ślawscy “Biecz w dawnej grafice i fotografii” str. 225]


Także sam Jan Glück w podobnym tonie odpisał do Naczelnego Komitetu Narodowego w Krakowie - pismo z dnia 24.02.1916 r. [pisownia oryginalna]:

“(...) pozwalam sobie donieść, że obecnie przynajmniej zwołanie jakiegokolwiek zebrania w Bieczu natrafiłoby na pewne trudności,a choćby i te usunięte zostały, nie można zebraniu takiemu rokować powodzenia. Powody ku temu są niestety liczne. Przedewszystkiem miasteczko nie ocknęło się jeszcze po przeszło sześciomiesięcznej inwazyi wroga, która je doprowadziła do zupełnego prawie zniszczenia. Nadto epidemie jakie się szerzyły przez długi czas i dotąd jeszcze nie wygasły, brak rąk do pracy z powodu nader licznych powoływań pod broń, wreszcie brak dachu nad głową i troska o zaspokojenie najniezbędniejszych potrzeb codziennego życia w bardzo wielu wypadkach, powodują ogólną depressyę, która żadną miarą nie może sprzyjać zamierzonemu przez Szan. Departament zgromadzeniu.(...)"  źródło


Kierowniczka szkoły żeńskiej Justyna Majewska:

“Z powodu ewakuacyi nauczycielstwa podczas inwazyi, a później z powodu chorób epidemicznych, jak tyfusu, ospy a nawet wypadki cholery, szkoła była nieczynną przez cały rok szkolny 1914/15.

1915/16: Po wypędzeniu nieprzyjaciela i stłumieniu chorób epidemicznych zawezwane nauczycielki powróciły do kraju, do swej szkoły. Uporządkowano na razie tylko budynek szkoły męskiej, bo w szkole żeńskiej kwaterowało wojsko.

Przy końcu sierpnia 1915 r. przeprowadzono wpisy i rozpoczęła się nauka dnia 1 września br. w budynku szkoły męskiej, ale tego samego dnia została zamkniętą przez lekarza miejskiego Dr. Katyńskiego z powodu nowych wypadków tyfusu plamistego i ospy.

Dnia 20 września br. na polecenie władzy zaczęto naukę dziewcząt w szkole męskiej w godzinach popołudniowych.

Z początku dziatwa siedziała na podłodze nim dostarczono ławek z powodu braku materiału i te prowizorycznie na prędce zbito z desek.”

i dalej:

“Ciężka to była praca wśród braku potrzebnych sprzętów i środków naukowych, przy tem dziatwa wskutek inwazyi niejako zdziczała, więc niełatwo było nagiąć ją do karności i dobrego zachowania się, ale przy usilnej i wytrwałej pracy nauczycielstwa w części osiągnięto pomyślny skutek. Nauka trwała bez przerwy cały rok szkolny 1915/16, a uczęszczało 261 dziewcząt.

1916/17: Podczas wakacyi br. nauczycielka kierująca Justyna Majewska postarała się, że opróżniony przez wojsko budynek szkoły żeńskiej uporządkowano i częściowo przygotowano ławki, lecz kiedy nauka miała się rozpocząć we własnym budynku, zakwaterowano do niego 200 jeńców Serbów przeznaczonych do rozszerzenia toru kolejowego na stacyi w Bieczu.”


Kronika SP2

“1918/19: Rok szkolny 1918/19 rozpoczął się 1 września uroczystem nabożeństwem. Zaczęto uczyć w salach budynku szkoły żeńskiej, lecz bez ławek, gdyż je stolarz na umówiony czas nie zrobił, obiecując w krótkim czasie dostarczyć. Na razie dziatwa siedziała na krzesłach, które sobie z domu przyniosła prócz I-szej klasy, gdyż ta sala już poprzednio była urządzona. Zamiast tablic użyto grubego, ciemnego papieru na ścianie. Tak uczono przez wrzesień. W tym czasie zaczęła się srożyć „hiszpanka” epidemiczna choroba. Wiele dzieci zachorowało, a nawet były ofiary śmierci tej choroby. Ponieważ hiszpanka przybierała coraz większe rozmiary zasłabnięć, zamknięto szkołę na zarządzenie Władz dnia 8 października br. na jeden miesiąc, a gdy ta nie ustawała do końca listopada.”






Komentarze

Popularne posty