Józef Potyra Rubisch, farmer z Czerniowców
Czy mam cokolwiek wspólnego z Czerniowcami? No raczej nie, a przynajmniej do tej pory tego nie stwierdziłam. Jednak zbiegiem okoliczności to będzie mój trzeci post dotyczący tego miasta.
Po raz pierwszy dotarłam do Czerniowców, kiedy próbowałam odtworzyć losy Heinricha Samuely/Samueli, artylerzysty, oficera armii austro-węgierskiej pochowanego na cmentarzu wojskowym w Dębicy.
Po raz drugi miałam do czynienia z dokumentami archiwalnymi z Czerniowców, kiedy poszukiwałam metryki zgonu Heinricha (sic!) Peschke, ojca Waltera Peschke pochowanego na cmentarzu nr 106 w Bieczu. Jego wojenne losy odtwarzał Darek na blogu Było Minęło Jest.
Dzisiaj powędrujemy śladem rodziny Rubisch, a konkretnie Józefa i jego żony Karoliny, którzy wpadli w wir wydarzeń pierwszo wojennych.
A zaczęło się bardzo zwyczajnie. Joshua Rubisch próbował rozwikłać zagadkę pochówku swojego przodka Józefa na cmentarzu wojennym w Krynicy Zdroju.
[źródło]
[opis do zdjęcia: karta ewidencyjna żołnierza austro-węgierskiego]
Kim był Józef? Jak właściwie się nazywał? Czy czuł się Polakiem, Niemcem, Ukraińcem, a może obywatelem monarchii austro-węgierskiej? Jakie wydarzenia spowodowały, że Józef znalazł się w Krynicy? Jaki los spotkał jego rodzinę?
Razem z Josh'em Rubisch'em pra-pra wnukiem zapraszamy na wyprawę w przeszłość.
[opis do zdjęcia: Franztal w Bukowinie, okolice Czerniowców]
Początek
Józef Rubisch urodził się w 09.11.1868 r., był synem Georga (Gregora) i Anny z domu Krupi.
To jedno zdanie zawiera kilka niewiadomych:
- Nie jest znane miejsce urodzenia Józefa, na podstawie danych dotyczących jego rodzeństwa można przypuszczać, że urodził się w okolicy Czerniowców, być może w miejscowości Rosch.
- Data dzienna urodzenia znana jest z jednego źródła i to poza metrykalnego. Pewny jest jedynie rok urodzenia, który powtarza się w kilku źródłach.
- Nazwisko Józefa też nie jest jednoznaczne, a przynajmniej na początku. Jego ojciec Georg jest synem nieślubnym i początkowo ksiądz zapisuje jego dane jako Georg Potyra vulgo Rubisch, syn Marceliny Potyry, córki Karola i Marii z domu Moskaluk.
Józef miał pięcioro rodzeństwa, przy czym dwójka zmarła jeszcze w wieku dziecięcym. Ojciec Józefa - Georg - był murarzem, jednak na podstawie samych wpisów metrykalnych trudno stwierdzić, jak zamożnym. Kolejne dzieci rodzą się w różnych miejscowościach wokół Czerniowców, chrzczone są w parafii rzymsko-katolickiej Podwyższenia Krzyża Świętego w Czerniowcach.
W 1893 r. Józef wziął ślub z Karoliną Morhardt. We wpisie do wojskowej księgi metrykalnej zaznaczono, że był właścicielem ziemskim/rolnym.
Pod koniec 18 wieku i w kolejnych latach, szczególnie w połowie 19 wieku trwała kolonizacja Bukowiny. Rodziny przybywały z południowych Niemiec, Moraw, Galicji, z Węgier (tzw. Szwabi Naddunajscy), ale też z Austrii (w tym wypadku byli to głównie urzędnicy austriaccy cywilni i wojskowi). [źródło]
Poprzez małżeństwo Józef wszedł do rodziny o korzeniach niemieckich, używał już przy tym nazwiska (przezwiska) Rubisch, a nie Potyra, pod którym - tak jak reszta jego rodzeństwa - był ochrzczony.
Wiódł zwykłe życie na przedmieściach Czerniowców. Z Karoliną mieli co najmniej ośmioro dzieci, najmłodsze z nich, Joan, urodził się w 1908 r.
Fala przypływu
W to spokojne, ustabilizowane życie wtargnęła wielka wojna. Początkowo nic nie wskazywało, że wprowadzi ona jakieś wyjątkowe zmiany. Latem 1914 r. rozpoczęła się mobilizacja, która Józefa nie dotyczyła, ponieważ miał już 46 lat, a z kolei jego synowie byli za młodzi i też jej nie podlegali.
Niestety rzeczywistość brutalnie zweryfikowała buńczuczne zapowiedzi Austro-Węgier. Armia rosyjska dosyć szybko opanowała Bukowinę. Już jesienią 1914 r. rozpoczęła się okupacja, która trwała do maja 1915 r. Kiedy wiosną 1915 r. armia austro-węgierska wspomagana przez sojuszniczą armię niemiecką wkroczyła ponownie do Bukowiny, rozpoczęło się poszukiwanie rekrutów w celu uzupełnienia stanów pułkowych.
W ten sposób Józef dostał powołanie do wojska i w wieku 47 lat rozpoczął służbę wojskową. Nie miało znaczenia, ani że był ojcem wielodzietnej rodziny, ani że prowadził gospodarstwo rolne, które również pracowało na wyżywienie armii. Miało znaczenie tylko to, że był zdrowy, mógł nosić karabin i z niego strzelać.
Podobny los spotkał jego brata, Georga, którego wcielono do armii w tym samym czasie. Podobnie jak Józef, był jedynym żywicielem licznej rodziny i podobnie, jak brat nie był już najmłodszy - miał 38 lat. Jednak jego dalsze losy potoczyły się zupełnie inaczej. Przeżył obie wojny, a w związku z polityką Rzeszy "Heim Ins Reich" został przesiedlony z Bukowiny do Niemiec, zmarł w Darmstadt 2 lipca 1958 r.
Józef Rubisch został wcielony do 41 Pułku Piechoty ze Lwowa (59 Brygada Piechoty) w stopniu szeregowca landszturmu. Do końca 1915 r. pułk - jako część 30 Dywizji Piechoty - przebywał głównie w Galicji Wschodniej, walcząc m.in. na obszarze Bukowiny. Wiosną 1916 r. w ramach przydziału do 43 Dywizji Strzelców (43 Schützen Division) został przerzucony do Włoch, na front w okolicy Asiago, a następnie brał udział w bitwach o rzekę Isonzo.
W dolinie rzeki Isonzo rozegrało się 12 bitew w okresie od czerwca 1915 r. do października 1917 r., które pochłonęły setki tysięcy istnień ludzkich po obu walczących stronach.
41 Pułk Piechoty przebywał na froncie Isonzo do jesieni 1917 r.
Oto opis wydarzeń z wycinka frontu z okresu dziesiątej bitwy w dolinie rzeki Isonzo, która toczyła się w dniach 12 maja – 8 czerwca 1917 r. za wielotomową pracą autorstwa Fritza Webera pt. "Isonzo: Isonzo 1917", Tom 3 [źródło]
"(...) Trzy dni bezprecedensowej heroicznej walki o Monte Santo. Są to trzy dni, które kończą pierwszą część dziesiątej bitwy nad Izonzo, 18, 19 i 20 maja 1917 r.; trzy krwawe dni, pełne ofiar, cierpień, ale także heroicznych czynów po obu stronach. Hrabia Cadorna widzi znaczący sukces swoich żołnierzy, sukces, jaki dotychczas rzadko zdarzał się armii włoskiej. (...)
Atak na sam Monte Santo kończy się niepowodzeniem w pierwszych godzinach poranka 18 maja z powodu zaciekłego oporu obrońców. Atak ten przypomina jeszcze bardziej zwykłe próby, podejmowane być może w nadziei na osiągnięcie przypadkowego sukcesu. Niepowodzenie! Artyleria zaczyna działać. Ogień zaporowy grzmi lawiną gorącego żelaza i rozbitych skał na obrońców, którzy ponoszą ciężkie straty. Cały grzbiet wzgórza dymi pod uderzeniami pocisków, granaty gazowe zastępują miny rzucane i granaty burzące, po których następuje nowy ogień gazowy.
Z doliny Isonzo niekończące się łańcuchy ludzi wznoszą się w górę w pobliżu Globna, Plava i Zagora, gromadzą się na zdobytej przestrzeni Monte Kuk i zbliżają się coraz bardziej do wzniesienia 652, Vodice. Wzniesienie to jest spłaszczone na szczycie, nie ma właściwego szczytu, ale stanowi rodzaj płaskowyżu, niewielkiego płaskowyżu o średnicy około jednego kilometra. Każdy, kto zbliża się od wschodu lub zachodu, jest natychmiast dostrzegany przez przeciwnika i narażony na niszczycielski ogień.
O godz. 10 rano również tutaj włoska ofensywa ponosi porażkę w obliczu wytrwałości żołnierzy 106. Dywizji Piechoty. Obrońca nie jest jeszcze wystarczająco zmęczony, a liczba jego strzelających karabinów dowodzi, że potrafił przynajmniej częściowo uniknąć gradem pocisków. Znowu ogień artylerii!
Przez całą godzinę skalista ziemia drży pod uderzeniami granatów i rzucanych min, aż Włosi ponownie przechodzą do ataku. Tym razem nawet najodważniejsi z tych, którzy kucają za głazami i w lejach, tracą odwagę: z zagłębień i lejów wylewa się tak wiele pocisków, że każdy strzał musi trafić, aby odeprzeć tę burzę. Powracają najstraszniejsze dni piekła z Doberdo: napastnicy i obrońcy walczą bez osłony, walczą o linie, które są zaznaczone tylko na mapach. A obie artylerie szaleją w szeregach tych, którzy na próżno kopią łopatami w cienkiej warstwie humusu, aż po kilku centymetrach łopata natrafia na twardą, bezlitosną skałę.
Włosi wykazują się niesamowitą wytrzymałością. Nic w ich postawie nie przypomina już krótkich, dzikich ataków z dawnych czasów, które wybuchały jak słomiane ognie i szybko gasły. Idą do przodu, zostają odparci, ale nie uciekają do swoich pozycji wyjściowych, tylko trzymają się zboczy, aby po krótkiej przerwie powtórzyć próbę. Tu i ówdzie batalion, kompania chce się wycofać, rzuca broń, ucieka. Oficerowie nieubłaganie popędzają ich do przodu, raz po raz bohatersko stawiają się na czele, giną całymi grupami.
O piątej po południu, po sześciu godzinach walk, wzniesienie 652, nazwane na cześć małej wioski „Vodice”, wpada w ręce napastnika. To, co do tej pory walczyło w 106. Dywizji Piechoty, zostało prawie całkowicie zniszczone.
Do akcji wkracza ostatni pułk tych ochotników, nr 32, Nowy Sącz, składający się głównie z Polaków. W kontrataku o niespotykanej sile szturmuje zbocza, osiąga szczyt i zrzuca wroga za pomocą bagnetów i granatów ręcznych. Ale Włosi również nie odpuszczają. II batalion 34 pułku piechoty z Kaschau musi zostać sprowadzony jako posiłek, aby odeprzeć wściekłe ataki wroga.
Aż do nocy trwają walki z użyciem granatów ręcznych, toczy się walka o posiadanie wzgórza, które ostatecznie pozostaje w rękach obrońców.
W nocy 19 maja udaje się zastąpić załogę Vodice Pułkiem Piechoty nr 41. Pułk ten dopiero dzień wcześniej dotarł na płaskowyż po długim, uciążliwym marszu, a mimo to musi natychmiast przystąpić do działania.
W tym czasie wróg nieustannie ostrzeliwał szczyt. Aby wytrzymać ten ostrzał, potrzebna była siła psychiczna i nerwy, jakich dotąd nie uważano za możliwe do osiągnięcia. Od dawna nie ma już pozycji. Wyczerpani zasypiają tam, gdzie ich zaprowadzono, gdzie pozwolono im w końcu usiąść. Wokół śpią ich poprzednicy i ich wrogowie – na zawsze.
Grzmią granaty i miny, światła wznoszą się i opadają. Nieważne.
Zbyt wiele jest okrucieństw i cierpień, umysł nie jest w stanie tego ogarnąć. Przez całą noc i przedpołudnie wróg stara się sprowadzić nowe siły zbrojne i zmęczyć obrońców. O trzeciej po południu nastąpił w końcu najcięższy atak, jaki kiedykolwiek widział ten przesiąknięty krwią krajobraz.
W niektórych miejscach Włosi po prostu miażdżą bohaterski opór 41. pułku piechoty.
Dochodzi do walki wręcz o niewyobrażalnej brutalności. Człowiek przeciw człowiekowi, przy użyciu wszelkiej broni, jaką mogą posługiwać się ludzkie ręce, walka trwa przez kwadrans w strefie leju po bombie, który kiedyś był pozycją.
Tam, gdzie wróg zdobywa przewagę, stawiają mu czoła rezerwy, rzucając się z bagnetami i granatami ręcznymi na przeważające siły napastników, walcząc z desperacką odwagą w jego szeregach.
Rumuni, Rusini i Niemcy stoją w szeregach tego pułku, który ostatecznie utrzymuje pozycję, nie tracąc ani centymetra ziemi.
Gdy zapada noc, wysokość 652 jest ponownie całkowicie w rękach obrońców.
Główny ciężar tej walki, wykraczającej poza granice normy, poniosła piechota cesarsko-królewska. Było to bowiem niezwykle trudne, aby sprowadzić pojedyncze działa na płaskowyż i zaopatrzyć je w amunicję.
Z pewnością sama obecność na froncie Isozno wpływała negatywnie na psychikę żołnierzy i pogłębiała wszelkie dolegliwości, zarówno fizyczne jaki i psychiczne. Przebywanie pod nieustannym ostrzałem, ze świadomością ataków nie tylko z użyciem środków wybuchowych, ale też gazu lub miotaczy ognia, wywoływało stres i mogło prowadzić do pojawienia się syndromu ptsd.
Trudno oczywiście powiedzieć, w którym momencie Józef został ranny lub rozchorował się na tyle poważnie, że został wycofany z linii walk i skierowany na leczenie. Czy było to w okresie 10. bitwy w dolinie rzeki Isonzo, czy może wcześniej lub później. Nie mniej będąc żołnierzem IR 41 raczej znalazł się na froncie włoskim i doświadczył jego okrucieństwa.
"Zbyt wiele jest okrucieństw i cierpień, umysł nie jest w stanie tego ogarnąć.
Zdrój
Historia Krynicy jako uzdrowiska sięga końca 18 w. Jej prawdziwy rozwój rozpoczyna się po 1856 r. dzięki działalności prof. Józefa Dietla. Głównym bogactwem Krynicy są wody mineralne, przy pomocy których prowadzono terapie lecznicze. Od 1911 r. Krynica posiada połączenie kolejowe, dzięki czemu do 1939 r. stała się niezwykle popularną miejscowością uzdrowiskową i wypoczynkową, atrakcyjną o każdej porze roku.
Po ustąpieniu armii rosyjskiej w maju 1915 r. Krynica stopniowo zaczęła przyjmować kuracjuszy, wkrótce też do cywili dołączyli żołnierze. Cytat z Nowości Illustrowanych z 1916, nr 38:
“Sezon wojenny w Krynicy. (Korespondencya własna. Nowości Illustrowanych).
Z pośród wszystkich zdrojowisk wojna najbardziej może odbiła się na Krynicy ... Kto przebywał tutaj na kuracyi czy wypoczynku za dawnych dobrych czasów pokojowych, byłby zdumiony spokojem tegorocznego sezonu ... Na deptaku nie przygrywa orkiestra, w wielkiej sali domu zdrojowego, która dawniej rozbrzmiewała odgłosem hucznych zabaw - grobowa cisza i w ogóle nad całem życiem Krynickiem zawisł jakiś smętek... Sama Krynica nie straciła jednak na uroku, bo właśnie słabą jej stroną była dotychczas zbyt wielka frekwencya i rozgwar życia niemal wielkomiejskiego... W obecnym sezonie, kto pragnął ciszy i wypoczynku wśród pięknej przyrody i w warunkach możliwie najwygodniejszych - z pewnością nie żałował swego pobytu w Krynicy… (...) Choć cicho tu było i spokojnie, choć brakło hucznych zabaw, ale za to pulsowało inne życie, będące odbiciem wielkiej chwili obecnej...
Krynica stała się w roku obecnym jedną z większych stacyi wypoczynkowych dla Legionistów. W urządzonym wspaniale zakładzie dra Skórczewskiego założono dla nich schronisko, w którym przebywa kilkuset Legionistów, a wśród nich kilkudziesięciu oficerów z majorem Zymirskim na czele ...
Wszędzie snuły się szare mundury, a szczęśliwe kuracyuszki nie mogły w tym roku narzekać na brak przedstawicieli rodzaju męskiego w Krynicy. (...)”
Józef Rubisch trafił do Krynicy Zdroju do ośrodka rekonwalescencji dla inwalidów wojennych.
Niestety sytuacja frontowa w Galicji Wschodniej wciąż negatywnie wpływała na miasteczko. Co jakiś czas było ono narażone na fale uchodźców wewnętrznych oraz napływających rannych żołnierzy. Mimo to domy zdrojowe wznowiły działalność, przy czym największą bolączką była aprowizacja żywnościowa. Za artykułem "I wojna światowa 1914-1918 – jak wyglądała w Krynicy. Cz. IV" opublikowanym w periodyku Krynickie Zdroje nr 5/6, 2019 r.:
"(...) Największą bolączką w pierwszej połowie 1917 r. był brak aprowizacji. Na skutek wielu zażaleń i protestów, które zamieszczano w prasie i nie tylko, do Krynicy 24 VI 1917 r. przybył starosta nowosądecki dr Jan Łepkowski, który spotkał się z przedstawicielami kuracjuszy (lekarzami pracującymi w uzdrowisku, właścicielami pensjonatów i miejscowymi władzami) i po długiej naradzie postanowiono próbować uzdrowić zaistniałą sytuację. Powołano do życia Komitet Aprowizacyjny, w skład którego weszli przedstawiciele wyżej wymienionych osób. Przewodniczącym Komitetu został wybrany jednogłośnie ks. J. Jasiak, chociaż nie kwapił się do objęcia tego stanowiska. Jak przyznał po latach, ,,z chwilą objęcia tego stanowiska zaczął się dla niego okres kłopotów, trudów i zachodów”. Wśród swoich parafian nie znalazł wiele pomocy, bo sami cierpieli niedostatek, ze starostwa ,,czasem coś kapało, ale czasem coraz mniej”. To właśnie on sam musiał często wyjeżdżać do Namiestnictwa do Białej, do Krakowa, pisać odpowiednie pisma do Ministerstwa Rolnictwa, pisać i telefonować do Koła Polskiego do Wiednia i działać na wszystkie strony. Jeszcze więcej kłopotu miał z rozdziałem otrzymanych z różnych źródeł darów. Liczba gości jednak nie malała i trzeba było pracować jeszcze więcej. (...)
Rok 1918 zaczął się bardzo ciężko z powodu trudności z wyżywieniem mieszkańców Krynicy i okolic. Chociaż starostwo w Nowym Sączu było bardzo przychylnie nastawione do mieszkańców Krynicy, to jednak i ono nie mogło zaspokoić w pełni zapotrzebowań składanych przez mieszkańców tego miasteczka. Ponadto coraz więcej żywności było przeznaczanej dla wojska, a cywile musieli niestety czasem przymierać głodem. Ks. Jasiak trafił aż do namiestnika, którym był gen. Hajn. Gdy z doktorem Z. Wąsowiczem udał się z wizytą, został przez niego życzliwie przyjęty. Generał wysłuchał skarg i próśb, z którymi do niego przybyli. Przychylił się życzliwie do ich próśb i na dostarczonym przez nich memoriale dopisał własnoręcznie, aby podlegli mu urzędnicy adresatowi pisma nie robili żadnych trudności, ale wydali z magazynów namiestnictwa to, o co prosi. Z góry jednak uprzedził ich, że łatwiej by mu było wspomóc ich gotówką niż pomóc w aprowizacji, bo niestety o żywność było bardzo trudno. Po wizycie u namiestnika rozpoczęli długą drogę po urzędach, o których wcześniej wspomniano. Wszędzie “trzeba było swoje w poczekalniach odsiedzieć”. Bo to odbywała się jakaś konferencja, bo to zjawił się jakiś dygnitarz mający pierwszeństwo. Ostatecznie niewiele wskórali. Mimo przyjęcia ich przez szefa urzędu namiestnika usłyszeli to, co sami dawno wiedzieli. Wszędzie mówiono im o trudnościach, a nawet powiedziano, "że każdy ziemniak ma swój numer”. Radca Bartoszewski, szef zaopatrzenia uzdrowisk, pokazał ks. Jasiakowi stosowny dokument, w którym "czarno na białym” napisano, że rząd troszczy się tylko o 3 zdrojowiska. Krynicy na tej liście nie było. Niemniej jednak i tak obiecał petentowi, że będzie się o mieszkańców Krynicy troszczył osobiście i coś w tej materii postara się zrobić. Postanowił, że będzie zabiegał o większy przydział żywności dla miasta Nowego Sącza, a nadwyżkę miał przekazać do Krynicy. Ustalono przydział mąki, bydła, ziemniaków, nabiału, które miano skierować do Krynicy tak szybko, jak tylko się da. Ponadto przyjęto Krynicę do "Związku Miast", który miał własną centralę aprowizacyjną i Bank Wzajemny. Swoimi zabiegami sprawił też, że uzdrowisko Krynica nawiązało kontakty z Towarzystwem Handlowym, z Izbą Handlową, ze Związkiem Kółek Rolniczych i z różnymi prywatnymi przedsiębiorstwami. Ponadto w sprawie odszkodowań i zniszczeń wojennych odbył wyczerpującą konferencję z szefem tej sekcji, którym był radca dr Herbst i ze starostą sądeckim. (...)"
Nie wiadomo, jak długo Józef Rubisch przebywał w Krynicy Zdroju i czy rodzina była poinformowana o jego losach. Osobiście uważam, że komunikacja z domem rodzinnym w Czerniowcach nie była specjalnym problemem, działała zarówno poczta cywilna jak i wojskowa poczta polowa. Z dużą dozą prawdopodobieństwa można założyć, że żona Karolina znała miejsce pobytu męża.
Niestety Józef nie doczekał końca wojny i ostatecznie zmarł 21 września 1917 r. z powodu choroby serca.
Józef Rubisch został pochowany w mogile, której na planie cmentarza ostatecznie nadano nr 1.
Następnie miejsce to wybrano, jako ostateczną lokalizację kwatery dla zmarłych żołnierzy pochowanych na cmentarzu lokalnym oraz na terenie Krynicy i ościennych miejscowości.
Podróż Józefa Rubischa z Czerniowców przez fronty wielkiej wojny znalazła swój koniec w Krynicy Zdroju.
Co ciekawe jego mogiła jest jedną z częściej fotografowanych na tym cmentarzu...
Nowe życie
Po zakończeniu wojny Bukowina znalazła się w granicach państwa rumuńskiego, a Czerniowce zostały stolicą regionu.
Józef zmarł, sytuacja polityczna na Bukowinie była zmienna, a Karolina z dziećmi musiała podjąć decyzję, co dalej … Aby uregulować swój status prawny, Karolina wystąpiła do rumuńskiego sądu o uznanie męża za zmarłego.
Dlaczego, skoro Józef przebywał w spokojnej Krynicy, na leczeniu i z pewnością miał możliwość korespondować z domem rodzinnym? Być może obieg dokumentów został zakłócony i Karolina nigdy nie dostała informacji o zgonie męża? A może wiedziała o jego śmierci z innych źródeł, natomiast formalne dokumenty nigdy nie dotarły? Ani listy strat ani też wiadomości o chorych i rannych nie zawierają informacji o jego obrażeniach, czy zgonie.
W tej sytuacji droga sądowego uznania męża za zmarłego wydawała się najprostsza i najszybsza. Dzięki temu mogła rozporządzić wspólnym majątkiem i podejmować decyzje co do dzieci i swojego życia osobistego wg uznania.
Sąd decyzją z 15 września 1920 r. wyznaczył okres 5 miesięcy na uznanie Józefa Rubischa za zmarłego - ostateczna decyzja zapadła 29 lutego 1921 r.
Karolina była wolna i przy wsparciu swoich Rodziców podjęła najważniejszą decyzję o swojej przyszłości. W 1905 r. jej ojciec, Georg Morhardt, wyemigrował wraz z żoną i dorosłymi dziećmi do Kanady. Życie tam wydawało się im układać, rodzeństwo Karoliny założyło tam swoje rodziny. Nic dziwnego, że Karolina zdecydowała się również wyjechać. W Czerniowcach niewiele już ją trzymało.
Georg Morhardt opłacił podróż swojej córki Karoliny Rubisch oraz wnuków. Do Kanady Karolina z dziećmi dotarła pod koniec kwietnia 1921 r. i zamieszkała w Killaly w prowincji Saskatchewan.
Historię rodziny tak relacjonuje Joshua Rubisch:
"Karolina wraz ze swoimi dziećmi przybyła do portu w Quebecu po podróży z Liverpoolu w Anglii na pokładzie dużego statku pasażerskiego linii White Star Line o nazwie Vedic. Następnie przemierzyli znaczną część wschodniej Kanady, aby dotrzeć do małej miejscowości niedaleko Melville w prowincji Saskatchewan o nazwie Killaly. Najprawdopodobniej zdecydowała się przenieść właśnie tam, ponieważ inni członkowie jej rodziny przeprowadzili się do tego regionu już w poprzednich latach. Jej ojciec, matka, dwoje z jej najstarszych dzieci (Jacob i Rosalia) oraz inni członkowie rodziny wyemigrowali do okolic Melville i Grayson kilka lat wcześniej w ramach działań Kanady mających na celu zasiedlenie zachodniej części kraju.
Rząd kanadyjski obawiał się, że Stany Zjednoczone mogą wysunąć roszczenia wobec słabiej zaludnionych regionów, takich jak prerie. W związku z tym minister spraw wewnętrznych Clifford Sifton dążył do intensywnego zasiedlania zachodnich prowincji, takich jak Saskatchewan. Aby to osiągnąć, po podróży do tego regionu w 1897 roku zdecydował się rekrutować chłopów z Bukowiny i Galicji.
Sifton opowiadał się za imigracją ludności z Europy Wschodniej do zachodniej Kanady zamiast osadników z Wielkiej Brytanii lub Europy Środkowej, ponieważ uważał, że ich wiejskie pochodzenie czyni ich lepiej przystosowanymi do osiedlania się w surowszych warunkach, takich jak te panujące na preriach. Minister spraw wewnętrznych opisał ideę preferowania wschodnioeuropejskiego chłopa nad jego środkowoeuropejskim odpowiednikiem słynnymi słowami:
“A stalwart peasant in a sheep-skin coat, born on the soil, whose forefathers have been farmers for ten generations, with a stout wife and a half dozen children, is a good quality.”
co można przetłumaczyć:
„Krzepki chłop w baranicy, zrodzony z ziemi, którego przodkowie od dziesięciu pokoleń zajmowali się rolnictwem, mający zapobiegliwą żonę i pół tuzina dzieci, jest człowiekiem dobrej jakości”.
Pogląd Clifforda Siftona na temat zasiedlania zachodniej Kanady został szeroko przyjęty. Doprowadziło to do zasiedlenia dużej części Saskatchewan, Alberty i Manitoby przez różne grupy z Europy Wschodniej, takie jak Ukraińcy, Polacy, Rumuni, ogólnie biorąc mieszkańcy Galicji i Bukowiny. Pozostawili oni znaczące dziedzictwo w tym regionie, a wiele miejscowości do dziś nosi nazwy pochodzące od miast Europy Wschodniej, takich jak Lemberg w Saskatchewan. Lemberg jest austro-węgierską nazwą miasta Lwów na Ukrainie.
Rodzice i rodzeństwo Karoliny byli uważani za część tej fali wczesnych pionierów w regionie. Heinrich Morhart (brat Karoliny) został wymieniony jako jeden z osadników, którzy uzyskali ziemię na podstawie ustawy Dominion Lands Act z 1872 roku, która umożliwiała osobom otrzymanie ziemi za symboliczną opłatę w wysokości 10 dolarów pod warunkiem jej zagospodarowania i zamieszkania na niej przez trzy lata.
Choć obecność jej rodziny w okolicach Melville bardzo prawdopodobnie wpłynęła na jej decyzję o emigracji do Kanady, to śmierć jej męża podczas Wielkiej Wojny oraz sytuacja geopolityczna Bukowiny ostatecznie skłoniły ją do wyjazdu. Opuściła ten region w tym samym roku, w którym formalnie uznała go za zmarłego.
Życie, mimo że w trudnych warunkach, znowu zaczęło biec spokojnie. Otoczona rodziną już po miesiącu w Kanadzie wyszła za mąż za George'a Bernhardt'a. Była to prawdopodobnie decyzja praktyczna i możliwe, że zaplanowana jeszcze podczas załatwiania spraw w Czerniowcach.
Życie w okolicy Killaly było generalnie dość trudne, a zwłaszcza bez męża. Od wszystkich członków rodziny oczekiwano pomocy w pracach rolniczych, nawet tych wymagających wysiłku fizycznego. Saskatchewan był nowo utworzoną prowincją (1905 r.) i większość jej obszaru była (i właściwie nadal jest) niezagospodarowana. Gospodarstwa rolne znajdowały się w bardzo odizolowanych obszarach, z dala od większych ośrodków miejskich. Na zachodzie nadal istniało wiele zagrożeń, a jeśli ktoś doznał obrażeń, mógł nie być w stanie uzyskać pomocy ze względu na oddalenie społeczności takich jak Killaly.
Przykładem może być siostra Józefa (Rozalia), która zmarła w wieku 26 lat, będąc w ciąży, stratowana na śmierć przez bydło podczas pożaru. Rodzina nie mogła wydobyć ciała z powodu oddalenia gospodarstwa i z tego powodu została pochowana na miejscu wypadku.
Karolina zmarła w 1932 roku w wieku 56 lat i została pochowana w Killaly. Niektóre z jej dzieci przeniosły się później do innych części Kanady, podczas gdy inne pozostały w okolicach Melville i Killaly. Wstrząs związany z Wielką Wojną oraz emigracją do Kanady prawdopodobnie miał znaczący wpływ na to, jak potoczyło się ich dalsze życie. Trudno dokładnie określić, w jaki sposób się to przejawiało, jednak można dostrzec pewne oznaki tych zmian w ich działaniach.
Przede wszystkim w dużej mierze zdystansowali się do swojego bukowińskiego dziedzictwa i – podobnie jak wielu innych imigrantów z Europy Wschodniej – zaczęli przede wszystkim identyfikować się jako Kanadyjczycy. Rodzina anglicyzowała swoje imiona, a niektórzy zmienili je nawet całkowicie.
Moja Rodzina wspomina, że starsi członkowie rodziny nadal mówili po niemiecku, gdy rozmawiali o krewnych, którzy pozostali w Bukowinie. Ich potomków nie uczono jednak języka niemieckiego, aby ułatwić im integrację z kanadyjskim społeczeństwem, a także aby nie słyszeli rozmów dotyczących niektórych tematów, takich jak Bukowina.
Pomimo tych wszystkich trudności rodzina Karoliny prowadziła później szczęśliwe i dostatnie życie, podobnie jak wielu innych imigrantów z Europy Wschodniej w Saskatchewan. Przykładem może być jej syn George Rubisch, który pracował dla Canadian Pacific Railroad, a jednocześnie posiadał gospodarstwo rolne w pobliżu Melville."
Historia Józefa Potyry Rubischa jak w soczewce oddaje skomplikowany charakter monarchii austro-węgierskiej. Tygiel narodów i kultur, asymilacji i izolacji, sprzecznych interesów i dążeń narodowościowo-niepodległościowych, codzienność naznaczona walką o byt, marzenia o innym lepszym życiu, gospodarstwo, dzieci, góry, emigracja ... Wielka wojna, która przewróciła ten świat i zmieniła wszystko.
A Józef błądząc po górach Bukowiny, przez Alpy Julijskie, dotarł w Beskid Sądecki, gdzie spoczął na zawsze.
Może poczuł się tu jak w domu?



























.png)
.jpg)






Komentarze
Prześlij komentarz