Bieczanie na wielkiej wojnie
[opis: widok na dolinę rzeki Ropy pod Bieczem, na północny wschód od Gorlic]
Wielka wojna - małe miasto
Lato mijało, życie na prowincji toczyło się leniwie i niewielu tak naprawdę myślało, że zamach na arcyksięcia Franciszka Ferdynanda i jego żonę Zofię z 28 czerwca 1914 r. doprowadzi do czegokolwiek innego niż zwykłe pohukiwania mocarstw. W gabinetach europejskich perspektywa była zupełnie inna, tam wypadki toczyły się błyskawicznie. Pierwszy etap mobilizacji rozpoczęto w Galicji od 28 lipca 1914 r. Wielkie mocarstwa europejskie wypowiedziały sobie wzajemnie wojnę w dniach 1-6 sierpnia 1914 r.
“Lato było w całej pełni, rozleniwienie wakacyje, gdy, niby piorun z jasnego nieba, spadły na ludzi manifesty mobilizacyjne. Zatrzymany nagle normalny bieg życia, zastój w ruchu pociągów, rozerwanie rodzin, stąd zamęt i krocie tysięcy kłopotów, które jednak z początku brało się raczej ze strony wesołej, bo nikt w rzeczywistość wojny nie wierzył, każdemu jej możliwość wydawała się absurdem. Dzienniki zadrukowane skąpemi wiadomościami, ale zato wołowemi czcionkami wypełniające szpalty, podniecały wyobraźnię i ciekawość tłumów. Życie z domów rodzinnych przeniosło się do kawiarń i na ulice.”
źródło: Wiadomości Polskie, 1916, R. 2, nr 62
W Bieczu życie raczej przeniosło się pod kościół, na rynek, może do karczm. Czytano gazety, dyskutowano zawzięcie. Maria Kromkayowa już 3 sierpnia 1914 r. zaczęła pisać swój dziennik, zapewne spodziewając się, że nowa sytuacja będzie mieć poważne reperkusje, a może i po to, żeby później uzupełnić blaknące wspomnienia faktami odnotowanymi w dzienniku.
Mobilizacji podlegali mężczyźni, którzy nie ukończyli 42 lat, mieli oni obowiązek zgłosić się do swoich komend, skąd byli kierowani do odpowiednich jednostek wojskowych.
Jak wszędzie, tak i w Bieczu część osób, szczególnie młodych, z entuzjazmem przyjęło wybuch wojny i pobór do wojska, upatrując w tym okazję do wywalczenia niepodległości dla Polski. Pozostali traktowali pobór do wojska jako przykry obowiązek, tłumaczony często przez propagandę państwową, jako walka przeciwko Rosji.
Pierwszy wpis Marii Kromkayowej pod datą 03.08.1914 r. mówi:
“Czas przedwojenny w Bieczu. Przewidywania i obawy niedługo się sprawdzają. Mobilizacja. Wojna z Serbią. Następuje wymarsz wojsk - pożegnanie.
Jeszcze to echo nie przebrzmiało, gdy za tydzień wieść pada jak grom: „Wojna z Rosją”. Każde serce polskie drgnęło. Ta Rosja, to nasz wróg. Wróg obryzgany krwią i krzywdą naszych przodków. Ale i obecny rząd w Rosji z cynizmem i okrucieństwem dręczy naszą religię i kulturę, każdą wolną myśl i cnotę, jak i obywatelską działalność tych, co trochę światła i uświadomienia narodowego nieśli w chaty ludu …
Wojna z Rosją! Tak liczebnie silna! Matki załamują ręce, podnoszą w niebo zapłakane oczy. Nie stać je na słowa. Tylko jęk wyrywa się z piersi: „O Boże, zmiłuj się nad nami"! One spełniają największą ofiarę: dadzą synów ...
Pociąg za pociągiem odchodzi. Wychylają się z okien młode twarze …”
Do połowy listopada 1914 r. mobilizacja w Bieczu zapewne przebiega sprawnie, ale później miasteczko znalazło się w niedalekiej odległości od frontu, pod bezpośrednią okupacją rosyjską i pobór rekruta był praktycznie niemożliwy. Stan ten utrzymywał się do 04.05.1915 r.
Zdarzały się jedynie pojedyncze przypadki powrotu poborowych do domów rodzinnych, głównie z powodu trapiącej ich śmiertelnej choroby.
Ofensywa pod Gorlicami i przesunięcie się frontu, kolejne bitwy pod Jarosławiem, nad Sanem i dalej na wschód spowodowały znaczne uszczuplenie stanów w poszczególnych pułkach. Dodatkowo okupacja rosyjska w Galicji Wschodniej odcięła pułki od dedykowanego zaplecza skąd dokonywano mobilizacji. W tej sytuacji dalszy pobór z Galicji Zachodniej oraz z innych części monarchii, w tym szczególnie z Czech i Moraw, nasilił się.
Należy sądzić, że i mężczyźni z Biecza byli powoływani w tym czasie na front.
Legioniści, ulubieńcy i znajomi
Witold Fusek postawił sobie za cel kształtowanie charakterów bieckiej młodzieży męskiej, w tym celu zorganizował najpierw drużynę Bartoszową, którą następnie przekształcono w drużynę skautową. Pierwsze wzmianki o działaniu tych organizacji to rok 1911 i kolejne lata. Młodzi chłopcy, zarówno uczniowie, studenci jak i młodzież rzemieślnicza, która terminowała w Bieczu, w drużynie zdobywała różne umiejętności. Jednak podstawą była postawa patriotyczna oraz zachowanie wstrzemięźliwości od alkoholu, tytoniu i gry w karty. Wartości te podkreślono w rocie przyrzeczenia skautowego:
„Ślubujemy w Drużynie Skautowej kształcić się na dobrych Polaków i dzielnych ludzi. Pragniemy służyć Ojczyźnie naszej nieszczęśliwej i braci naszych, którzy przez karty, tytoń i alkohol stali się nieszczęśliwymi: nawracać.
Dlatego my sami uważając, że te trzy wady psują ludzi najbardziej ślubujemy nie używać trunków, tytoniu i nie grać w karty i składamy na to skautowe słowo czci".
źródło: “Materiały do historii harcerstwa bieckiego i gorlickiego” - zebrał Piotr Matys
Obok drużyny skautowej powstała w Bieczu drużyna Towarzystwa Gimnastycznego Sokół, którą oficjalnie włączono w strukturę organizacji Sokoła od 1 stycznia 1913 r. i zaliczono do okręgu III (tj. rzeszowskiego).
źródło: Przewodnik Gimnastyczny „Sokół”: organ Związku Polskich Gimnastycznych Tow. Sokolich w Austryi. R.33, nr 3 (marzec 1913)
Bieckie drużyny: skautowa i sokola wraz z drużynami okolicznymi z Gorlic, Jasła i innymi wielokrotnie wspólnie ćwiczyły. Odbywano gry terenowe, trenowano sprawność fizyczną, wędrówki piesze, uczono się alfabetu Morse’a i sygnalizacji. Z czasem do zajęć włączono musztrę, w tym:
Chwyty karabinem:
Do nogi broń! Do biegu broń! Do ataku broń! Na ramię broń!
Klęknij! Padnij!
Ćwiczenia polowe w rozwijaniu tyralierki”
Z zebranych środków drużyna biecka zakupiła m.in. nosze i debatowano nad zakupem karabinów Manlichera.
źródło: “Materiały do historii harcerstwa bieckiego i gorlickiego” - zebrał Piotr Matys
Widać więc, że drużynowy Fusek starał się wychowywać młodzież w duchu patriotycznym, ale też dążył do wykształcenia u podopiecznych umiejętności praktycznych i zachowania się w przypadku ewentualnej mobilizacji.
Jak to możliwe, może ktoś zapytać, że w małym miasteczku w Galicji ktoś wpadł na pomysł wprowadzenia tego rodzaju programu ćwiczeń.
Odpowiedź jest dosyć prosta: było to zupełnie zrozumiałe i można powiedzieć powszechne. Nastroje prowojenne potęgowały się. Ostatnia wielka wojna pomiędzy mocarstwami europejskimi zakończyła się w 1871 r. Panujący pokój był przerywany wybuchami lokalnych konfliktów, które od początku 20 w. stopniowo narastały. Do tego prasa podgrzewała emocje, przewidując wybuch wielkiej wojny. Młodzież chłonęła wiadomości, wydawało się, że wojna to będzie wielka przygoda, okazja do wykazania się odwagą i patriotyzmem. Szkoły średnie i wyższe również podnosiły ten aspekt poprzez edukację duchu narodowo patriotycznym:
“(...) Po odegraniu przez muzykę wojskową 5 p. a. c. marsza żałobnego Chopina przemówił dyrektor zakładu, Jakób Zachemski.
«Do pięknej księgi chlubnych dziejów tej prastarej uczelni przydali nową, wspaniałą kartę marmurową ze złotemi swych Imion głoskami Bohaterowie z wielkiej wojny światowej, Bojownicy o wolność Polski, a Wychowankowie naszej szkoły pospół ze swymi Profesorami. Godni swych wielkich poprzedników następcy, mistrzowie tego czcigodnego przybytku nauki, niemniej godni swych dawnych kolegów, a zwłaszcza z lat 1831 i 1863, alumni tego seminarjum wszelkiej cnoty i wszelkiego męstwa, ofiarą krwi swojej i życia, ofiarą dowodnie zadokumentowali, że szkoła polska mimo ucisku zaborcy służyła idei wolnej, niepodległej Polski.
Czy z jednogłowym orłem w koronie na czapce legjonisty, czy w płaszczu sołdata austrjackiego, narzuconym na ramiona, szedł nauczyciel i uczeń polskiej szkoły w bój ze sercem w piersi polskiem, bijącem tylko dla Polski.
I nie miał milszej chwili w pościgu nieprzyjaciela nad moment, w którym przekraczał linję graniczną między dawnym zaborem austrjackim a rosyjskim. Pochodem swym łączył, zszywał rozdarte części Polski. Dlatego niech się nikt nie waży kalać Ich Świętej pamięci wmawianiem w siebie, w innych lub - broń Boże - w Nich samych, jakoby służyli zaborcy.
Ta marmurowa tablica jest prawdziwem i wiernem świadectwem dla naszej szkoły, że nie sprzeniewierzyła się swej wiekową tradycją sobie przekazanej misji wychowania młodzieży w miłości Ojczyzny, świadectwem, którego nie powstydzimy się ani przed Majestatem Rzeczypospolitej, upostaciowanym w osobie jej Prezydenta, a którem z podniesionem czołem możemy się przekazać w obliczu naszego wielkodusznego Fundatora, Nowodworskiego.
Tu, nie gdzie indziej, nauczyli się uczniowie modlitwy Wieszcza, z którą na ustach wyruszali na boje:
"O wojnę powszechną ludów - błagamy Cię, Panie,
wierząc, że z potoku krwi wyłoni się wyspa Polski oswobodzonej. Wierzę mocno, że w tej uroczystej chwili duchy poległych uczniów i nauczycieli są między nami i czytają w sercach naszych i w mózgach naszych czytają i z wielkim lękiem i trwogą pytają, czy Ich bogata a hojna ofiara nie pójdzie na marne?» (...)”
źródło: “Sprawozdanie Dyrektora Państwowego Gimnazjum Nowodworskiego czyli św. Anny w Krakowie za rok szkolny 1926/27” [str. 3 - 5]”
W podobnym duchu wypowiedziała się dyrekcja jasielskiego gimnazjum w publikacji pt. "Księga pamiątkowa 70-lecia Państwowego Gimnazjum imienia króla Stanisława Leszczyńskiego w Jaśle: 1868-1938":
"(...) Wybuch wojny światowej w roku 1914 zastał młodzież jasielską w zupełności przygotowaną do walk orężnych o Polskę. Mając za sobą przeszło 30-letnią pracę niepodległościową młodzież naszego Zakładu nie sprzeniewierzyła się górnym hasłom, jakie w jej serca wszczepiali wychowawcy i kierownicy ideowi wszystkich poprzednio omawianych organizacyj.
Na zew Marszałka Piłsudskiego, podówczas komendanta Strzelca, pośpieszyli tłumnie tak byli, jak i ówcześni uczniowie jasielskiej uczelni w szeregi legionowe, począwszy od posiwiałego w pracy oświatowej i niepodległościowej Kaspra Wojnara, aż do najmłodszych w roku 1914 uczniów trzeciej klasy gimnazjalnej. (...)
Nawiasowo zaznaczam, że większość uczniów, która by z wielką ochotą poszła do Legionów, musiała jako wojskowi austriaccy iść w szeregi obcego wojska. Do Legionów poszli ci, których pobory austriackie zwolniły od służby wojskowej, i ci, którzy nie dosięgli jeszcze wieku poborowego. (...)"
Nic zatem dziwnego, że wielu młodych mężczyzn z Biecza, w tym podopieczni drużyny skautowej i druha Fuska, zaciągnęło się do Legionów Polskich. Najprawdopodobniej udali się bezpośrednio do Krakowa, pomijając punkty zborne w Gorlicach czy Jaśle, organizowane przez Powiatowe Komitety Narodowe oraz Komisariat Wojskowy Polskich Legionów.
Maria Kromkayowa po ponad półrocznym okresie wojny, a więc już w pełni świadoma jej tragicznych skutków tak napisała w swoim dzienniku:
“06.03.1915: (...) Nasza polska młodzież, sam kwiat, maturzyści, akademicy, zaasenterowani sierpniu, teraz już są na terenie wojennym. Mego [ ... ] 2 synów, ciotecznego brata 2 synów, kuzynów 3, a znajomych cała paczka. Jak słyszę walkę na karabiny drętwieję cała. A rodzaj bitwy na szturm jest to coś okropnego! Niechże ta nieszczęsna wojna się skończy! Inaczej - jak taki stan rzeczy potrwa jeszcze dłużej, w każdej rodzinie będzie smutek, łzy i żałoba.
Szkoda młodzieży, szkoda tych talentów, którymi zajaśnieliby w kraju, a przy takiej broni strasznej mogą paść jak kłosy podcięte.”
Później W. Fusek napisze, że:
“(...) W legionach było sporo Bieczan (...)”.
Zastanawiałam się: “sporo”, to znaczy ilu konkretnie? Pewien pogląd daje opracowanie wykonane pod patronatem Muzeum Józefa Piłsudskiego w Sulejówku przy współpracy z Fundacją Rodziny Józefa Piłsudskiego. Należy jednak pamiętać, że lista ta może być niepełna.
Z zebranych informacji wynika, że z Biecza do legionów zaciągnęło się minimum 26 młodych mężczyzn.
Jednym z najmłodszych był Alfred LUDWIG, urodzony w 1899 r. Udało mu się przeżyć wojnę, w II RP pracował jako nauczyciel.
Najstarszym był Jan BORZĘCKI, urodzony w 1888 r., który wstąpił do wojska w sierpniu 1914 r., mając 26 lat. W 1917 r. został zgłoszony do odznaczenia Krzyżem Wojskowym Karola - jest to odznaczenie armii austro-węgierskiej przyznawane za zasługi wojenne.
Spośród 24 osób określanych jako legioniści poległo 5 osób.
Wg przekazu Witolda Fuska właśnie w szeregach Legionów zginęli Tadeusz Gumiński,
Wincenty Kosiba oraz Jan Sarnecki:
“(...) W legionach było sporo Bieczan. Zginęło kilku: Gumiński Tadeusz, Wicek Kosiba, Sarnecki Jan. Sami harcerze. Im poświęciła drużyna krzyż dębowy pod farą. (...)”
źródło: Witold Fusek, “Biecz i dawna ziemia biecka na tle swych legend, bajek, przesądów i zwyczajów”, skan nr 69
Z analizy dostępnych źródeł wynika, że jedynie w przypadku Jana Sarneckiego można znaleźć ślady jego służby w Legionach. W Przypadku Tadeusza Gumińskiego oraz Wincentego Kosiby sprawa nie jest tak jednoznaczna, aczkolwiek również nie jest wykluczone, że służbę tę pełnili.
Jan SARNECKI, ur. 05.11.1894 r. w Bieczu, ojciec Marceli, matka Julia z domu Czyż, rodzeństwo Wiktor (1888), Stanisław (1897).
Członek drużyny bartoszowej, a następnie skautowej Zbója Becza, do której dołączył prawdopodobnie w okresie 1911 r. -1912 r., wymieniony przez W. Fuska w zapiskach drużynowych wyłącznie z nazwiska. Był szeregowcem w 10. kompanii 3 pp II Brygady Legionów Polskich. 22.08.1915 r. tygodnik Piast informuje, że żołnierz zaginął bez wieści.
Wicek/Wincenty KOSIBA, ur. 1893 r., członek drużyny skautowej Zbója Becza od marca 1913 r., wymieniony przez W. Fuska w zapiskach drużynowych. Nie udało mi się potwierdzić, czy urodził się w Bieczu. Żołnierza o tych danych osobowych odnajduję na liście chorych i rannych jako starszego szeregowego (Gefreiter) LIR 32 (32 Pułk Piechoty Obrony Krajowej), 6 kompania, 03.03.1915 r. jest chory i przebywa w szpitalu twierdzy Kraków nr 4. W dniu 03.09.1915 r. pojawia się po raz pierwszy informacja, że jest ranny i dostał się do rosyjskiej niewoli. Tygodnik Piast z 15.10.1916 r. informuje, że żołnierz Wincenty Kosiba 32 p.obr. kraj. Kraków, (LIR 32) pozostaje w niewoli. Jego nazwisko nie występuje na liście legionistów sporządzonej w ramach projektu Muzeum Józefa Piłsudskiego w Sulejówku przy współpracy z Fundacją Rodziny Józefa Piłsudskiego. Nie wyklucza to jednak możliwości, że po powrocie z niewoli rosyjskiej mógł do legionów wstąpić. Od tego momentu jego losy wg dokumentacji dostępnej online pozostają nieznane.
Tadeusz GUMIŃSKI, właściwie Michał Tadeusz Gumiński, ur. 17.10.1896 r. w Bieczu, ojciec Jan, prawdopodobnie kościelny w Bieczu, matka Filipina z d. Potok. Członek drużyny skautowej Zbója Becza od lutego 1913 r. W żadnym źródle dostępnym mi online nie występuje informacja, że znalazł się w jakiejkolwiek jednostce wojskowej, co jednak nie wyklucza takiej możliwości. Jedyną poszlaką jest karta pocztowa zaadresowana do Józefa Cetnarowicza i podpisana:
“M. Gumiński, k.k. Landw. Inf. Reg. 32, 4 Ersatz Komp. 1 Zug Bochnia”
Wskazywałoby to, że Michał Tadeusz Gumiński został wcielony do Landwehr Infanterieregiment nr 32 z Nowego Sącza (32 Pułk Piechoty Obrony Krajowej, tj. LIR 32). Jakie były jego dalsze losy - nie wiadomo.
Te trzy osoby drużynowy Fusek w widoczny sposób chciał uczcić i im poświęcił pierwszy pomnik harcerski wystawiony w Bieczu obok fary. Jedynie Jan Sarnecki ma udokumentowaną historię legionową. Losy pozostałych dwóch są niejasne, a jednak w 1928 r. upamiętniono chłopców krzyżem i tablicą, a w 1931 r. ukazała się praca Władysława Nekrasza pt. “Harcerze w bojach: przyczynek do udziału młodzieży polskiej w walkach o niepodległość Ojczyzny w latach 1914-1921”. W tomie drugim znalazły się trzy krótkie zdania (pisownia oryginalna):
“Gumiński Tadeusz - harcerz z Biecza, poległ w Legjonach.”
“Kosiba Wincenty - harcerz z Biecza, poległ w Legjonach.”
“Sarnecki Jan - harcerz z Biecza, poległ w Legjonach.”
W legionach polskich służyli też dwaj kolejni młodzi ludzie i ich historia legionowa jest potwierdzona.
Józef SALAMON, ur. 1890 r. przypisany do Biecza, służył w 13. komp. IV baonu 3. pp II Brygady Legionów Polskich. Uczestniczył w walkach pułku aż do kampanii wołyńskiej. Jedno źródło podaje, że został ranny 13.04.1916 r. pod Kostiuchnówką, a dwa inne, że zmarł w szpitalu polowym w dniu 13.04.1916 r. Książeczka wojskowa nr 661.
Rudolf WIŚNIEWSKI, ur. w 1894 r. Ciężkowicach, ojciec Wojciech, przynależny do Biecza, kaflarz. Służył jako plutonowy w 11. komp. 4. pp III Brygady Legionów Polskich, poległ 24.08.1915 r. pod miejscowością Raśna. Książeczka wojskowa nr 2848.
O nich w Bieczu pamięta niewielu, zapomniał nawet druh Witold Fusek, zapalczywy patriota.
A co działo się z pozostałymi?
Armia austro-węgierska
Do armii austro-węgierskiej pobrano z Biecza, Przedmieścia, Strzeszyna, Korczyny, Kwiatonowic i Klęczan co najmniej 247 mężczyzn, z czego poległo co najmniej 42 osoby.
Pobór był tak dokuczliwy, że w kronice szkoły męskiej jej kierownik Andrzej Pałys odnotował:
“(...) Rok szkolny 1915/16 rozpoczął się dnia 1 września 1915 r nabożeństwem w kościele parafialnym. Liczba uczniów uczęszczających na naukę zmalała. Młodzież starsza pracuje w domu na roli, więc słabo do szkoły uczęszcza. Ponieważ przymus szkolny nie jest ściśle wykonywany ze względu na brak rąk do pracy, przeto liczba dzieci zmniejszyła się. Wojna wywarła ujemny wpływ na moralność dzieci a także i starszych. (...)”
W podobnym tonie wypowiedział się także Jan Glück, notariusz, który także z tego powodu odmówił współpracy z Naczelnym Komitetem Narodowym w Krakowie:
“(...) pozwalam sobie donieść, że obecnie przynajmniej zwołanie jakiegokolwiek zebrania w Bieczu natrafiłoby na pewne trudności, a choćby i te usunięte zostały, nie można zebraniu takiemu rokować powodzenia. Powody ku temu są niestety liczne. Przedewszystkiem miasteczko nie ocknęło się jeszcze po przeszło sześciomiesięcznej inwazyi wroga, która je doprowadziła do zupełnego prawie zniszczenia. Nadto epidemie jakie się szerzyły przez długi czas i dotąd jeszcze nie wygasły, brak rąk do pracy z powodu nader licznych powoływań pod broń, wreszcie brak dachu nad głową i troska o zaspokojenie najniezbędniejszych potrzeb codziennego życia w bardzo wielu wypadkach, powodują ogólną depressyę, która żadną miarą nie może sprzyjać zamierzonemu przez Szan. Departament zgromadzeniu.(...)"
Trudno dzisiaj ustalić ilu rzeczywiście poborowych wyruszyło z Biecza na wielką wojnę. Tylko w części rodzin zachowały się okruchy wspomnień o ich przygodach, czasem zdjęcia lub dokumenty służby.
Jakie były ich losy, gdzie walczyli lub pracowali na rzecz armii?
Ślady, tropy, poszlaki
“(...) Jakaś potrzeba wywnętrzenia się i zorjentowania w powodzi wypadków zagnała mnie do Domu Akademickiego. Wiedziałem, że tam koledzy mówią o bieżących wypadkach. Istotnie w sali bilardowej wrzało.
Dyskutowali wszyscy. Ogólnie znać było u wszystkich troskę i niepewność. Powszechne było mniemanie, że wybuch wojny na Bałkanie pociągnie za sobą wmieszanie się Rosji; że w historji naszej otwiera się nowa karta, w której po raz pierwszy od czasów rozbiorów, mocarstwa zaborcze zbrojnie wystąpią przeciwko sobie, i że w tej przełomowej chwili nie wolno nam pozostać biernymi, lecz za wszelką cenę musimy dążyć do zbrojnego udziału.
Przeważał pogląd, że Austrja i Rosja zagarną do wojska wszystkich zdolnych do broni, zatem o ile istniejące formacje strzeleckie wezmą udział w wojnie, należy wstąpić w ich szeregi; lepiej zginąć z honorem w polskich oddziałach, niż z piętnem heloty w armji austrjackiej czy rosyjskiej.
Taki moment nie powtórzy się, więc należy korzystać z okazji, bo druga nie zdarzy się prędko. Pożegnałem ich i powlokłem się do koszar, ważąc w myśli, co robić.
Zdezerterować ?! - ... Jakoś z tem nie mogłem się pogodzić. Gdybym poszedł z nimi, to nie tylko spełniłbym moralny obowiązek walczenia w szeregach strzeleckich, ale miałbym również radość współżycia z kolegami, podczas gdy w armji austrjackiej czekała mnie tylko żmuda, przymus, nieufność, jeśli nie nienawiść ze strony Niemców.
(...) W tym czasie i przez następne trzy dni nadciągały oddziały rezerwistów; więc ludzie w wieku do lat 42-ch. Chłopy wąsate, brodate, jaki taki z babą, a także i z dziećmi przyszedł. Płaczu i kwilenia niemało, aż smutno patrzeć.
Kwatery nasze, to jest żołnierskie, urządzono w hali fabrycznej. Śpimy pokotem na słomie. Leżę w pstrem świetle syczącej lampy spirytusowej i medytuję Pan Bóg wie o czem. Na wojnę nie było mi spieszno. Austrja ma swój w tem interes, ale my Polacy? (...)”
źródło: Stanisław Kawczak, “Milknące echa: (wspomnienia z wojny 1914-1920)”, str. 7 - 9
Młodzi ludzie wyjeżdżali z Biecza żegnani przez rodziny z nadzieją, że wojna potrwa krótko i do Bożego Narodzenia 1914 r. będzie po wszystkim. Propaganda państwowa podsycała bojowe nastroje, głosząc buńczuczne frazesy o wielkości armii austro-węgierskiej. Większość myślała, że wszystko zaraz się skończy, a tylko niewielu miało wyobrażenie, jak to pokonywanie wroga będzie wyglądało. Bajki i fantazje szybko zostały zweryfikowane przez rzeczywistość. Co tak naprawdę oznaczało wyrażenie “pokonać wroga”. Na poziomie sztabów działania planowano na mapach z naniesionymi na kolorowo schematami. Dla pojedynczego żołnierza, który po wyjściu z okopu stawał twarzą w twarz ze swoim przeciwnikiem, drugim człowiekiem, którego miał pokonać, sytuacja stawała się dramatyczna. Przecież dotyczyła jego życia.
"(...) Zeszło się tedy trzy tysiące ludzi w gromadzie bez żadnej organizacji, w pobok zebrali się niemal wszyscy oficerowie, a było ich chyba z 80-ciu, poczem por. Dobrodzicki wylazł na olbrzymią bekę, jaka stała w kącie podwórza, zdjął czapkę, obtarł spocone czoło i zaczął mówić:
— „Hej! narodzie polski. Siedzę se w najlepsze w karczmie, piję piwsko. dobrze mi było, a tu ordynans pana oberszta każe mi się u niego meldować. Lecę, pytam poco, naco, a tu mi pan oberszt kazuje mowę do was wypalić.
O czemże mam wam mówić?, aha! - o wojnie.
No to nima co, - pójdziesz jeden z drugim i zginiesz z honorem na polu chwały, muzyka ci zagra, parada będzie, jak jasny pieron. Umrzeć i tak każdy musi. Zginiesz na wojnie to przynajmniej umrzesz w polu, muchy nie będą ci brzęczeć i paskudzić pyszczydła, słonko się będzie śmiać, - ty, stary, co się tam drapiesz? Widzisz go, jak mu się cni do baby. I tak już kto inny ją będzie obrabiać, taki ani na wojnę nie pójdzie, tylko na rozpłodek; bo jest mądry. Zrozumieliście byki, i żeby mi nikt jak będzie ranny nie płakał. Sznurkiem ranę z góry przewiązać … i dymaj, bracie, do szpitala, a jeno patrz po drodze, by ci głowy szrapnel nie zerwał.
- Ale zato po wojnie, hej! Wracać będziemy naturalnie, jako zwycięzcy. Wszystkie miasta, wsie i miasteczka będą nas witać, fany, muzyki - stęsknione dziewki ramiona roztwierać. Będzie wielki bal, używanie, rozpusta, a fajermany będą lały „gorzołe“ prosto w morde ...
mówił dość długo jeszcze w tak dosadnych słowach, że nie wypada mi dalszego ciągu przytaczać. Żołnierze krztusili się od śmiechu, nie wyłączając płk. Puchalskiego i oficerów, którzy chusteczkami ku mówcy powiewali z okrzykiem: Brawo, Jurek! - Mówca spojrzawszy na nich, jednym susem zeskoczył z beczki i dorzucił krótko: - Mówiłbym tak do rana, ale mi w gębie zaschło. (...)”
źródło: Stanisław Kawczak, “Milknące echa: (wspomnienia z wojny 1914-1920)”, str. 10
Powyższy opis wydaje się na pierwszy rzut oka nawet zabawny, ale tak naprawdę ma posmak gorzki. Nikt nie wiedział, co go spotka, nikt nie był na to przygotowany. Pierwszy atak, pierwsze śmierci towarzyszy, huk artylerii i grzechotanie karabinów maszynowych, walka na bagnety, krwawa łaźnia - jak to wpływało na rekrutów? Poniżej cytat za oficerem rezerwy, Pawłem M. który opisywał swoje przeżycia:
“(...) Ja sam byłem kilka razy w ataku na bagnety, kilka razy znalazłem się w promieniu działania karabinów maszynowych - i jakoś wyszedłem cało. Cało, ale trochę zmieniony. Po pierwszej takiej łaźni posiwiałem. (...)”
Kiedy jednak wojna stała się nową codziennością, żołnierze dostosowywali się do rytmu “życia okopowego”. Przede wszystkim uczyli się żyć w nieustannym hałasie, w którym szybko byli w stanie rozpoznać skalę zagrożenia.
“(...) Walka karabinowa nie wywiera już najmniejszego wrażenia. Do szrapnelów i granatów tak się żołnierze przyzwyczaili, że po świście rozpoznają, gdzie granat lub szrapnel pęknie, czy padnie. (...)”
i dalej:
“(...) Gdy się przez kilka dni bodaj zagląda śmierci w oczy i patrzy na śmierć towarzyszy, nie może być inaczej. Nerwy tępieją i robią się jak powrozy, na nic nieczułe. Padł twój serdeczny przyjaciel - trudno. Westchniesz - i koniec. (...)”
źródło: “W ołowianym sicie”, Piast, 23.05.1915, nr 21
Potyczka widziana oczami zwykłego żołnierza:
“(...) Atak. Wiara, zelektryzowana rozkazem, wychodzi z „dekungów“ i jak tabuń rozhukanych koni prze naprzód. Wrzask, krzyk, w słońcu migocą nadziane na karabiny bagnety. Żołnierza opanowuje szał. Nie widzi nic - pędzi naprzód, krzycząc, aby zakrzyczeć tłoczące się myśli. Pędzi ku wrogowi, aby go wypędzić lub zginąć. Innego wyjścia niema. W oczach zły ogień, mózg przemienia się jakby w galaretę, człowiek przestaje istnieć, pędzi na wroga - wróg. Ubieżeli staje - wróg się nie rusza. Pędzą dalej. Aż tu naraz aż sino się robi w powietrzu. Z kurzawy, wrzasku, przedziera się straszliwe tykotanie jakby jakiegoś zegara śmierci. Tabun oszalałych żądzą krwi żołnierzy wpada w objęcia jakowejś sinej mgły, która, jak tarcza Ateny ma moc zabójczą. Raz wraz z pośród atakujących pada ktoś, skubie rozpaczliwie ziemię i wypręża się - jak ścięty niewidzialną kosą. A ta mgła sina świszczy, wdziera się między szeregi, szczerbi je coraz bardziej, pochłania atakujących, jaķby jakiś moloch przestraszliwy. Zionie zatrutym oddechem, uśmierca ta mgła, która w dali przemienia się w grad ołowiu, w jakieś ołowiane sito, którego oka są niesłychanie małe, a które się rozpręża, natęża i tchnie śmiercią. To grają karabiny maszynowe. Ta sina mgła przed oczyma walczących, ten grad kul, to ołowiane sito wśród walczących, to najwyższy tryumf kultury, to - karabin maszynowy. (...)”
źródło: “W ołowianym sicie”, Piast, 23.05.1915, nr 21
Do przyzwyczajenia wkrótce dochodziło otępienie. Gabriel Chevallier, 19-letni żołnierz francuski tak opisywał stan, w jakim się znalazł, przebywając na pierwszej linii frontu:
“Funkcjonuję jak zwierzę, bestia, która musi jeść, a potem spać. Nigdy nie czułem się tak otępiały, tak pusty, i dociera do mnie, że wycieńczanie ludzi, niepozostawianie im czasu na myślenie, sprowadzanie do stanu, gdzie nie czują nic poza najbardziej przyziemnymi potrzebami, jest najskuteczniejszą metodą sprawowania nad nimi kontroli. Teraz rozumiem, dlaczego niewolnicy tak łatwo się podporządkowują. Nie pozostało w nich siły, by się zbuntować, wyobraźni, żeby o tym pomyśleć, ani energii, by to zorganizować. Rozumiem mądrość ciemiężców, którzy nie pozwalają uciskanym na użycie mózgów, miażdżąc ich wycieńczającą pracą.”
źródło: cytat zamieszczony w “Bo wiesz jaka straszna droga przede mną. Listy z Wielkiej Wojny”, Danuta Kądziołka, str. 23
Gazety zaczęły zapełniać się listami zaginionych, rannych i chorych, zabitych, a później wziętych do niewoli. Artykuły prasowe o treści wojskowej, ale też społecznej podlegały cenzurze państwowej. Dość szybko okazało się, że wojna to nie zabawa, że ranni zwożeni na tyły wymagają opieki, że jest to praca ciężka, niewdzięczna i że same frazesy o miłosierdziu nie były w stanie zastąpić środków opatrunkowych i przeciwbólowych, innych medykamentów oraz jedzenia. Że dzień za dniem mija wśród nieustannego jęku chorych, rzężeniu umierających i zaczepkach lżej rannych.
Z powodu poniesionych obrażeń nie wszyscy ozdrowieńcy kwalifikowali się do powrotu na front, ale nie byli także zdolni do samodzielnego życia czy wsparcia własnej rodziny.
Boże Narodzenie 1914 r. nadchodziło, a wojna tak naprawdę dopiero się zaczynała.
Ktoś musiał zginąć pierwszy:
Szczepan PRUCHNIEWICZ z Przedmieścia zginął już jesienią 1914 r. Do wojska trafił ok. roku 1906, w 1908 r. z okazji jubileuszu 60-lecia wstąpienia na tron cesarza Franciszka Józefa otrzymał Krzyż Jubileuszowy Wojskowy.Dla rodziny i sąsiadów był to zapewne szok.
“(...) Zbliżył się do naszej grupy płk. Puchalski z rozkazem: 20-ty regiment do mnie! Zebraliśmy się wkoło społem wszyscy, oficerowie i żołnierze. Pułkownik podzielił nas na bataljony, kompanje, nakazując się poustawiać wedle dawnej przynależności. Policzył nas. Wszystkich razem z taborytami, lekarzami, kancelistami było 108, wyraźnie stu ośmiu. Z trzech tysięcy żołnierzy po jednomiesięcznej niespełna wojnie - 108 ludzi. Widziałem, jak płk. Puchalski odszedł na bok i ... chusteczką wytarł oczy gruntownie.
Dowiedziałem się, że to już wrzesień, że Francja wypowiedziała wojnę Niemcom i już się biją, że Anglja też się ruszyła, że Niemcy przez Belgję wkroczyli do Francji. (...)”
źródło: Stanisław Kawczak, “Milknące echa: (wspomnienia z wojny 1914-1920)”, str. 44
A potem zaczęły docierać kolejne informacje o poległych:
Chaskel REH (wymawia się Rej, obecnie rodzina używa nazwiska Ree), ur. 29.10.1893 r. w Bieczu, ojciec: Elias Reh, matka Gittel z domu Peller, szeregowiec w 36 Pułku Obrony Krajowej z Kołomyi (LIR 36), 3 kompania. Zginął w lutym 1915 r. - w przedziale pomiędzy 10 a 20 dniem lutego. Jeżeli trafił do głównych sił pułku to ok. 10 lutego i kilka następnych dni pułk walczył na północ od Bystrego, na wzgórzu Piaski, północnych i północno-wschodnich stokach Dzidowej i północno-zachodnich stokach Kropiwnego. Potem, przynajmniej do 18-19 lutego, pułk był na froncie rozczłonkowany i przebywał na wschód i zachód od Kołonic, m.in. w obniżeniu pomiędzy Berdem a Woronikówką, pojedyncze kompanie na wzgórzach na południe i południowy zachód od Łubnego. Raport pułku wymieniał 3. kompanię parę razy: 15 lutego brała udział w zakończonym sukcesem ataku na wzgórze 759 na południe od Łubnego, 18 lutego kompania przesunięta została do odwodu, 19 lutego - skierowana na Berdo [*].
[*] źródło: informacje z archiwum Tomasza Woźnego
Paweł ŻEGLEŃ, ur. 01.08.1892 r. w Kwiatonowicach, syn Wojciecha i Marianny z domu Falisiewicz. Starszy brat Ludwika, który poległ na wzgórzu Golanka niedaleko Gromnika i młodszy brat Antoniego, jeńca wojennego. Paweł był szeregowcem w 36 Pułku Piechoty Obrony Krajowej z Kołomyi (LIR 36), i kolegą Chaskela z 3 kompanii. Poległ w okresie pomiędzy 28 lutego a 2 marca 1915 r. w tej samej okolicy.
Mimo tylu szczegółowych danych taktycznych podanych w dokumentach pułkowych, ewidencjonowanie danych żołnierzy poległych w Karpatach zimą było niezwykle trudne. Z tego powodu dokładna data i miejsce pochówku Chaskela Reh oraz Pawła Żeglenia nie są znane.
Wprawdzie Biecz był oddalony od frontu o dobre kilkanaście kilometrów, to jednak przez cały okres okupacji mieszkańcy doświadczali nieustającego huku i odgłosów strzałów, zarówno artylerii jak i broni maszynowej. Maria Kromkayowa wiele razy w swoim dzienniku poruszona pisała o losach żołnierzy przebywających zimą w okopach na linii styku wojsk:
“23.01.1915: (...) Zima w tym roku jest łagodniejsza niż zazwyczaj, ale i tak nocą na stanowiskach biedni ci wojskowi marzną, zaziębiają się i cierpią. A jeżeli, którego zrani kula i pada na śnieg, a pomocy zaraz mieć nie może i ginie z upływu krwi, to rzeczywiście tragiczny, nieszczęśliwy to los. A jak to chłopiec w rozkwicie wieku? A jak to jest ukochany syn? A jeśli to szczęśliwy mąż i ojciec dzieciom? To takie bolesne, straszne, okropne!
Niejednego z rannych staranna ręka mogłaby wrócić do życia, na pociechę rodzin i społeczeństwa, a tam dojść nie można, by im dać pomoc, nakarmić, odziać, zapewnić wygodę, okazać im serce, przynieść ulgę i pociechę. A tu nic zrobić nie możemy i mamy takie uczucie, jak by nas w więzieniu zamknięto.
Bitwa blisko, o parę kilometrów, a jesteśmy tak oddaleni! Bo w naszych domach, w naszym miasteczku, na naszych górach są, mieszkają, kwaterują Moskale. Tutaj wśród nich żyjemy, ale myśli nasze są tam, na górach, gdzie nasi krewni, znajomi, przyjaciele.”
Jeden z żołnierzy armii rosyjskiej, Polak z pochodzenia, który stacjonował u Marii Kromkayowej, wrócił z okopów z odmrożeniami nóg:
“22.03.1915: (...) Dziś z pozycji przyjechał tu kapitan Kirkiewicz. Odmroził sobie tak nogi, że aż ma rany. Pułkownikowa obwija mu je umiejętnie, obmywa, smaruje. (...)”
Szeregowcy nie mieli tyle szczęścia i nie miało znaczenia w armii jakiego państwa służyli.
Wojciech ALIBOŻEK, ur., 24.08.1888 r. w Bieczu, na Belnej, matka Rozalia Alibożek, szeregowiec w 32 Pułku Piechoty Obrony Krajowej z Nowego Sącza (LIR 32). W marcu 1915 r. otrzymał ranę postrzałową. Zmarł w trakcie transportu medycznego w dniu 23.03.1915 r., będąc na Stacji Obserwacji Chorych w Sátoraljaújhely (obecnie Węgry). Został pochowany na lokalnym cmentarzu, obecnie spoczywa prawdopodobnie w kwaterze wojskowej liczącej ponad 1500 indywidualnych nagrobków. Niestety nie mam potwierdzenia, czy Wojciech został pochowany w mogile imiennej.
Co oznaczał transport medyczny i czy zawsze był lepszy od lokalnego szpitala polowego? Trudno odpowiedzieć na to pytanie, zwłaszcza, że czasami samo dostanie się do transportu medycznego wymagało zapobiegliwości rannego żołnierza. Taki opis można znaleźć w historii 271 Rezerwowego Pułku Piechoty armii niemieckiej po walkach pod Harklową w maju 1915 r.:
“Do kościoła w Harklowej, w którym założono lazaret, napłynęli ranni z dywizji. Przed ołtarzem stał stół operacyjny. Przy blasku lamp elektrycznych pełniło swe obowiązki wielu lekarzy. Krew kapała na podłogę, tworząc małe kałuże i spływając ciurkiem wolno, wzdłuż nawy. Pomiędzy rannymi klęczał kaznodzieja polowy i próbował pocieszać. W każdej chwili mogły się otworzyć drzwi i sanitariusze zdejmowali ostrożnie nosze z nieruchomym ziemisto-szarym ciałem, między kościelnymi ławkami. Blade twarze wyglądały upiornie w półmroku wielkiego pomieszczenia. Jak sygnały świetlne przemykały refleksy błyskających instrumentów lekarskich wzdłuż ścian. Tu ciche prośby, tam głośne jęki, między nimi przejmujący krzyk lub przenikliwe wołanie o opatrunek. Woń przesiąkniętej krwią słomy oddziaływał na nerwy, plącząc umysł. Ale lekarzy nie wystarczało, aby opiekować się dużą liczbą rannych.
Kto mógł - biegł, próbując osiągnąć Biecz, który oddalony był o około 1 godzinę. Wielu pozostało, osłabionych utratą krwi i bólami. Ci jednak, którzy dotarli do Biecza, znaleźli szkołę, w której mieścił się lazaret, w całkowitej ciemności. W izbach, między sobą, leżeli zmarli Niemcy, Rosjanie i Austriacy. Lazaret w tym czasie przeniesiono bardziej do przodu. Ranni sposobili się na nowo do drogi i osiągnęli o brzasku dnia dworzec w Zagórzanach, gdzie przejmował ich w końcu pociąg szpitalny, który transportował ich po 2-dniowej jeździe do Opola, Raciborza i innych śląskich miejscowości. Mieli oni po części poważne rany głowy lub postrzały w ramię albo barki, tylko prowizorycznie zaopatrzeni przebyli drogę 15 km pieszo.”
źródło: Max Bierwagen, Między Sommą a Prypecią. Fragment kroniki 271. Rezerwowego Pułku Piechoty, Wrocław 1927 r. cytat w: Roman Frodyma, “Cmentarze wojenne z I wojny światowej, część 1”, str. 228.
Ludwik ŻEGLEŃ, ur. 05.12.1894 r., ojciec Wojciech, matka Marianna z domu Falisiewicz, najmłodszy z 3 braci zmobilizowanych w 1914 r. do armii austro-węgierskiej. Był szeregowcem w 80 pułku piechoty (IR 80) z Lwowa. Poległ w dniu 02.05.1915 r. w Golance położonej między Rzepiennikiem Marciszewskim a Gromnikiem - 30 km od Biecza. Spoczywa z kolegami z pułku na cmentarzu wojennym nr 147 w mogile zbiorowej nr 54.
Ludwik Żegleń i Leib Strom (niżej) zostali wcieleni do 80 Pułku Piechoty (IR 80) nieprzypadkowo. Okręgiem uzupełnień dla tego pułku były okolice Lwowa, które już pod koniec sierpnia 1914 r. znalazły się pod okupacją rosyjską i dla niektórych powiatów (np. Złoczowa) stan ten utrzymał się do 1917 r. W związku z tym do pułku mobilizowano żołnierzy z innych powiatów galicyjskich, w tym m.in. z krakowskiego, bocheńskiego oraz gorlickiego, a tym samym i z Biecza.
Na początku kwietnia 1915 r. wprost ze stoków karpackich pułk został przerzucony w okolice Wojnicza, a potem relokowany nad rzekę Białą pod Gromnikiem. Ludwik Żegleń tym samym znalazł się niedaleko rodzinnego domu, szykując się do ofensywy gorlickiej, w czasie której zadaniem IR 80 było zdobycie wzgórza Golanka (kota 359).
2 maja 1915 r. do ataku w pierwszej linii został wyznaczony II batalion, a więc i 6 kompania, w której służył Ludwik. Batalionem dowodził kapitana w rezerwie Karl Bienert. Atak został zaplanowany na godzinę 10.00 rano, jednak z powodu opóźnień w działaniu sąsiednich jednostek ostatecznie gwizdki nakazujące szturm rozbrzmiały ok. godziny 11.30. Wzgórze Golanka (podobnie jak strzeszyński Wilczak) było dosyć dobrze umocnione przez armię rosyjską i stanowiło rygiel doliny potoku Rostówka, który wpada do Białej w okolicy miejscowości Zabiele. Podobnie jak Wilczak, wzgórze Golanka zostało poddane silnemu ostrzałowi artleryjskiemu, i tak samo jak w Strzeszynie, tak i tam, podejście pod wzgórze zabrało znacznie więcej czasu, niż samo jego zdobycie:
“Batalion strzelców oraz dwa bataliony 80. pp poruszały się skokami, stopniowo zyskując na terenie. W szczególności strzelcy posuwali się dosyć powoli, ostrzeliwani przez karabiny maszynowe rozlokowane w domach Rzepiennika Marciszewskiego. Mniej uciążliwy był zapewne ogień z Golanki, gdzie znaczna część rowów strzeleckich, piętrowo rozmieszczonych na stoku wzniesienia, została już w czasie porannego przygotowania artyleryjskiego porażona przez haubice z grupy artylerii ppłk. Wernera, a po południu działa tej samej grupy bezpośrednimi trafieniami wyeliminowały z walki dwa stanowiska karabinów maszynowych. Dopiero około godziny 15.00 nacierający przekroczyli drogę i dotarli do Rzepianki.”
Około godziny 17.10 główne siły atakujące wzgórze Golanka, w tym II batalion IR 80, w którym służył Ludwik Żegleń, znalazły się u jej stóp. Żołnierze szturmowali, idąc tuż za wybuchającymi pociskami artylerii austro-węgierskiej i po krótkiej walce ogniowej Golanka została zdobyta - była 17.50. Straty IR 80 wyniosły 189 rannych i 40 zabitych, wśród których znalazł się Ludwik Żegleń.
źródło: Tomasz Woźny, “Austro-węgierska 4. Armia w bitwie pod Gorlicami”, str. 176 - 178
Dowódca II batalionu IR 80 kapitan w rezerwie Karl Bienert poległ 3 lipca 1915 r. Na kilka dni przed śmiercią został odznaczony Wojskowym Krzyżem Zasługi Trzeciej Klasy z dekoracją wojenną
Jan LEŚNIAK, ur. 11.05.1892 r. w Bieczu, ojciec Jan, matka Agnieszka z domu Patla, szeregowiec 20 Pułku Piechoty z Nowego Sącza (IR 20). Zginął w dniu 15.05.1915 r. w bitwie pod Jarosławiem i tam został pochowany. Obecnie nie jest możliwe wskazanie cmentarza, gdzie spoczywa.
Władysław RĘPALSKI/REMPALSKI, ur. 01.09.1893 r. w Bieczu, ojciec Jan, matka Monika z domu Wojnar, szeregowiec 20 Pułku Piechoty z Nowego Sącza (IR 20). Zmarł w dniu 15.05.1915 r. najprawdopodobniej w wyniku walk pod Jarosławiem, na co może wskazywać data śmierci. Obecnie nie jest możliwe określenie cmentarza, gdzie spoczywa.
Jan MLECZAK, urodzony 16.04.1890 r. w Bieczu, syn Franciszka i Marianny z domu Gryga. Był szeregowcem w 20 Pułku Piechoty z Nowego Sącza, 1 kompania polowa. Poległ w walkach pod Jarosławiem w dniu 15.05.1915 r. Obecnie nie jest możliwe określenie cmentarza, gdzie spoczywa.
Jan MOSOŃ, ur. w 1893 r., przynależny do Strzeszyna, szeregowiec landszturmu w 32 Pułku Piechoty Obrony Krajowej z Nowego Sącza (LIR 32). Poległ 20.07.1915 r., data wskazuje na walki pod Sokalem (obecnie Ukraina) i nad Bugiem, faktyczne miejsce zgonu i pochówku nieznane.
Andrzej MALINOWSKI, ur. 19.11.1888 r., ojciec Szczepan, matka Józefa z domu Kwiatkowska, szeregowiec 10 Pułku Piechoty z Przemyśla (IR 10). Wiosną 1915 r. ranny po raz pierwszy, a następnie latem 1915 r. został postrzelony w głowę, zmarł 09.08.1915 r. w Punkcie Sanitarnym 24 Dywizji Piechoty, pochowany w miejscowości Ujbajna, prawdopodobnie chodzi o obecną miejscowość Zbojné na Słowacji. Rzeczywiste miejsce pochówku nieznane.
Antoni WILCZKOWICZ, ur. dnia 15.04.1894 r. w Strzeszynie, ojciec Jan, matka Antonina z domu Szary, szeregowiec w 20 Pułku Piechoty z Nowego Sącza (IR 20). Zmarł w dniu 13.10.1915 r. w mobilnym szpitalu rezerwowym nr 1/3 w wyniku obrażeń wewnętrznych po wybuchu granatu. Pochowany na nowym cmentarzu w Przewłoce, okręg Buczacz (obecnie na Ukrainie). Dokładne miejsce spoczynku nie jest znane.
Józef KULINOWSKI, ur. 12.01.1895 r., w Bieczu, ojciec Piotr, matka Zofia z domu Barańska, szeregowiec landszturmu w 32 Pułku Piechoty Obrony Krajowej z Nowego Sącza (LIR 32). Poległ w okresie pomiędzy 08.06 - 25.06.1916 r., data wskazuje na walki na Wołyniu, faktyczne miejsce zgonu i pochówku nieznane.
Jan MÜLLER, ur. w 18.06.1881 r., w Bieczu, ojciec Augustyn, matka Karolina z domu Paszyńska, szeregowiec 32 Pułku Piechoty Pospolitego Ruszenia z Nowego Sącza (Lst.IR 32). Poległ w dniu 15.06.1916 r., data wskazuje na walki na froncie włoskim, w okolicy miejscowości Monfalcone, faktyczne miejsce zgonu i pochówku nieznane.
Stanisław KULEWICZ, urodzony w 1897 r., przypisany do Strzeszyna. Był szeregowcem landszturmu w czeskim 10 Pułku Piechoty Obrony Krajowej (LIR 10), 13 kompania. Poległ 10.07.1916 r. w walkach nad rzeką Stochód (obecnie Ukraina). Walki te były częścią ofensywy Brusiłowa. 26 Dywizja Piechoty Obrony Krajowej, w szeregach której walczył LIR 10, toczyła walki w okolicy miejscowości Komarów, Okańsk, Jabłonka, Iwanówka, Pawórsk, zakończone ok. 40 km odwrotem. [źródło]
Wg list strat z LIR 10 tego jednego dnia poległo łącznie minimum 80 żołnierzy.
Żołnierze świadomi czekających ich trudów związanych z przewidywanym atakiem kilka dni przed przewidywaną datą pisali do domu list z ostatnim pożegnaniem, umawiali się z kolegami kto komu ile ma oddać i jak przekaże pieniądze do rodziny poległego.
Józef PRZEWOŹNIK, ur. 21.02.1895 r. w Bieczu, syn Pawła i Anny z domu Bożek, szeregowiec landszturmu w 20 Pułku Piechoty z Nowego Sącza (IR 20). Zmarł w dniu 15.07.1916 r. (lub 16.07.1916 r.) w wyniku walk w okolicy wsi Gubin (obecnie: Hubin, obwód wołyński, Ukraina). Nie jest możliwe wskazanie cmentarza, gdzie spoczywa.
Ludwik ŻEGLEŃ, urodzony 18.02.1886 r. w Kwiatonowicach, syn Jana i Wiktorii z domu Wałęga. Szeregowiec landszturmu w 20 Pułku Piechoty z Nowego Sącza, 3 kompania polowa. Poległ 30.07.1916 r. pod Berezówką, Buczacz (obecnie Ukraina) w wyniku wybuchu granatu. Pochowany na polu walki, obecnie nie ma możliwości wskazania tego miejsca.
Jan LIPIŃSKI, ur. 31.03.1898 r. w Bieczu, ojciec Jakub, matka Marianna z domu Ludwin, szeregowiec landszturmu w 20 Pułku Piechoty z Nowego Sącza (IR 20). Prawdopodobnie członek drużyny harcerskiej w Bieczu (drużynowy zapisywał najczęściej same nazwiska) od maja 1913 r. Zmarł w dniu 31.01.1917 r., z uwagi na datę można przypuszczać, że poległ w walkach w Bukowinie, faktyczne miejsce zgonu i pochówku nieznane.
Michał ROMAN, ur. w 1873 r., przynależny do Biecza, szeregowiec 31 Pułku Piechoty Pospolitego Ruszenia z Cieszyna (Lst.IR 31). Poległ w dniu 16.05.1917 r., data wskazuje na front włoski, bitwy nad rzeką Isonzo, faktyczne miejsce zgonu i pochówku nieznane.
Paweł KOSIBA, ur. 14.06.1897 r., ojciec Hilary, matka Marianna z domu Szarłowicz, szeregowiec w 56 Pułku Piechoty z Wadowic. Zmarł dniu 11.06.1917 r. w szpitalu polowym nr 407 w miejscowości Villa Opicina, Triest (obecnie Włochy) w wyniku obrażeń klatki piersiowej powstałych po wybuchy szrapnela. Pochowany na cmentarzu wojskowym w Villa Opicina, po komasacji pochówków obecnie spoczywa na wojskowym cmentarzu austro-węgierskim Prosecco, Włochy.
Jan MLECZAK, urodzony 10.10.1887 r. w Bieczu, na Przedmieściu, syn Władysława i Karoliny z domu Kosiba. Według wspomnień rodzinnych Jan miał zginąć w walkach w Rumunii. Pułk, w którym służył, oraz miejsce pochówku pozostają nieznane.
“(...) O kilkanaście kroków dalej był t. zw. żołnierski grób masowy. Zapewne tam spoczął i „Pazur”. Rzuciłem na grób dużą gałąź sosnową. — Żegnaj, towarzyszu! Już nie grozi ci kryminał, ani raport karny, ani słupek; nie zaznasz głodu, ani pragnienia. Żegnaj! My idziemy w nieznane jutro. Może niedługo się zobaczymy…
Las szumiał wesoło. Korony drzew pławiły się w potokach słońca. Rozśpiewały się ptaki i nic nie przypominało, że wczoraj taka tu była rzeźnia. (...)”
źródło: Stanisław Kawczak, “Milknące echa (wspomnienia z wojny 1914-1920)”, str. 84
Benedykt LIANA, urodzony 31.03.1873 r. w Strzeszynie, syn Kajetana i Balbiny z domu Kulewicz. Był szeregowcem w 20 Pułku Piechoty z Nowego Sącza. W momencie wybuchu wojny miał 41 lat, żonę Marię z Tumidajewiczów i dużą rodzinę. Można sobie tylko wyobrazić, co przeżywała pozostawiona sama sobie żona z kilkorgiem dzieci.
Benedykt Liana poległ w wyniku wybuchu granatu w dniu 20.08.1917 r. w czasie ataku na Selo, powiat Gorycja w Krainie (obecnie Słowenia) i tam pochowany na cmentarzu polowym.
Informacje o poległym do pułkowej księgi zgonów przekazali Jan Bochenek ze Strzeszyna oraz Jędrzej Król z Jankowej. Dzięki ich zeznaniom żona i dzieci mogli otrzymać zasiłek oraz uporządkować sprawy majątkowe i spadkowe. Miejsce pochówku Benedykta Liany jest obecnie nieznane.
Józef LIGNAR, urodzony w 1895 r. w Bieczu, na Przedmieściu.
W 1895 r. urodziło się dwóch chłopców o tym samym imieniu i nazwisku. Jednocześnie w wykazach chorych, rannych, poległych i jeńców wojennych figuruje również dwóch mężczyzn o tych samych danych.
[źródło: serwis Geneteka Polskiego Towarzystwa Genealogicznego]Jeden Józef Lignar był szeregowcem landszturmu w 20 Pułku Piechoty z Nowego Sącza (IR 20), 4 kompania zapasowa. Został wzięty do niewoli przed wrześniem 1916 r. i wywieziony do Omska w Rosji, prawie 4000 km od domu.
Drugi Józef Lignar był również szeregowcem landszturmu w 20 pułku piechoty z Nowego Sącza. W wyniku zatrucia gazem bojowym zmarł 02.09.1917 r. w szpitalu polowym nr 1308 w miejscowości Črni Vrh nad Idirią (obecnie Słowenia) i tam został pochowany na cmentarzu wojskowym w mogile nr 123.
Na potrzeby szpitala zajęto budynek szkoły, jedno piętro w domu Filipa Rudolfa oraz remizę strażacką, a wszystkie większe domy we wsi musiały udostępnić swoje parterowe pomieszczenia. Ponadto dla rannych zbudowano kilka baraków. Podczas dużych ofensyw rannych było tak wielu, że musiano ich umieszczać w kościele. Pierwszy cmentarz powstał obok istniejącego cmentarza cywilnego, gdzie pochowano około 70 żołnierzy, którzy zmarli w szpitalu. Drugi cmentarz znajdował się przy drodze do Godoviča, na który pani Ivana Rudolf oddała część swojego pola. 29 maja 1917 r. żydowski żołnierz, Julius Kohn, został przypadkowo pochowany w katolickiej części cmentarza. Zgodnie z ówczesną teologią katolicką stanowiło to profanację cmentarza. Ksiądz zażądał, aby jego ciało natychmiast wykopano i przeniesiono do niepoświęconej części cmentarza, co nastąpiło 2 listopada 1917 r.
Podczas budowy ossuarium wojskowego Oslavje (wł. Oslavia) szczątki żołnierzy włoskich zostały ekshumowane z cmentarza wojskowego w Ajdovščinie, a na ich miejsce przeniesiono szczątki żołnierzy austriackich z miejscowości Črni Vrh.
Z tego powodu Józef został pochowany w grobie nr 19, rząd 6, pole 9 cmentarza wojskowego w Ajdovščinie. Głównym problemem jest to, że po II wojnie światowej dziedzictwo I wojny światowej zostało zaniedbane i nikt nie dbał o cmentarze wojskowe (podobnie jak w większości Europy Wschodniej), z tego powodu na początku lat 80-tych 20 w. władze postanowiły przekształcić cmentarz wojskowy w park pamięci.
[źródło: Fundacija Poti miru v Posočju, ang.: Walk of Peace Foundation in the Upper Soča Region & Kriegsarchiv Wien]
W najbardziej wysuniętej na północ części cmentarza wojskowego w Ajdovščinie powiększono cmentarz cywilny, a po stronie południowo-zachodniej zbudowano kaplicę. Pozostała część cmentarza wojskowego jest dziś pokryta trawą i nie widać tam żadnych grobów. Znajduje się tam jedynie kilkanaście filarów symbolicznie rozmieszczonych w całym „parku”, z utwardzoną ścieżką przebiegającą przez środek i centralnym pomnikiem. Józef został pochowany w najbardziej północnej części cmentarza wojskowego, a nad nim obecnie znajdują się nowe pochówki cywilne.
Informacje uzyskałam dzięki uprzejmości fundacji Fundacija Poti miru v Posočju (Walk of Peace Foundation in the Upper Soča Region).
Dwóch młodych ludzi o tych samych danych osobowych i dwóch żołnierzy, z których jeden trafia do niewoli, a drugi umiera w wyniku śmiertelnych obrażeń. Czy tego wszystkiego doświadczył jeden człowiek, najpierw przeżył niewolę, by zginąć gdzieś w Słowenii. Czy może było to dwóch różnych chłopaków z Przedmieścia? Na to pytanie mogłyby odpowiedzieć tylko rodziny, o ile przez pokolenia przetrwała pamięć o przodkach.
Jan WAŁĘGA, ur. w 1898 r., przypisany do Kwiatonowic. Był szeregowcem w 32 Pułku Piechoty Pospolitego Ruszenia z Nowego Sącza (LstIR 32), 2 kompania. Poległ w dniu 19.10.1917 r., data wskazuje na front włoski, bitwy nad rzeką Isonzo, gdzie pułk wykrwawiał się przez wiele miesięcy w walkach pozycyjnych na wzgórzach otaczających dolinę rzeki.
Franciszek PRUCHNIEWICZ, ur. 25.09.1898 r. w Bieczu, ojciec Antoni, matka Apolonia z domu Majewska, szeregowiec 32 Pułku Piechoty Pospolitego Ruszenia z Nowego Sącza (LstIR 32). Poległ w dniu 29.01.1918 r., data wskazuje na front włoski, bitwy nad rzeką Isonzo, być może okolice miasta Vicenza, faktyczne miejsce zgonu i pochówku nieznane.
“Kochana Wichciu. Nie pisałem kilka dni do Ciebie, bo nie mogłem, ale i od Ciebie przez te dni nie miałem żadnego listu. A więc Cię proszę, jak ten list odbierzesz, żebyś mi zaraz odpisała, co słychać w domu. Czyś już siano przywiozła, czy będą wnet żniwa, jaki czas- czy pogoda, czy deszcz, bo tu jest czas piękny, pogodny, tylko gorąco dokucza.
Ale Bogu dzięki za wszystko, a osobliwie za to, że żyję do tego czasu, bo się tak zdawało, że już nie będę do Ciebie pisał, ale Pan Bóg dobry, że mi jeszcze pozwolił żyć i że mogę do Ciebie jeszcze pisać, bo po prostu można powiedzieć, że się cuda dzieją. Człowiek w takim gradzie kul i granatów chodzi, ale na kogo Pan Bóg ześle śmierć, to trudno. Ale Boże zmiłuj się. Daj, żeby się ta wojna skończyła, żeby my się jeszcze mogli zobaczyć.
Najmilsza Żono. Proś Pana Jezusa za mną, tej Matki Najświętszej. Nie upadaj na duchu, nie przestaj się modlić, a może mi Pan Bóg da wszystko wytrzymać i do domu się wrócić.
Najmilsza Wichciu. Serce moje drogie. Teraz Ci donoszę, żem jedną kartkę od Ciebie otrzymał, tę, coś pisała dwudziestego ósmego, za którą Ci serdecznie dziękuję. I cieszy mnie to bardzo, żeś zdrowa i dzieci. A proszę Cię, napisz mi, ile Baniak wziął od kosiarki i czyś już przywiozła to siano, ile go było i kto Ci to drugie siano kosił, jakeś zrobiła z tymi pieniędzmi, coś miała dać przy koszeniu, od kogoś wzięła i co tam jest ciekawego, to mi napisz, bo ja, to nie mam co pisać. Wiesz dobrze, jak jest, a gospodarki tu nie mam nijakiej, tylko tornistrę i gwer, to cóż Ci będę opisywał. A jeszcze Cię proszę, jak się ujrzysz z Grocholską, to się jej spytaj, czy jej chłop pisze do domu, bo się nie mogę o nim dowiedzieć: czy tu jest, gdzie był, czy ranny, bo my nie są blisko siebie. I czy Wolnik pisze do domu.
Więcej Ci nie mam co pisać, tylko Cię pozdrawiam z całego serca wraz z dziećmi i polecam Was Bogu w opiekę. Niech Was broni od wszystkiego złego. Żyjcie zdrowo i wesoło, ażeby i mnie Pan Bóg jeszcze pozwolił żyć, żebym mógł do Was pisać i choć wkiedy do domu się powrócić. Żegnam Was i całuję, bywajcie zdrowi aż do miłego zobaczenia się z Wami, czego nam daj doczekać Boże.
Kochający Was na zawsze Józef Kądziołka
Pozdrawiam Maryśkę i wszystkich krewnych i znajomych.
Proszę, odpisz mi zaraz.“
źródło: List Józefa Kądziołki do żony Wiktorii. Józef był żołnierzem LstIR 32 i spędził wiele miesięcy na froncie nad rzeką Soczą, gdzie zginął w maju 1917 r., “Bo wiesz jaka straszna droga przede mną. Listy z Wielkiej Wojny”, Danuta Kądziołka, str. 101
Paweł KOBIS, ur. w 1898 r., przynależny do Kwiatonowic. Był kanonierem w 148 Pułku Artylerii Polowej (FAR 148), 5 bateria. Poległ w dniu 09.12.1917 r. w okolicy San Dona di Piave we Włoszech.
Przyczyny zgonu nie podano, jednak można sądzić, że powodem był ostrzał przeciwnika. Wg wpisu do księgi zgonów został pochowany w miejscowości Calnova w odległości ok. 17 km od miejsca zgonu. Dzisiaj trudno powiedzieć, czy rzeczywiście ciało było transportowane tak daleko w celu pochówku. Nie jest obecnie możliwe wskazanie cmentarza, gdzie spoczywa.
Jednostka, do której przydzielono Pawła Kobisa została utworzona w 1916 r. i początkowo był to Rezerwowy Pułk Haubic Polowych nr 48 (RFHR nr 48). W listopadzie 1917 r. pułk wchodził w skład 48 Dywizji Piechoty i walczył w ramach 1 Armii Isonzo. Operował nad rzeką Piave na odcinku od San Dona di Piave do Salgareda/Ponte di Piave. [źródło]
W połowie listopada 1917 r. 48 DP wzięła udział w bitwie o przyczółek Zenson. W czerwcu 1918 r. dokonano reorganizacji pułku i pod nową nazwą (FAR 148) funkcjonował do końca wojny. [źródło]
Łącznie z Biecza zidentyfikowałam 3 żołnierzy, którzy służyli w artylerii. Oprócz Pawła Kobisa byli to:
Michał PILCH, ur. w dniu 18.09.1888 r. w Bieczu, syn Jana i Katarzyny z domu Ludwin. Był kanonierem w 5 Pułku Haubic Polowych (FHR5). Przed wrześniem 1916 r. został ranny.
Jan KOBISZ/KOBIS, ur. w 1891 r., przypisany do Strzeszyna. Służył jako kanonier w 3 Pułku Armat Polowych (FKR 3), 2 bateria. Przed lutym 1915 r. chorował i przebywał w szpitalu rezerwowym nr 3 w Wiedniu. Następnie przed listopadem 1916 r. był ranny, ale tym razem jako kanonier w 5 Pułku Armat Polowych (FKR 5), 2 bateria.
"(...) Dnia 14/11 1916. Na Włoskiem Froncie.
Gdyśmy wywagonowali w Sazane, przenocowali my na polu, a na drugi dzień my zajechali do sztelunku w miejscowości Sioło. Zimno było i mróz gdyśmy przyjechali w nocy postawili my celty i reszta nocy my przespali. Pierwszą pracą było stawianie koło giesiców ściany z kamieni, potem zaczeli my stawiać dekunki, ale nie mieli my materyału na pokrycie. Niczem my byli gotowi, był zaś deszcz i jeden dzień śnieg. Zmokli my i pomarzli. Nareszczie ukradli deszczki, przykryli dekuny i tam my sie ulokowali jeden na drugiem w błocie. Jednak było choć cokolwiek, po nie jakiem czasie ukończyli my 5 dekunków to jest jeden dla kanoniera, drugiem był fajerwerker Jungwiert, zugf. Wagner, kapral Szpet, w drugiem oficerowie, w trzeciem telefoniści, a w 5-tem zgf. Kopecki, kapr.[ral] Korbeć, vorm. Klain, vorm. Zemam, vor. Nikodem i ja. Tak my zaczęli zaś stawiać na municej budy z kamieni przykryte deszczkami i papa. Ja i Feliks składali my ściany z kamieni. Do tego czasu nie byli my jeszcze ostrzeliwani od Talianów. Jedynie europlany nasi, a taliańskie często sie atakowali. Droga prowadząca do tego sztelunku widziana, a Talian na nią ciężkiemi [działami] strzelał. Okolica nasza porośnięta krzakami dębowemi i innemi. (...)"
źródło: Sebastian Poszywak, “Mój pamiętnik z wojny światowej, wiersze i opowiadania”, str. 48
Stanisław PAWLAK, przypisany do Klęczan, szeregowiec w 40 Pułku Piechoty z Rzeszowa, poległ w dniu 05.05.1918 r. Biorąc pod uwagę datę zgonu mógł zginąć w walkach na Wołyniu. Obecnie nie jest możliwe wskazanie cmentarza, gdzie spoczywa.
Jan WĘDRYCHOWICZ, ur. w 1888 r., przynależny do Biecza, szeregowiec landszturmu w 20 Pułku Piechoty z Nowego Sącza (IR 20). Poległ dniu 06.06.1918 r., prawdopodobnie na froncie włoskim, nad rzeką Piave. Nie jest możliwe wskazanie cmentarza, gdzie spoczywa.
Stanisław JODŁOWSKI, ur. 06.05.1896, syn Tomasza i Rozalii z domu Chachoł. Był szeregowcem landszturmu w 20 Pułku Piechoty z Nowego Sącza (IR 20), 7 kompania. Poległ - podobnie jak Jan Wędrychowicz - dniu 06.06.1918 r., prawdopodobnie na froncie włoskim, nad rzeką Piave. Nie jest możliwe wskazanie cmentarza, gdzie spoczywa.
Antoni KOZA, ur. w 1898 r., przynależny do Biecza, szeregowiec 57 Pułku Piechoty z Tarnowa (IR 57). Poległ w dniu 17.06.1918 r. prawdopodobnie na froncie włoskim, nad rzeką Piave. Nie jest możliwe wskazanie cmentarza, gdzie spoczywa.
Józef SZARY, ur. 27.01.1894 r., ojciec Adolf, matka Marianna z domu Pyznar, szeregowiec landszturmu w 12 Batalionie Szturmowym (SturmB. 12 - k.u.k Sturmtruppen). Poległ w dniu 17.06.1918 r., faktyczne miejsce zgonu i pochówku nieznane, z uwagi na datę można przypuszczać, że było to na froncie włoskim.
Leib STROM, ur. 20.04.1899 r. w Bieczu, ojciec Hirsch Friedmann, matka Rachela Strom, ze względu na wyłącznie religijny ślub rodziców w świetle prawa cywilnego nosił nazwisko matki, szeregowiec 80 Pułku piechoty z Lwowa (IR 80), sekcja łączności. Poległ w dniu 05.07.1918 r., faktyczne miejsce zgonu i pochówku nieznane, z uwagi na datę można przypuszczać, że było to na froncie włoskim.
Żołnierze nie umierali wyłącznie z powodu obrażeń odniesionych na polu bitwy. Równie często przyczyną zgonu były choroby, przede wszystkim zakaźne (tyfus, czerwonka, cholera), różnego rodzaju zapalenia, najczęściej płuc, ale też gruźlica. W późniejszym czasie żołnierzy dziesiątkowała hiszpanka (wysoko zakaźna grypa). Osłabione, przemęczone i niedożywione organizmy były łatwym łupem mikrobów.
“Życie naszo tu jest nieszczęśliwe. Głód nam dokucza, ta młynarz i ten chleb co go dostajemy za mało dla nas, żołądek nie zadowolniony i czujemy wieczny głód. Kurzyć też nieraz nie ma co, niekiedy sie dostanie większy kurzacz, potrzebował by dziesięć razy tyle. Niekiedy co 9 albo 10 dni dostajemy po odrobinie, ni na nic jest go, ani pół litry. A praca, praca w tem kamieniu, gdzie kopiemy i stawiamy dekunki jest mozolna i ciężka. Noc spoczynku i spania. Jakie to spanie, gdy człowiek nie może sie rozebrać i spokojnie przespać noc, bo lada chwila musi sie być przygotowanym do ognia. Przy tem niekiedy zimno, co drugi dzień musi stać blisko 2 godzinie na warcie. Te przyjemności i takie życie mi obmierzło, przy tym w nogach czuje reumatyzm, a noga mnie boli. Na Włoski Przymorski Froncie Sebastyan Poszywak”
źródło: Sebastian Poszywak, “Mój pamiętnik z wojny światowej, wiersze i opowiadania”, str. 57
Michał KOZIDRĄG/KAZIDRÓG, urodzony 25.09.1890 w Strzeszynie, syn Józefa i Bronisławy z domu Tumidajewicz. Był szeregowcem w 20 Pułku Piechoty z Nowego Sącza, 10 kompania polowa, (IV batalion), co oznacza, że prawdopodobnie został przydzielony do 11 Brygady Górskiej detaszowanej do Bośni i Hercegowiny.
Podobnie jak wielu jego towarzyszy, zachorował na tyfus, leczył się w Wojskowym Szpitalu Epidemicznym w miejscowości Ruma, powiat Srem, Sławonia (obecnie Wojwodina, Serbia).
Michał zmarł 03.03.1915 r. i prawdopodobnie został pochowany na na cmentarzu szpitalnym, który obecnie nie istnieje.
Zamiast niego, w 1928 roku, na cmentarzu katolickim wzniesiono pomnik ku czci poległych żołnierzy armii austro-węgierskiej i niemieckiej z I wojny światowej.
Nie dotarłam do informacji, czy szczątki żołnierzy zostały ekshumowane i złożone przy pomniku. Obecnie miejsce pochówku Michała Kozidrąga pozostaje nieznane.
Antoni GAZDA, ur. 21.05.1895 r. w Strzeszynie, matka Anna Gazda, szeregowiec w 55 Pułku Piechoty (IR 55) z Lwowa. Pierwsza informacja o tym, że jest chory pojawia się 16.03.1915 r., a już 22.03.1915 r. poinformowano, że został przeniesiony do szpitala w miejscowości Žižkov, gdzie zmarł w dniu 13.04.1915 r. na gruźlicę płuc i krtani. Został pochowany na cmentarzu Olszańskim w Pradze, kwatera X, grób nr 386.
“(...) Jak możesz, tak się rządź i nie trap się o nic. I o dług się nie trap, bo Ci teraz nikt głowy nie urwie, a zresztą nie wiadomo, co się jeszcze z nami wszystkiemi stanie. Może nam niczego nie trza. A choćby nam i trza było, to jak nam da Pan Jezus zdrowie i życie, to będziemy jako radzić. I o mnie się nie trap, tylko proś Boga za mną, żeby się mi pozwolił do domu wrócić, a jeżeli jest taka wola Boża, że mam zginąć, to trudno. Żeby mi tylko Pan Bóg dał szczęśliwą śmierć i żeby długo nie cierpieć, bo już mam dość tej rozkoszy, a jak sobie pomyślę o tej zimie, to aż mnie dreszcze przechodzą. Jeszcze póki w domu nie było nic takiego złego, to jeszcze człowiek był jakiś weselszy i cieszył się choć tą nadzieją, ale teraz tom już bez pamięci i mało mnie obchodzi ten świat. Więcej Ci nie mam co pisać, tylko Cię pozdrawiam wraz z dziećmi i Maryśką i polecam się Waszem modłom. Kończąc to pisanie, oddaję Was Bogu w opiekę, tej Matce Najświętszej. Bywajcie zdrowi, aż do miłego zobaczenia się z Wami, czego nam daj doczekać Boże. Pozdrawiam wszystkich krewnych i znajomych.”
źródło: list Józefa Kądziołki do żony Wiktorii, po śmierci ukochanej córeczki Stasi oraz teściowej, z którą był zżyty, “Bo wiesz jaka straszna droga przede mną. Listy z Wielkiej Wojny”, Danuta Kądziołka, str. 115
Wawrzyniec SKUBEL, urodzony 19.10.1894 r. w Bieczu, syn Jakuba i Apolonii z domu Świerz. Był szeregowcem landszturmu w 20 Pułku Piechoty z Nowego Sącza.
Prawdopodobnie na skutek powikłań po infekcji spowodowanej ranami zachorował na zapalenie opon mózgowych w czasie pobytu na stacji obserwacji chorych. Zmarł 12.05.1915 r. w Zsolnej (obecnie Žilina, Słowacja), gdzie został pochowany na cmentarzu wojskowym w grobie nr 240.
Niestety cmentarz nie przetrwał w pierwotnym założeniu. Szczątki żołnierzy zostały skomasowane w wydzielonej kwaterze, na której umieszczono pamiątkowy obelisk oraz tablice z nazwiskami pochowanych żołnierzy i uratowane krzyże. Nazwisko Wawrzyńca Skubla wymienione jest pod nr 240, mniej więcej w połowie trzeciej kolumny nazwisk licząc od lewej strony.
Wojciech FALISIEWICZ, ur. dnia 15.04.1882 r. w Strzeszynie, ojciec Dominik, matka Elżbieta z domu Jasińska (?), szeregowiec w 18 Pułku Piechoty Obrony Krajowej z Przemyśla (LIR 18). Chorował, jednak dokładna przyczyna zgonu nie jest znana. Zmarł w dniu 12.09.1915 r. w szpitalu polowym nr 2/4 w Łucku (obecnie Ukraina) i tam został pochowany na cmentarzu rzymsko-katolickim, obecnie nieistniejącym.
“(...) Dowiadujemy się od nich, że Moskale zagarnęli Nowy Sącz i że zdobywają Stary Sącz, że kadra 20 p. p. wywiała do Jagerndorfu na Śląsku, że dużo ludzi z naszego czwartego bataljonu w Serbji wyginęło, że tam wojna okrutna, że w szpitalach dla zakaźnych chorzy na czerwonkę przeważnie umierają. A przecież między nami co najmniej 10 procent chorych na czerwonkę; — stwierdza to rzędem wzdłuż szosy ustawiony szereg przykucniętych postaci. Ale mimo przypadłości idą jednak w marszu, bo markirantów jest też sporo, więc dla ostrożności lekarze nie uznawali ich dotąd, aż chłop runął gdzie popadło. Badali potem bieliznę i tylko, jeśli był tam krwawy szlam, posyłali pacjenta do tyłu. (...)”
źródło: Stanisław Kawczak, “Milknące echa (wspomnienia z wojny 1914-1920)”, str. 70
Jan WÓJCIKIEWICZ, urodzony 13.06.1896 r. w Bieczu, syn Antoniego i Marianny z domu Bochnia. Był szeregowcem landszturmu w 20 Pułku Piechoty z Nowego Sącza. Zmarł 06.03.1917 r. z powodu zapalenia płuc w szpitalu rezerwowym w Tarnowie.
[fot. Dominik Topolski]Został pochowany na cmentarzu nr 200, przy ul. Łukasiewicza w Tarnowie. Spoczywa w mogile nr 225.
Wojciech RÓŻ, urodzony 24.03.1874 r. w Bieczu, syn Norberta i Anny z domu Strugała. Był szeregowcem landszturmu w 20 Pułku Piechoty z Nowego Sącza. Zmarł z powodu przeziębienia (może grypy) w 03.10.1917 r. w Gliniku Mariampolskim i został pochowany na cmentarzu w Gorlicach.
Na tej podstawie trudno stwierdzić, czy został odesłany chory do domu, czy też rozchorował się przebywając na urlopie.
“(...) A proszę Cię jeszcze, żeby Marysia do mnie napisała, bo mi zawsze piszesz, że się dobrze uczy, ale ona nie daje po sobie żadnego znaku. A inne dzieci, co wraz zaczęły do szkoły chodzić, to już piszą do ojców po parę słów. I napisz mi, czy Józuś będzie wnet chodził i czy Julcia wie jeszcze co o mnie, bo Magdusia, to musi wiedzieć, bo przecież starsza. (...)”
źródło: list Józefa Kądziołki do żony Wiktorii, w którym wymienia swoje dzieci, w tym Józia, którego jeszcze nie widział, “Bo wiesz jaka straszna droga przede mną. Listy z Wielkiej Wojny”, Danuta Kądziołka, str. 125
Franciszek SOWIŃSKI, ur. 13.07.1873 r. w Strzeszynie, syn Wincentego i Pelagii z domu Rybowicz, najmłodszy z czworga rodzeństwa. W dniu 29.09.1912 r. ożenił się z Katarzyną Firszt, z którą miał dwóch synów: Piotra i Józefa.
Do wojska został wezwany w 1917 r. i jako szeregowiec skierowany do jednostki Landsturm Infanterie Regiment nr 158 (LstIR158). Trudy wojenne bardzo źle wpłynęły na jego zdrowie. Zmarł 13.03.1918 r. w szpitalu w Berat (obecnie Albania) z powodu wyczerpania organizmu. Został pochowany na ówczesnym cmentarzu wojskowym w Berat dnia 14 marca 1918 r. - w tym samym dniu urodził się jego młodszy syn Józef. O śmierci męża i ojca rodzina dowiedziała się późną jesienią 1918 r. na podstawie zawiadomienia otrzymanego z Dowództwa Wojskowego w Krakowie. Jedynie starszy syn Piotr miał szansę zapamiętać ojca, młodszy Józef nigdy go nie poznał.
Z pamiętnika Wincentego Zajdy z Makowa Podhalańskiego, który w kwietniu 1917 r. wyruszył na front bałkański podróżując w bydlęcych wagonach:
"(...) Podczas dnia obserwujemy bośniacki kraj. Ładne górzyste okolice, ale pola leżą ścierniskiem. Nowoczesna kultura rolna jeszcze tu nie trafiła. W wioskach i miasteczkach widzimy tureckie wieże meczetów, ale są również kościoły ortodoksyjne. Tureckie kobiety z zakrytymi twarzami orzą ziemię wołami. Gdy nas zobaczą, odwracają się i rzucają na ziemię. Po przejeździe pociągu wstają i pracują dalej. Mężczyźni siedzą koło domów, nic nie robiąc. (...)"
Podróż pociągiem kończyła się w pewnym momencie i dalej żołnierze przemierzali kolejne kraje na własnych nogach: szli przez Dalmację, Czarnogórę, aż do Albanii i wprost na wybrzeże.
"(...) Po jakimś czasie porucznik wrócił z wiadomością, że ani kolacji, ani kwatery nie ma nigdzie dla nas. Rozpaczliwa chwila, bo ani trawnika nie było. Czy mamy się na drodze pokłaść? Co było robić. Udaliśmy się w końcu na turecki cmentarz i rozbiliśmy się szybko, szukając jakiegoś wygodnego miejsca. Pokładaliśmy się na grobach i pomiędzy nimi, zasypiając od razu. Była taka cisza, jakby rzeczywiście tylko umarli tu spoczywali. Ja jednak zasnąć nie bardzo mogłem z powodu cuchnącego powietrza. (...)”
[źródło: Paweł Pełka, Marsz, głód i granaty. Pamiętnik z czasów I wojny światowej, Tygodnik Podhalański online z 02.04.2026 r.]
Za Uralem
Zima w okopach, a szczególnie w Beskidach i Karpatach doprowadzała do zwiększonej śmiertelności wśród żołnierzy. Do tego zakazywano palenia ognisk, żeby nie dopuścić do odkrycia stanowisk na linii frontu. Surowe warunki zimowe powodowały, że żołnierze stawali przed wyborem: zginąć od kul czy umrzeć z zimna. Często woleli podjąć ryzyko śmierci od kuli i mimo wszystko się ogrzać. Marii Kromkayowej wydawało się, że niewola zwiększała szansę na przeżycie:
“16.03.1915 (...) Południem przeprowadzono znowu w plen naszego żołnierza. Szło ich dużo: 111. Za okazane współczucie Kozacy pokazują nachajki. Ale tym razem całą uwagę zwróciły mi zniszczone i powalane płaszcze z błotem na plecach. Widocznie ogarnięto ich w dekunkach. Kilku z nich było rannych i zawiązanych. Jedni mieli głowy obandażowane, inni ręce. Ludzie na ich widok z żalu płakali. Droga pełna wyboi tak, że potworzyły się góry i doliny napełnione wodą. Ci biedni idą.”
i dalej
“17.04.1915 Sobota. Pogoda. Słyszymy armaty bardzo daleko. Prowadzono naszych do plenu dwa razy. (...) Do drugiej partii ja wyszłam, bo widziałam ich z daleka i miałam czas wrócić się po papierosy ... Idący do plenu może unikną wczesnej mogiły i zachowają swoje młode życie, mimo to zawsze widok nam swoich w plenie daje wrażenie przygnębiające. Nic nie rozmawiałam. Rozdałam papierosy po polsku, po czesku, jeden po niemiecku. Wyciągnięte ręce były czarne od naboi, czy też trzymania karabinów - nie wiem.”
Jan BRACH, ur. 09.05.1886 w Kwiatonowicach, syn Wawrzyńca i Agaty z domu Galiszewskiej. Był szeregowcem w 9 Pułku Piechoty z Jarosławia (IR 9), 2 kompania. Dostał się do niewoli rosyjskiej, w której zmarł 31.03.1915 r. w czasie pobytu w szpitalu ewakuacyjnym nr 13 w Moskwie. Przyczyna zgonu oraz miejsce pochówku nie jest znane.
Jan BUGNO, ur. w 1890, przynależny do Kwiatonowic. Był rezerwowym szeregowcem zapasowym w 20 Pułku Piechoty z Nowego Sącza (IR 20). Dostał się do niewoli rosyjskiej, w której zmarł 27.10.1915 r. najprawdopodobniej na zapalenie jelit. Został pochowany w Omsku na Syberii, w Rosji, 4000 km od domu.
Władysław GAZDA, ur. 19.06.1885 r., ojciec Jan, matka Zofia z domu Liana, trębacz w 20 Pułku Piechoty z Nowego Sącza (IR 20). Dostał się do niewoli i tam zmarł przed kwietniem 1917 r. Nie jest możliwe wskazanie cmentarza, gdzie spoczywa.
“List od jeńca z Moskwy,
Moskwa, 23 marca 1915.
Szanowna Redakcjo! Niech będzie pochwalony Jezus [Chrystus]. Donoszę Szanownej Redakcji, że zostałem zabrany do niewoli w Karpatach, już dochodzi drugi miesiąc, t. j. 3 lutego. Ze mną zostali zabrani też moi koledzy z Binarowy: Błażej Roman, prenumerator „Piasta”, Jan Michalec (mł.) i Jan Rutana, ale gdzie tamci teraz są, nie wiem. Obecnie jestem w Moskwie. W szpitalu przychodzę powoli do zdrowia. Kiedy stąd wyjdę i gdzie odjadę, nie wiem; pewnie dalej na północ, jako i wszyscy jeńcy. Taki los wypadł nam, dzisiaj tu, jutro tam — ale trudno; może się kiedy czasy odmienią. Nastanie spokój, to się i do domu wróci razem z innymi. Po szpitalach, gdzie są jeńcy austryaccy, chorzy lub ranieni, mają obsługę lekarską tak jak i u nas. Wikt też porządny. Jeśli kto chory na żołądek, to trudno, to się musi zastosować do przepisu doktora. Czystość wszędzie. Zima za to jeszcze tu panuje; śnieg wielki i mrozy, choć słońce podchodzi wysoko do góry i grzeje, to śnieg stary nie boi się ciepła i leży dalej. Spotyka się tutaj wielu Polaków z Poznania i Galicji, a najwięcej Królewiaków. A już jak się dowie, żeś ty stąd, a ty stąd, to już nie brakuje tematu do rozmowy. Teraz smutno mi, że nie mogę się dowiedzieć o moich rodzicach, czy żyją, a list nie dojdzie, bo nie ma poczty ani naszej, ani rosyjskiej. Ja jestem z powiatu Gorlice, wieś Binarowa, poczta Biecz. Teraz zasyłam serdeczne pozdrowienie Szanownej Redakcji i wszystkim czytelnikom „Piasta" życzę wszystkim Wesołych Świąt Wielkanocnych i lepszej przyszłości. Stary czytelnik „Piasta" Bronisław Michalec, I. Reg. 40, 3 komp.”
źródło: Piast, 18.04.1915, nr 16
Z Biecza z Przedmieściem, Strzeszyna, Korczyny, Klęczan i Kwiatonowic zidentyfikowałam łącznie 56 mężczyzn, których odnotowano na listach strat, jako jeńców wojennych. Co do 3 poinformowano, że zmarli w ówczesnej Rosji. Trudno powiedzieć, czy pozostali mogli i chcieli wrócić. Co do 17 osób listy nie podają miejsca zsyłki. Wśród pozostałych najdalej został wywieziony Józef Kwiatkowski, który przebywał w obozie niedaleko Morza Japońskiego, w Kraju Nadmorskim, w miejscowości Rasdolnoje oddalonej od Biecza o ok. 10 000 km. Żołnierze byli wysyłani najczęściej do miast Syberii Zachodniej: Omska, w okolice Tobolska i Tomska - do ok. 5000 km od Biecza.
Do niewoli trafił także trzeci z braci Żegleniów, Antoni. Urodził się 23.04.1889 r., był najstarszy z synów Wojciecha i Marianny z domu Falisiewicz.
[źródło: serwis Geneteka Polskiego Towarzystwa Genealogicznego]Antoni był kapralem w 32 Pułku Piechoty Obrony Krajowej z Nowego Sącza (LIR 32). Przed kwietniem 1915 r. trafił do niewoli rosyjskiej i został wywieziony do Tomska - ok. 4000 km od domu rodzinnego.
Wszyscy trzej bracia: Antoni, Paweł i Ludwik zostali zmobilizowani w 1914 r. jeszcze przed okupacją rosyjską w Bieczu - być może nawet w sierpniu 1914 r. W 1915 r. rodzice dowiedzieli się, że dwóch chłopców poległo, a najstarszy Antoni wylądował na Syberii i nie wiadomo, czy kiedykolwiek wróci. W domu zostały dziewczynki i dwóch kilkuletnich braci, Franek i Staszek.
Ludwik spoczywa niedaleko od Biecza, na wzgórzu Golanka, być może rodzina miała szansę odwiedzić jego mogiłę. Paweł przepadł w Karpatach, na wzgórzach nad Łupkowem, pod znakiem zapytania pozostaje czy jego ciało było w ogóle pogrzebane, czy zginął gdzieś w zaspach śnieżnych i wykrotach.
Nie dotarłam do informacji, czy Antoni przeżył niewolę i wrócił do domu. A wcale nie było to takie pewne, mimo nadziei, jaką w dzienniku wyrażała Maria Kromkayowa, pisząc o żołnierzach idących do "plenu".
Początkowo jeńcy na Syberii nie mieli konkretnych obowiązków. W stosunku do ich liczby tylko niewielu miało szansę na płatne zatrudnienie:
“Jednakże za Uralem Rosjanie nie byli w stanie zapewnić jeńcom nawet przysłowiowego dachu nad głową. Niedobór środków finansowych na rozbudowę sieci obozowej i wymuszone tą okolicznością rozmieszczenie jeńców w adaptowanych naprędce zabudowaniach miejskich w niedługim czasie nieomal nie wywołały katastrofy humanitarnej. (...) Zgromadzeni w Omsku w dniach 11-13 kwietnia 1915 r. delegaci na I Zjeździe Zachodniosyberyjskich Miast zarekomendowali ich władzom zaangażowanie jeńców do robót publicznych. Pomysł ten poparli syberyjscy lekarze, którzy wierzyli, że aktywność fizyczna poprawi stan zdrowia pozostających w bezczynności rzesz jenieckich, a tym samym w sposób naturalny zapobiegnie rozprzestrzenianiu się chorób zakaźnych. Już latem 1915 r. kilka miast zorganizowało roboty publiczne dla jeńców wojennych. Na przykład w Pietropawłowsku więźniów wysłano do warsztatów stolarskich i metalowych. Niestety, nie dla wszystkich znaleziono zatrudnienie. W Kurganie pracować mogło zaledwie 600 spośród 7000 jeńców. W tej sytuacji sami musieli najczęściej wykazać się inwencją w wyszukiwaniu zajęcia dla siebie. Tak było w przypadku grupy kilkudziesięciu austro-węgierskich jeńców posiadających wykształcenie muzyczne, z których inicjatywy w Omsku powstała orkiestra jeniecka. Inni angażowali się jako wolontariusze do pracy na rzecz Czerwonego Krzyża. W tymże Omsku magistrat zatrudnił kilkuset jeńców do utrzymywania w czystości miejskich ulic i placów. Miejscowi rzemieślnicy z kolei przyjęli ok. 1 000 żołnierzy austro-węgierskich do pracy we własnych warsztatach. W sezonie letnim kilkudziesięciotysięczna grupa jeńców znalazła zatrudnienie w gospodarstwach chłopskich przy pracach rolniczych. Według danych opublikowanych tuż przed wybuchem rewolucji lutowej np. na terenie guberni tobolskiej na ogólną liczbę 26 000 jeńców na stałe zatrudnionych w gospodarstwach rolnych było 10 800 z nich. Prawdziwy przełom, jeśli chodzi o pracę przetrzymywanych w niewoli, dokonał się pod koniec 1915 r., gdy władze wojskowe zgodziły się na organizowanie przez jeńców warsztatów obozowych. W jednym z nich w Omsku powstawały np. cenione w tej części Rosji wyroby z bursztynu, wykonywane przez jeńców węgierskich.”
źródło: Adam Miodowski, “Jeńcy austro-węgierscy w niewoli rosyjskiej w okresie przedrewolucyjnym (sierpień 1914 – luty 1917)”
Czytając powyższe może się wydawać, że niewola nie była taka straszna. Nic bardziej mylnego. Wszystko zależało od tego, gdzie się trafiło. Z danych cenzury austriackiej wynika, że w 1915 r. jeńcy z Galicji pracowali przy budowie kolei w guberniach: tomskiej, orenburskiej, permskiej, jekaterynosławskiej, irkuckiej i w obwodzie semipałatyńskim.
Jadwiga Dziubińska, w tym okresie działaczka Polskiego Towarzystwa Pomocy Ofiarom Wojny, opisując warunki panujące na budowie kolei w guberni ołonieckiej, stwierdzała:
“(...) na całej linii rozrzucone są baraki dla jeńców. Są to po prostu piwnice brudne, ciemne, ciasne, pełne robactwa, za łóżka służą nagie nary, bez odrobiny słomy. Zimą w nich mróz nie do zniesienia, a jedyne okrycie to podarty szynel, częstokroć mokry od śniegu po całodziennej pracy […]. Pracowano tam przy 40°-stopniowym mrozie w letnich ubraniach; każdy dzień przynosił nowe ofiary zmarzniętych lub z odmrożonymi kończynami, z gangreną i śmierć w strasznych męczarniach. Po całym dniu pracy spano na gołych narach, z których nazajutrz z rana podnoszono chorych nahajkami; z głodu, mrozu i wskutek wycieńczenia umierało codziennie po kilkudziesięciu; w dodatku znęcano się nad nimi w nieludzki sposób. (...)”
źródło: cytat w: “Jeńcy wojenni, uchodźcy, zakładnicy i deportowani z Galicji w latach I wojny światowej na terenie Imperium Rosyjskiego”, Jerzy Pająk
Straszną sytuację jeńców w niewoli rosyjskiej odzwierciedlały listy pisane przez nich do domów rodzinnych. Józef Depatko tak pisał z miejscowości Bizna w Rosji do swojej żony Jadwigi w Łękawicy:
„(...) Moje samopoczucie jest bardzo smętne, traktują naszą pracę jak pracę koni na robotach w polu, a ponadto biją nas knutami tak okropnie, że uderzenia rozrywają mięso. Nasze jedyne pożywienie to kasza i czarny chleb, chodzimy prawie nadzy, a dookoła nie ma nic, tylko góry, lasy i woda. Pracujemy na wybrzeżu Morza Białego, mój Boże, to jest prawdziwe piekło, najgłębsze odmęty piekła. To, co u nas w domu mówi się o piekle, jest jeszcze niczym w porównaniu, z tym, co się tutaj dzieje. Ponadto, dręczy nas jeszcze straszliwy szkorbut. Wyganiają do pracy ludzi na kulach, a kto się opiera, dostaje codziennie 1 funt czarnego chleba i 15 batów knutem zakończonym kulką z ołowiu. Taki jest nasz los (...)”.
źródło: cytat w: “Jeńcy wojenni, uchodźcy, zakładnicy i deportowani z Galicji w latach I wojny światowej na terenie Imperium Rosyjskiego”, Jerzy Pająk
Jeńcy z Galicji byli zatrudniani nie tylko przy budowie dróg transportowych. Wg danych z 1915 r. przedstawionych przez zespół cenzury austriackiej pracowali także w:
- kopalniach węgla,
- kopalniach rudy żelaza,
- fabrykach przemysłu metalowego i hutach,
- cukrowniach,
- tartakach, cegielniach, olejarniach, fabrykach obuwia, garbarniach.
Jak już wspomniałam w nieco lepszej sytuacji znaleźli się ci jeńcy, którzy pracowali w rzemiośle, handlu oraz w rolnictwie. Niektórzy jeńcy znaleźli zatrudnienie przy budowie samych obozów jenieckich.
[źródło]Zdarzały się także sytuacje, w których jeniec od samego początku trafiał na zamożnego pracodawcę, lub miał pożądany fach w ręku. Dzięki temu okres niewoli spędzał wygodnie, częstokroć odkładając spore oszczędności. Wielu jeńców podejmowało także decyzję o ożenku w Rosji i pozostaniu na stałe. Czasami wiązało się to z popełnieniem bigamii.
źródło: Jerzy Pająk, “Jeńcy wojenni, uchodźcy, zakładnicy i deportowani z Galicji w latach I wojny światowej na terenie Imperium Rosyjskiego”
Miejsce, z którego jeńcy często uciekali, był rejon budowy Kolei Murmańskiej. Powody były dwa: bliskość granicy ze Szwecją oraz niezwykle ciężkie warunki, szczególnie klimatyczne.
“(...) Jeńcom wojennym pracującym przy budowie linii kolejowej nie zapewniono odpowiednich warunków do życia. Z 10 tysięcy słowiańskich jeńców z armii austro węgierskiej, których skierowano w 1915 r. do budowy kolei pozostali na miejscu nieliczni. Niektórzy zmarli, inni zostali ewakuowani z powodu chorób, a reszta czeka na ewakuację. Każdy więzień po przepracowaniu w ciężkich warunkach około roku, czasami nawet mniej zapadł na zdrowiu. Większość zachorowała na szkorbut. (...)”
źródło: Adam Miodowski, “Jeńcy austro-węgierscy w niewoli rosyjskiej w okresie przedrewolucyjnym (sierpień 1914 – luty 1917)”
W meldunku Polskiej Grupy Cenzury z sierpnia 1917 r. próbowano określić śmiertelność jeńców w obozach rosyjskich:
“(...) w guberni ołonieckiej 10 000 zmarłych, 30 000 inwalidów, w Tockoje 9000 zmarłych na 17 000 jeńców wojennych, w Tobolsku śmierć wszystkich 2000 zakwaterowanych w ziemnych barakach jeńców wojennych, pod Orenburg amerykański lekarz stwierdził 50% chorych na suchoty, 40% przypadków utraty wzroku, w Skobelewie przez okres dwóch miesięcy zmarło ponad 3000 ludzi, w Samarkandzie 5050 jeńców wojennych itp., straszliwe położenie jeńców wojennych inwalidów. (...)”
źródło: cytat w: “Jeńcy wojenni, uchodźcy, zakładnicy i deportowani z Galicji w latach I wojny światowej na terenie Imperium Rosyjskiego”, Jerzy Pająk
List jeńca z obozu w Darnicy pod Kijowem:
„(...) Jeśli chodzi o moje samopoczucie, to nie życzę nikomu, aby mu się tak powodziło, jak Austriakom w Rosji. Niezależnie od tego, że nie dają nam pieniędzy, biją nas jak bydło, musimy chodzić boso, stopy zawijamy tylko w szmaty. Oby Bóg się zmiłował… Nikt nie cierpi tak bardzo, jak my, biedni Polacy. Bieda w Rosji jest ogromna, na pewno dużo większa niż u nas. (...)”
źródło: cytat w: “Jeńcy wojenni, uchodźcy, zakładnicy i deportowani z Galicji w latach I wojny światowej na terenie Imperium Rosyjskiego”, Jerzy Pająk
Niektórzy podejmowali ryzyko ucieczki, wybierając różne kierunki. Częstokroć była to wędrówka na zachód, a później w kierunku granicy z Finlandią i Szwecją. Zdarzali się i tacy, którzy podejmowali ryzyko wyprawy na wschód, by przez Chiny i Amerykę dotrzeć do Europy. Nowa Reforma z 22 listopada 1916 r. tak donosiła [źródło]:
“Ucieczka Krakowianina z niewoli rosyjskiej. Dziś przybył do naszej redakcyi p. Stanisław Gerlach. kandydat notaryalny w Krakowie, porucznik rezerwowy 57 pułku piechoty, który, ciężko ranny pod Lublinem we wrześniu 1914 roku, dostał się do niewoli rosyjskiej i zdołał zbiedz z niewoli z początkiem 1916 roku. Po długim szeregu przygód, złączonych z tak ryzykownem i trudnem przedsięwzięciem, porucznik Gerlach przedostał się przez Azyę i Amerykę do Europy i przybył szczęśliwie do Krakowa. P. Gerlach dla poratowania zdrowia udaje się na dłuższy odpoczynek do Zakopanego, gdzie zamierza spisać pamiętnik swoich niezwykłych przygód i przeżyć.”
Rzeczywiście porucznik Stanisław Gerlach spisał swoje przygody w formie żywych pamiętników w dwóch tomach pt. “Z Taszkentu do Krakowa : naokoło świata : pamiętnik ucieczki oficera Polaka z niewoli rosyjskiej”.
Walczące armie organizowały również wymiany jeńców, najczęściej powracali inwalidzi lub ludzie tak chorzy, że nie dożywali rzeczywistego powrotu do domu rodzinnego. Z żołnierzy bieckich w 3 przypadkach odnotowano w księgach, że zostali zwolnieni w wyniku wymiany jeńców. Byli to: Zygmunt Kukulski, Władysław Mazurkiewicz i Dominik Pyznar.
Wybuch rewolucji lutowej w 1917 r. wpłynął na poprawę losów Polaków w obozach jenieckich w Rosji i odczuwalne stało się poluzowanie dotychczasowej kontroli nad zesłańcami. Zakończenie wojny nie oznaczało jednak szybkiego powrotu do Galicji, a potem do Polski. Najłatwiej było można wrócić w okresie od kwietnia do października 1918 r., kiedy to nastąpiło zamknięcie granic przez państwo sowieckie. Powstanie niepodległej Polski jeszcze bardziej skomplikowało całą sytuację. W rezultacie dla wielu jeńców z Galicji powrót był możliwy dopiero w 1921 r. po zakończeniu wojny polsko - bolszewickiej.
Antoni BOCHNIA, ur. w 1873 r., przynależny do Biecza, szeregowiec 32 Pułku Piechoty Pospolitego Ruszenia z Nowego Sącza (Lst.IR 32). Wg informacji z list strat poległ w okresie pomiędzy 19.10 - 23.10.1915 r., data wskazuje na walki na froncie włoskim, w bitwach nad rzeką Isonzo. Informację tej treści przekazano również rodzinie i jakież było zdziwienie żony, kiedy krótko po wojnie Antoni powrócił do domu rodzinnego. Widocznie jednak trudy wojenne wpłynęły na jego zdrowie, bo zmarł w 1930 r. w wieku 57 lat.
Przypadek Antoniego Bochni nie był odosobniony. Pomyłki w nazwiskach, imionach, miejscowościach i datach urodzenia były nagminne. Jedną z takich sytuacji opisano w tygodniku Piast:
“Grób żyjącego żołnierza. Ciekawy wypadek zdarzył się we wsi Verbna w Czechach. Zamożna rodzina Hlavków dowiedziała się w sierpniu, że jej syn, jedynak, poległ na polu walki. Po wielkich trudach udało się Hlavkom sprowadzić zwłoki syna. Urządzono wielki pogrzeb, na grobie postawiono pomnik z odpowiednim napisem. Przed kilku dniami Hlavkowie otrzymali list od owego pochowanego syna, list ze Syberyi, donoszący, że młody Hlavek jest zdrów w niewoli. Co teraz zrobią z grobem i pomnikiem?”
źródło: Piast, 16.05.1915 r., nr 20
Ochotnicy, wcieleni, bezwolni
Podoficer w 20 Pułku Piechoty z Nowego Sącza:
“(...) Wokoło koledzy, niedoli towarzysze. Wszyscy razem czujemy, że bijemy się i giniemy dla jakiejś niepojętej idei habsburskiej, żegnają nas do bitwy, jak bydło na rzeź przeznaczone, a niema w nas dość siły, by przeciwko temu zaprotestować.
Nikt nie podejdzie do nas z cieplejszem słowem, nikt nie skrzepi nas myślą przewodnią, nikt nie wskaże nam celu. O Polsce ani słowa. Owszem mówimy o niej stale, ale tylko w ukryciu, szeptem.
Przy całej świadomości, że bijąc się z Rosją służymy sprawie polskiej - ogarnia nas zwątpienie, w celowość naszych ofiar. Stąd ciężar na duszy. (...)”
źródło: Stanisław Kawczak, “Milknące echa (wspomnienia z wojny 1914-1920)”, str. 36
20 Pułk Piechoty powstał w 1681 r. i nosił oficjalną nazwę: Pułk Piechoty im. Henryka Księcia Prus (Infanterieregiment Heinrich Prinz von Preußen Nr. 20). W nowym Sączu pułk pojawił się w 1818 r. i stacjonował nieprzerwanie do 1939 r. Jeden batalion stale przebywał w mieście, natomiast sztab i pozostałe bataliony były przenoszone pomiędzy różnymi lokalizacjami Austro Węgier. Tuż przed wybuchem 1-szej wojny światowej bataliony I i II IR 20 wraz z kadrą stacjonowały w Krakowie (koszary przy ulicy Rajskiej), III batalion z komendą werbunkową w Nowym Sączu, a IV batalion (kompanie: 13, 14, 15 i 16) detaszowany był do Bośni w miejscowości Bijeljinie i wchodził w skład 11 Brygady Górskiej. W momencie wybuchu wojny IR 20 dowodził pułkownik Stanisław Puchalski, bataliony I, II, III zostały skierowane do walk z armią rosyjską (Kraśnik, Lublin), natomiast batalion IV w ramach swojego przydziału został wysłany najpierw na front serbski, a następnie na front włoski w okolice miasta Gorycja, gdzie nad rzeką Isonzo (Soczą) od maja 1915 r. do jesieni 1917 r. trwały niezwykle krwawe walki pozycyjne. W Galicji pułk brał udział w przełamaniu gorlickim, szturmując wzgórze Pustki, gdzie poniósł ogromną ofiarę. Wielu żołnierzy poległo również na Przedmieściu Bieckim, w walkach o wzgórza nad cegielnią. W samym Bieczu na cmentarzach wojennych zidentyfikowano i pochowano 29 żołnierzy z nowosądeckiego 20 Pułku Piechoty, w tym Michała Fugla z Rożnowic, który zginął właśnie na wzgórzach Przedmieścia.
W pogoni za armią rosyjską pułk przeszedł razem ze swoją 12 dywizją piechoty szlak bojowy w kierunku na Jasło, Krosno, Korczynę i Domaradz, do Jarosławia i dalej przez San w kierunku Galicji Wschodniej. Lwów został zajęty 22 czerwca 1915 r., a sam pułk obsadził okolice Stanisławowa, gdzie stacjonował do lata 1916 r. Następnie brał udział w walkach przeciw ofensywie generała Aleksieja Brusiłowa nad Dniestrem i nad Złotą Lipą (czerwiec/wrzesień 1916 r.). Po przejściu przez Bukowinę i po walkach w Karpatach (czerwiec 1917 r.) IR 20 został przesunięty na front włoski, gdzie wszedł w skład Armii „Isonzo” z grupy armijnej generała Svetozara Boroevića. Tam też finalnie połączył się z IV batalionem. Ostatecznie wraz z całą 12 DP dotarł nad rzekę Piave zajmując pozycje wokół miasta San Donà di Piave w prowincji weneckiej. Ostatnia wielka ofensywa na froncie włoskim miała miejsce pod koniec czerwca 1918 r. Armia austro-węgierska próbowała sforsować rzekę Piave, co przypłaciła krwawymi stratami. Stan 20 Pułku Piechoty stopniał do około 600 żołnierzy przy około 2 tys. zabitych, rannych i wziętych do niewoli. Dowództwo dosłało kompanie uzupełniające i 12 DP rozpoczęła odwrót w kierunku Gorycji i doliny Vipavy w Słowenii. IR 20 w czasie odwrotu miał za zadanie ochraniać tyły dywizji i zabezpieczać wyjście z Włoch, unikając rozbicia i niewoli; osłaniał odwrót dywizji w czasie przepraw przez Livenzę i Tagliamento. Po rozpadzie Austro-Węgier pułk powrócił do Nowego Sącza. Na bazie cesarsko-królewskiego 20. Pułku Piechoty utworzony został w Nowym Sączu 1 grudnia 1918 r. 1. Pułk Strzelców Podhalańskich.
Na prawie 250 zidentyfikowanych Bieczan, 96 służyło w Infanterie Regiment nr 20 z Nowego Sącza (IR 20), z czego 17 poległo na różnych frontach Europy, a jeden zmarł w niewoli
Co ciekawe, trzonem pułku byli górale nowosądeccy i z Podhala, w pułku - wg relacji Stanisława Kawczaka - przeważała gwara góralska.
“(...) Słoma! I któżby pomyślał, że jest taka giętka, sprężysta i miękka. Po licha ludzie używają siatek, materacy, poduszek, Najmilej czuć słomę pod sobą. Chrupie przyjemnie, zwłaszcza gdy jest świeża. (...)”
źródło: Stanisław Kawczak, “Milknące echa (wspomnienia z wojny 1914-1920)”, str. 63
Saper, Pionier dwa bratanki
Z Biecza zidentyfikowałam dwóch żołnierzy, którzy służyli w oddziałach Pionierów i Saperów.
Z terenu Galicji poborowi w większości trafiali do 10 Batalionu Pionierów z Przemyśla (Pionier Bataillon nr 10). Batalion ten został podzielony i jego kompanie znalazły się zarówno w 12 Dywizji Piechoty z Krakowa, jak i w 24 Dywizji Piechoty. Obok Pionierów w ramach X korpusu z Przemyśla funkcjonował także 10 Batalion Saperów.
W książce pt. “Waffen des Weltkrieges” Emo Descovich poświęcił cały rozdział Pionierom i Saperom, często wspominając, że wykonywane przez obie formacje zadania są zbieżne, a oddziały w dużym stopniu zastępowalne. Specjalizacja była ważna, jednak ważniejsza była wiedza inżynieryjna i determinacja.
“(...) Trzy główne rodzaje sił zbrojnych: piechota, artyleria i kawaleria, są właściwymi oddziałami bojowymi. W terenie jednak istnieje szereg zadań, których nie są w stanie wykonać, a przynajmniej nie w całości. Drogi muszą być budowane i naprawiane, pozycje wzmacniane, a przeszkody wroga usuwane. Wszystkie te zadania wymagają specjalnie wyszkolonego personelu, zwanego zbiorczo „oddziałami technicznymi”. Są to Saperzy (budowniczowie umocnień) i Pionierzy (budowniczy dróg).
To oni dosłownie torują drogę armii. Saperzy zajmują się pracami na lądzie, Pionierzy – pracami na wodzie. Budowa fortyfikacji, rozminowywanie, budowa wszelkiego rodzaju dróg, budowa tymczasowych linii kolejowych oraz budowa awaryjnych i półtrwałych mostów nad dolinami, wąwozami i podmokłymi przeszkodami spada na Saperów, podczas gdy Pionierzy odpowiadają za budowę stałych mostów wojskowych i półtrwałych mostów nad głównymi drogami wodnymi oraz za przeprowadzanie wszystkich przepraw wodnych.
Często Saper musi wykonywać pracę Pioniera lub odwrotnie. Jeszcze niedawno, przynajmniej w naszej jednostce, te dwa rodzaje sił zbrojnych były połączone. Jednak potrzeba specjalistycznego szkolenia dla każdego zadania wymusiła rozdzielenie, co okazało się bardzo skuteczne. Te dwie gałęzie nie tworzą jednej całości. (…)”
źródło: Emo Descovich, “Waffen des Weltkrieges”, str. 72
Ich głównym orężem była łopata, siekiera, piła, lina, czasem kilof … służba, a właściwie praca, w oddziałach pionierów była fizycznie wyczerpująca, szczególnie w przypadku żołnierzy niższych rangą. Transportowali swoje wyposażenie po bezdrożach górskich, za siłę pociągową często mając siebie, własny kark i ramiona. W ekstremalnych przypadkach potrzebne były także liny i umiejętności wspinaczkowe. Nie było to jednak jedyne zadanie oddziałów technicznych. Kiedy dochodziło do ataku poprzedzonego pokonaniem przeszkody terenowej Pionierzy i Saperzy musieli wykazać się stoickim spokojem, opanowaniem, żelazną wolą oraz wysoką koncentracją na zadaniu. I odwagą.
Jan SZARŁOWICZ, ur. 10.08.1891 r. w Bieczu w Strzeszynie, syn Jakuba i Bronisławy z domu Borzęckiej. Był saperem w 10 Batalionie Saperów, 1 kompania. Przed majem 1916 r. dostał się do niewoli rosyjskiej, został wywieziony do obozu jenieckiego w miejscowości Spassk (obecnie Bolgar), w guberni kazańskiej, w Rosji - odległość od jego domu w Bieczu wynosiła prawie 2500 km. Po wojnie udało mu się wrócić w rodzinne strony. Ożenił się z Teklą, z którą mieli kilkoro dzieci.
Stanisław LIANA, ur. 09.04.1897 r. w Bieczu, na Korczynie, syn Andrzeja i Zofii z domu Wal. Był saperem landsturmu - tj. szeregowcem - w 1 Batalionie Saperów, 4 kompania. Został ranny przed październikiem 1917 r.
“(...) Koło dziesiątej wieczorem nadciągnęły od tyłu oddziały saperów. Taszczą ze sobą kozły i drut kolczasty na wałkach. Uważamy to za nonsens w walce ruchomej. Od czego karabiny i granaty ręczne. Zasieki zdradzają tylko punkty obrony. Podoficer-saper tłumaczy mi, że „ma rozkaz i musi go wykonać”. No to drutuj, druciarzu! Zaczyna się ich praca. Zrazu cicho i ostrożnie, potem coraz głośniej gadają i pobijają młotkami. Od strony rosyjskiej kilka rac wzbija się w górę, potem reflektor zaczyna „macać”. I wymacał ich ku naszej biedzie. Już po kilkunastu sekundach odzywają się rosyjskie maszyny. Kule ich świszczą tuż nad okopem. Saperzy w mig znaleźli się w rowie. Piechociarze klną; djabli was tu nanieśli! (...)”
źródło: Stanisław Kawczak, “Milknące echa: (wspomnienia z wojny 1914-1920)”, str. 115
Stefan Ludwik CETNAROWICZ, ur. 24.07.1897 r. w Bieczu, był synem Józefa i Aleksandry z domu Potok. Do wojska mógł zostać zmobilizowany w okresie 1916 - 1917, będąc w wieku 19 - 20 lat. Niestety w rodzinnym archiwum nie zachowało się praktycznie nic, co przybliżyłoby okres i rodzaj służby. Jedyne zdjęcie z wojska przedstawia młodego Stefana w mundurze z okresu 1916 - 1917 z plakietkami wg wzoru dla oddziałów pionierów.
[źródło: archiwum rodziny Cetnarowiczów]Z uwagi na charakter służby oddziały pionierów funkcjonowały zarówno jako wydzielone części pułków piechoty, jak i samodzielne bataliony, przydzielane w razie potrzeby na konkretny odcinek frontu do wykonania konkretnej pracy. Na ten moment nie wiadomo, w jakiej dokładnie formacji służył Stefan, czy był to 10 Batalion Pionierów z Przemyśla, czy może kompania pionierów w ramach któregoś z pułków galicyjskich. Niezależnie od jednostki, w jakiej się znalazł, mógł wykonywać zadania zarówno na tyłach frontu, jak i w pierwszej linii. Przyglądając się pokrótce zadaniom kompani technicznych staje się oczywiste, że powrót Stefana Cetnarowicza z wielkiej wojny do domu wcale nie był pewny. Oprócz śmierci od kul, mogły spotkać go wszystkie możliwe wypadki związane z wykonywaną pracą, łącznie z utonięciem lub upadkiem z wysokości. A jednak mu się udało. Dotarł w rodzinne strony i włączył się w życie lokalnej społeczności. W 1924 r. Stefan ożenił się z Heleną Zabierowską, z którą miał trzy córki. Mieszkali w Bieczu, na Wapniskach, gdzie prowadzili małe gospodarstwo rolne. Ponadto Stefan pracował w Urzędzie Stanu Cywilnego.
Zawsze na służbie
Cesarsko-Królewska Żandarmeria Krajowa, służba, która powstała w połowie 19 w. we wszystkich krajach monarchii habsburskiej. W wyniku kolejnych etapów reorganizacji przed pierwszą wojną światową została ona formalnie częścią Obrony Krajowej (Landwehry), a jej członkowie byli żołnierzami. Do zadań żandarmerii należało: wykrywanie zbrodni i ciężkich przestępstw, aresztowanie sprawców schwytanych na gorącym uczynku, zapobieganie żebractwu i włóczęgostwu, ochrona własności i bezpieczeństwa mieszkańców, zapobieganie i likwidowanie nielegalnych zgromadzeń. Żandarmem mógł zostać mężczyzna w wieku 25 - 40 lat, który odbył sześcioletnią służbę wojskową, umiejący czytać i pisać w języku krajowym - w wypadku Galicji był to język polski. W Bieczu żandarmem był m.in. Aleksander Mostrański. Oddzielną służbą była policja miejska, podlegająca bezpośrednio burmistrzowi - w Bieczu funkcję inspektora policji pełnił Bronisław Augustowski.
Losy obu opisał Grzegorz Augustowski w swoim cyklu "Bieczanie znani i mniej znani".
W 1870 r. utworzono oddziały żandarmerii polowej (Feldgendarmerie), które były mobilizowane wyłącznie w razie wojny. W założeniu dwie lub trzy żandarmerie krajowe (komendy krajowe) miały obowiązek zapewnić niezbędny personel w postaci oficerów i żandarmów pieszych, przy czym żandarmów konnych początkowo dostarczała kawaleria.
Podczas 1-szej wojny światowej żandarmeria była wykorzystywana zarówno w armii jako wojskowa żandarmeria polowa (Feldgendarmerie), jak i na tyłach do swoich zwykłych zadań. Żandarmi nosili standardowe mundury polowe, natomiast ich formacja była rozpoznawana po żółto-czarno-żółtej opasce, zazwyczaj z napisem „FELD-GENDARM”, noszonej na lewym rękawie.
Na początku wojny żandarmeria była pierwszą siłą zbrojną, którą można było najszybciej rozmieszczać przeciwko atakującym Rosjanom w połączeniu ze strażą graniczną oraz jednostkami wojskowymi stacjonującymi w pobliżu granicy cesarstwa. W taki sposób radzono sobie w Bukowinie, a po przystąpieniu Włoch do wojny po stronie Ententy, także w Tyrolu i Karyntii.
Do zwykłych zadań żandarmów w czasie wojny należało nadzorowanie procesu mobilizacji, śledztwa w sprawie dezercji, nadzór granic oraz aresztowanie osób współpracujących z wrogiem. Ponadto żandarmi wykonywali zadania w pobliżu frontu, takie jak: ewakuacja wiosek, transport rannych oraz ochrona jeńców. Nierzadko byli kierowani jako wsparcie oddziałów liniowych, biorąc bezpośredni udział w walkach na froncie, zapewniały także wsparcie zwiadowcze, kurierskie i porządkowe.
Znaczne obciążenie zadaniami doprowadziło w rezultacie do braków w personelu i konieczność jego uzupełnienia przez oddziały pomocnicze i emerytowanych żandarmów. Można ich rozpoznać po tym, że nie nosili korkowych hełmów żandarmerii, lecz standardowe czapki polowe.
“(...) Aby w razie wojny jak najbardziej odciążyć oddziały od zadań porządkowych w kraju oraz od zwalczania spodziewanych nieregularnych band na granicy, a także uwolnić je do działań polowych, utworzono – obok oddziałów pomocniczych żandarmerii oraz korpusu weteranów (około 1600 żołnierzy w stanie spoczynku) - korpus ochronny złożony z życzliwie nastawionych elementów ludności, która zgodnie z ustawą o obronie narodowej była stosunkowo rzadko angażowana do służby wojskowej. Korpus ten liczył już 1 sierpnia 11 000 ludzi i został przyłączony do żandarmerii. W ten sposób na początku mobilizacji udało się zapewnić niezawodną ochronę arterii życiowej obu krajów, jednotorowej, a do tego wąskotorowej linii kolejowej, oraz wzmocnić ochronę granic, do której dysponowano sześcioma kompaniami straży granicznej, a następnie posterunkami straży skarbowej i żandarmerii. (...)”
źródło: Kampania sierpniowa 1914 roku przeciwko Serbii i Czarnogórze w “Österreich-Ungarns letzter Krieg 1914-1918, vom Kriegsausbruch bis zum Ausgang der Schlacht bei Limanowa-Łapanów 1. Band. Das Kriegsjahr 1914”, str. 92
źródła:
Polizeigeschichte - Die Geschichte der Gendarmerie
Gendarmerie – Gendarmeriemuseum
Gendarmen im Krieg
[autor: M.J.]
Z Biecza do żandarmerii wojskowej trafiło co najmniej dwóch - niemłodych już - mężczyzn. Obaj służyli w komendzie lwowskiej, posterunek w Żółkwi.
Antoni KOSIBA, ur. dnia 18.03.1866 r. w Bieczu na Przedmieściu, syn Jana i Krystyny z domu Czech. Był posterunkowym - podobnie jak wymieniony niżej Jan Goleń - w Komendzie Żandarmerii Krajowej nr 5 we Lwowie, Oddział nr 15 w Żółkwi (na podstawie: LandesgendKmdo nr 5, 15 Abt.). Przed listopadem 1914 r. rozchorował się na czerwonkę i przebywał w szpitalu twierdzy nr 2 w Krakowie.
Jan GOLEŃ, ur. dnia 30.11.1874 r. w Strzeszynie, syn Dominika i Doroty z domu Szary, wujek Marii z Szarłowiczów Pruchniewiczowej, Sprawiedliwej Wśród Narodów Świata.
Był najprawdopodobniej starszym posterunkowym (Vizewachtmeister) w Komendzie Żandarmerii Krajowej nr 5 we Lwowie, Oddział nr 15 w Żółkwi (na podstawie: LandesgendKmdo nr 5, 15 Abt.). Przed wrześniem 1915 r. rozchorował się i przebywał szpitalu dla rannych nr 2 Zakonu Niemieckiego w Lwowie. Decyzją Ministerstwa Obrony został odznaczony za zasługi w czasie wojny Żelaznym Krzyżem Zasługi z Koroną na wstędze Medalu Waleczności - obwieszczenie z dnia 09.11.1918 r.
Jego młodszy brat Wojciech wybrał inną drogę życiową, która tylko pozornie nie była w związana z bieżącą sytuacją wojenną.
Wojciech GOLEŃ, ur. 23.03.1883 r. w Strzeszynie, syn Dominika i Doroty z domu Szary, najmłodszy z 11-ga rodzeństwa, wujek Marii z Szarłowiczów Pruchniewiczowej, Sprawiedliwej Wśród Narodów Świata. W rodzinie nie przetrwało wspomnienie o udziale Wojciecha Golenia w 1-szej wojnie światowej, ale w Bieczu zachowało się jedno zdjęcie i to ono było kluczem do całej historii.
Zdjęcie w albumie rodzinnym pozostawało przez długie lata bezimienne. Kiedy je wspólnie z Jadzią Wędrychowicz analizowałyśmy, Jadzia zasugerowała Wojciecha bazując jedynie na tym, że skoro to rodzina, to wiekiem i stanem zdrowia pasował tylko on. Analiza munduru wskazywała na lata 1917-1918 z sugestią stopnia oficerskiego, ale tylko na podstawie nakrycia głowy. Dopiero wykorzystanie archiwów Family Search oraz carsko-królewskich dzienników urzędowych sił zbrojnych naprowadziło nas na właściwy trop. To jedno zdjęcie, które miało przedstawiać żołnierza NN, zamieniło nasze poszukiwania w pasjonującą podróż w przeszłość.
Wojciech był zdolnym chłopcem a rodzice bardzo pobożnymi ludźmi. Dzięki ich wsparciu i staraniom uczęszczał do szkoły powszechnej najpierw w Strzeszynie (1890-1894), potem w Bieczu (1894-1896), a następnie do I c.k. Gimnazjum w Przemyślu (od 01.09.1896) i do c.k. Gimnazjum w Jaśle (od 1901). Należał do kółka niepodległościowego. Egzamin dojrzałości złożył w gimnazjum w Jaśle w okresie od 24 maja do 1 czerwca 1904 r. Następnie podjął studia teologiczne na Uniwersytecie Lwowskim i po 4 latach nauki przyjął święcenia kapłańskie z rąk abp. Józefa Bilczewskiego w archidiecezji lwowskiej w dniu 29.06.1908 r.
Na pierwszą parafię w tym samym roku skierowany został do miejscowości Nadwórna (1908 - 1911), a następnie w 1911 r. do Przemyślan. Tam zastała go 1-sza wojna światowa. Prawdopodobnie, jak wielu mieszkańców Galicji w tamtym czasie, ewakuował się na zachód, uciekając przed armią rosyjską. Przebywał w Sanoku i Miejscu Piastowym, a następnie w Wilkowicach w archidiecezji krakowskiej.
Został zmobilizowany do armii austro-węgierskiej i od 19.12.1914 r. przydzielony do wojskowej służby duchownej wikariatu polowego. Na pierwszą placówkę skierowano go do szpitala rezerwowego w Wadowicach w stopniu Feldkurat in der Reserve (kapelan wojskowy w rezerwie).
W 1915 r. przeniesiony do Brzeżan, obok których przebiegała w niedalekiej odległości linia frontu. Pełnił posługę m.in. w Bełzie, Chełmie, Łucku i Lublinie. W 1916 r. został przydzielony do szpitala rezerwowego nr 6/4, a następnie przeniesiony jeszcze w tym samym roku do szpitala nr 6/5. Wykonywał również obowiązki duszpasterskie w Kamieniu Koszyrskim k. Kowla, zastępując tam nieobecnego proboszcza.
Praca w szpitalu polowym była niezwykle ciężka i obciążająca dla każdej osoby w nią zaangażowanej, wiązała się też z nieustannym przemieszczaniem we wskazanym sektorze walk. Nawet bierny udział w walkach i do tego ciągła obserwacja cierpienia, któremu właściwie nie można było ulżyć pozostawiał trwały ślad na psychice.
“(...) 09.01.1915 r. : Jakoś ta wojna dziwnie na człowieka wpływa. Czuję, że się nagle starzeję, bo mnie nie bawią ani dowcipy ludzkie, ani ludzie sami. Nic dziwnego! W tych kilku miesiącach przelało się przed moimi oczyma tyle łez, przepłynęło przede mną tyle bólu, że takiej skoncentrowanej w małym miejscu nędzy nie widziałem nigdy przedtem w życiu. Od tego głowa się kręci. (...)”
źródło: wypisy z pamiętnika ks. Piotra Niezgody, “Wielka wojna wyzwań duchowych”, str. 217
Obowiązki kapelanów nie polegały jedynie na opiece duchowej, ale także określonych czynnościach administracyjnych:
“(...) Przeglądałem kieszenie, zebrałem pozostałe rzeczy, a zabitych pogrzebaliśmy wszystkich [we] wspólnej mogile [ ... ] Rannych było przeszło 500. Rzeczy zabitych przyniosłem do sanitariatu i oddałem dr. Rouppertowi. Przypomniałem, że do kapelana należy prowadzić ewidencję zmarłych.
Rouppert na to: załatwiać to będzie sanitariat i kancelaria Brygady. Z czasem uległo to zmianie: Zacząłem pisać metryki na rozkaz ks. Panasia. Muszę chodzić po ziemiankach z papierami i wypytywać żyjących, których niewielu, o zabitych kolegów. Często nie znają nazwisk, tylko pseudonim, a generaliów to prawie zawsze. (...)”
i … propagandowych:
“(...) Przemówiłem, że gorące dusze, młodzież patriotyczna zrywa się do boju, ale za mało jednej dzielnicy, trzeba pomocy i sił całej Ojczyzny, a wywalczymy wolną Ojczyznę. Gdyby możliwe było i potrzebne, dalibyśmy pokrajać serca nasze na drobne kawałki, a każdy, pałający miłością całego serca, wetknęlibyśmy w serca Polaków, by się pozbyły nieufności, uwierzyły w możność uzyskania wolności, łączyły się z nami, bo Ojczyzna woła. (...)"
źródło: wypisy z pamiętnika o. Kosmy Lenczowskiego z czasów jego posługi w Legionach Polskich, “Wielka wojna wyzwań duchowych”, str. 237
W maju 1917 r. Wojciech Goleń został odznaczony krzyżem zasługi kościelnej 2 klasy na wstążce biało-czerwonej. W czerwcu 1918 r. otrzymał Krzyż Rycerski Cesarskiego Austriackiego Orderu Franciszka Józefa z dekoracją wojenną w uznaniu za wybitną i bezinteresowną służbę. Był wtedy kapelanem w szpitalu polowym nr 516 na froncie włoskim.
W 1918, po odzyskaniu przez Polskę niepodległości, Wojciech Goleń zgłosił się w Krakowie do Wojska Polskiego. W marcu 1919 został zwolniony z wojska. W czasie wojny polsko-bolszewickiej w 1920 r. przebywał w Bieczu. Po demobilizacji powrócił do archidiecezji lwowskiej i do końca sierpnia 1924 r. pełnił posługę w parafii Kopyczyńce, skąd został przeniesiony do Sokala, tam też objął stanowisko administratora.
Należał do Polskiego Towarzystwa Gimnastycznego „Sokół” i działał na polu społecznym. W Sokalu organizował Akcję Katolicką, należał do Okręgowego Towarzystwa Rolniczego (od 1929) i Tymczasowej Rady Powiatowej (od 29.01.1931).
W wolnej Polsce został odznaczony Srebrnym Krzyżem Zasługi "za zasługi, położone na polu pracy narodowej i społecznej".
"(...) Również niezadługo przyjdzie nam pożegnać administratora parafji rz. kat. ks. Wojciecha Golenia. Przez kilkoletni swój pobyt w Sokalu zjednał on sobie taką ogólną miłość i sympatie w całem tutejszem społeczeństwie, że brak jego odbije się bardzo boleśnie w naszem życiu publicznem. Stał zdala od wszelkiej polityki, dbał o dobro parafji i swoich parafian, śpieszył z pomocą moralną i materialną każdemu, który jej potrzebował. I słuszny żal czują parafianie do Kurii Arcybiskupiej, że takiego kapłana nam zabiera, nie licząc się z prośbami delegacyj z różnych sfer społecznych tutejszej parafji. (...)"
źródło: Słowo Polskie. 1931, nr 212
W 1931 r. został oddelegowany z Sokala do Stryja, w którym był proboszczem do roku 1945. W Stryju prowadził Sodalicję Mariańską oraz sprawował obowiązki kapelana żeńskiego hufca harcerskiego (1938) i Polskiego Towarzystwa Gimnastycznego „Sokół” (od 15.08.1944).
Podczas drugiej wojny światowej był szykanowany zarówno przez sowieckiego jak i niemieckiego okupanta, działał w strukturach AK w Stryju, uczestniczył w tajnym nauczaniu organizowanym w Stryju, dosłużył się stopnia podpułkownika.
Ostatecznie wraz z polskimi parafianami ewakuował się do Polski i osiedlił w Gliwicach, gdzie pracował jako katecheta w Parafii Św. Bartłomieja. W 1950 r. otrzymał kościelne wyróżnienie kanonika RM (z łac.: Rochettum et Mantolettum), czyli honorowy tytuł nadawany zasłużonym kapłanom przez biskupa z przywilejem noszenia rokiety (rodzaju komży z fioletowym podbiciem) oraz mantoletu (peleryny nakładanej na komżę).
Zmarł dnia 05.10.1970 r. w Gliwicach, w wieku 87 lat, został pochowany na cmentarzu swojej parafii.
[źródło: Krzysztof Szopa w "Dzieje Parafii Bożego Ciała w Bieczu w latach 1805-1925", str. 215 oraz Mariusz Leszczyński, ”Księża diecezjalni ekspatrianci archidiecezji lwowskiej obrządku łacińskiego. Słownik biograficzny”, str. 241-242].
Poczucie odpowiedzialności
Józef TAJAK, urodzony 28.10.1886 r. w Strzeszynie, syn Kazimierza i Anieli z domu Liana. Był szeregowcem w 20 Pułku Piechoty z Nowego Sącza, 3 kompania zapasowa. Przed czerwcem 1915 r. został postrzelony w płuca i lewą rękę. Przebywał w szpitalu wojennym w Budapeszcie przy ulicy Hernád.
[fot. z archiwum rodzinnego Stefanii Guzik, Józef stoi po lewej]Zwolniony z wojska do domu przed zakończeniem wojny, jako inwalida wojenny, był niezdolny do dalszej służby z powodu niedowładu ręki. Po powrocie założył rodzinę, starał się wieść zwykłe życie, jednak nie brakowało mu poczucia patriotyzmu i odpowiedzialności za małą ojczyznę.
Wspomnienie Pani Anieli Tumidajewicz utrwalone w 1988 r. na spotkaniu z mieszkańcami z okazji odzyskania niepodległości:
''Mam 94 lata i odzyskanie niepodległości przeżyłam w rodzinnej wsi - Strzeszynie. Wieś miała to szczęście, że była tam szkoła i Dom Ludowy. Uczono nas w szkole umiłowania polskości. Zostały na zawsze w pamięci utwory poetyckie kształtujące mode umysły. Życie na miarę potrzeby koncentrowało się w Domu Ludowym i tam w listopadowy dzień 1918 roku witaliśmy uroczyście Niepodległą Polskę. Śledziliśmy bieg wydarzeń i po upewnieniu się w Bieczu jaka jest sytuacja polityczna, Józef Tajak, wówczas młody człowiek, wrócił z radosną nowiną, że Polska już jest i trzeba to szybko i godnie uczcić. Jeszcze w tym samym dniu zebrała się duża grupa mieszkańców- mężczyzn, kobiet i dzieci i Tajak, będący duszą wszelkich poczynań, wziął w ręce godło polskie zaznaczając, że doczekaliśmy się historycznie ważnej chwili, że przelana krew nie poszła na marne i odtąd będziemy pracować dla wolnej Ojczyzny. Następnie wyszedł przed zebranych i z ogromnym szacunkiem, wynikłym z potrzeby serca, pokłonił się czapką do ziemi, witając w ten staropolski, ale jakże wymowny wówczas sposób, wolną, oczekiwaną przez pokolenia Polskę. W wielkim skupieniu wszyscy mężczyźni uczynili to samo. To nadało uroczystości szczególnego patosu. Polały się łzy, bo moment był naprawdę wzruszający.
W podniosłym nastroju śpiewaliśmy "Jeszcze Polska nie zginęła". I takim hołdem, bez wyszukanych wielkich słów wieś polska witała wymarzoną i przez pokolenia wyczekiwaną Wolną Ojczyznę."
źródło: Tadeusz Ślawski, “Strzeszyn, zarys monograficzny”, str. 116
Widać więc, że żadną miarą nie można odmawiać żołnierzom, naszym krajanom, poczucia odpowiedzialności i świadomości obywatelskiej. To że nie służyli w legionach polskich nie oznacza, że wszyscy co do jednego byli nieświadomymi i bezwolnymi obywatelami Austro-Węgier.
Jedni szli walczyć za cesarza, jedynego jakiego znali, a inni szli do wojska, bo tam było co jeść. Niektórzy poddawali się rozpaczy, strachowi, później obojętnieli.
A inni robili wszystko by przeżyć, wrócić do domu: do małej ojczyzny, ale i tej nowo odzyskanej, wolnej, niedoskonałej, biednej, ale własnej.


































.jpg)
.jpg)















.jpeg)









.png)












Komentarze
Prześlij komentarz