Bronek Saloni, marzyciel z Galicji
Minął już jakiś czas od publikacji artykułu o Bronisławie Saloni, chłopaku, który marzył o lataniu. Wkrótce po ukazaniu się tekstu dotarły do mnie dodatkowe informacje na temat losów Bronka, m.in. dzięki użytkownikom z forum https://austro-wegry.eu/ - bardzo dziękuję za wsparcie, zawsze tam znajduję.
Napisałam swego rodzaju suplement, kto wie czy ostatni w tej historii.
Fragmenty
Bronisław Saloni uczęszczał do gimnazjum im. B. Nowodworskiego (św. Anny) w Krakowie w latach 1905 - 1913. Edukację zakończył zdanym egzaminem maturalnym.
Trudno powiedzieć, jaką decyzję podjął bezpośrednio po wybuchu wojny, jednak można zakładać, że - jak wielu wykształconych młodych ludzi w tamtym czasie - prezentował nastawienie patriotyczne.
W słowniku “Żołnierze Niepodległości” podano:
“Ur. w 1893 w Krakowie, przyn. Strzyżów n. Wisłokiem. Słuchacz politechniki. Książeczka wojskowa nr 307. Wstąpił do 1. pp I Brygady LP. Ranny, opuścił pułk 6 XII 1914. Superabitrowany w Kętach, uznany za niezdolnego do służby frontowej.
Źródła: CAW I.120.63.630; CAW I.120.63.103.”
Czy powyższe dane mogą dotyczyć tej samej osoby?
Po ukończeniu gimnazjum w 1913 r. jest prawdopodobne, że śladem starszego brata Tadeusza, Bronisław Saloni kontynuował naukę na studiach i został słuchaczem politechniki. Bardzo prawdopodobne, że była to Politechnika Lwowska, ze względu na język wykładowy oraz bliskość kulturową - pozostałe uczelnie techniczne w tej części monarchii znajdowały się w Pradze, Brnie, Wiedniu i Grazu.
Dalej Słownik podaje, że Bronisław wstąpił do 1 Pułku Piechoty I Brygady Legionów Polskich, który następnie opuścił w dniu 06.12.1914 r. w związku odniesionymi ranami.
W tym jednym zdaniu jest nieścisłość:
- co do jednostki - o ile data jest poprawna, to nie mógł to być 1 pp I Brygady LP, ponieważ formalnie powstał on w grudniu 1914 r. - Bronisław nie mógł opuścić czegoś, co nie istniało;
albo
- co do daty - o ile jednostka jest poprawna - wtedy rezygnacja ze służby nastąpiłaby raczej w 1915 r., być może wczesną wiosną, uwzględniając informacje, które podaję niżej.
Ponadto notatka błędnie wskazuje również miejsce urodzenia, ponieważ Bronisław Saloni urodził się w Kolbuszowej, a nie w Krakowie.
Na interesującą informację natrafiłam w książce Grzegorza Gołębiewskiego pt. “Aleksander Wernik (1890 –1954) Legionista, urzędnik, wiceprezydent Płocka”, w której można przeczytać o podoficerze Bronisławie Salonim [str. 241 - 243 oraz przypis 558, wyróżnienia moje]:
“(...) Zwolnieni z 5 pułku piechoty przymaszerowaliśmy we trzech z Czańca do Osieka, gdzie kwaterowało dowództwo II dyonu artylerii, przydzielonej do I Brygady.
W tymże Osieku, dużym folwarku, b. dobrze zagospodarowanym (papiernia, gospodarstwo rybne, leśne, obora zarodowa, itp.), kwaterowała 4 bat., do której zostałem przydzielony. Oficerowie mieszkali w pałacu, żołnierze zaś częściowo w budynkach folwarcznych, częściowo u gospodarzy tejże wsi. Dowódcą 4 bat. (nie miała jeszcze dział, zaprzęgów, itp.) był kpt. Władysław Jaxa-Rożen. Oficerami baterii byli ppor. Kazimierz Kieszniewski i ppor. Wierzchleyski. (...)
Początkowo przez kilka tygodni nic nie robiliśmy. Koniec lutego [msz: 1915 r.] i roztopy wiosenne nie zachęcały do zajęć na powietrzu. Zapoznaliśmy się tylko z obsługą i konstrukcją polowych aparatów telefonicznych, co nie przedstawiało dla nas żadnej trudności. Reszta baterii niewiele też robiła, gdyż dział jeszcze nie było.
W tym czasie chodziliśmy do pobliskiej wsi Karoliny, gdzie kwaterowała 5 bateria, będąca pod dowództwem kpt. Śniadowskiego. Bateria ta miała już działa. Przy tych działach ćwiczyła i nasza bateria. Widziani tam jednak byliśmy niechętnie, ponieważ 5 bateria ćwiczyła sama swych ludzi w przyspieszonym tempie i gwałtownie przygotowywała się do wymarszu w pole.
Czasami w pogodne dni przydzielony do baterii ppor. czy chor. Saloni urządzał ćwiczenia w terenie dla wywiadowców i telefonistów.
Oddział telefoniczny miał tylko jeden wolny aparat ze słuchawką i tego używaliśmy przy ćwiczeniach. Z jednym jednak aparatem uruchomić linii telefonicznej nie można. I tu Gajowniczek dokonał wynalazku, który przyznam się, w pierwszej chwili zaimponował mi. Mianowicie włączył do obwodu zamiast drugiego aparatu zwykłą słuchawkę od aparatu telef. ściennego. Słuchawka ta służyła za aparat nadawczy i odbiorczy: najpierw się przez nią mówiło, a następnie przez nią słuchało odpowiedzi. Wynalazek ten napełnił dumą nie tylko Gajowniczka – wynalazcę, ale i cały oddział telefoniczny.(...)”
W przypisie nr 558 na stronie 243 autor podaje, że chodzi o Bronisława Saloni.
Trudno dzisiaj precyzyjnie powiedzieć, jakie były losy Bronisława od momentu zaciągnięcia się do Legionów aż po superarbitrację. Nie mam też możliwości zweryfikowania, kiedy rzeczywiście opuścił Legiony Polskie, czy było to w grudniu 1914 r., czy też wczesną wiosną 1915 r.
Wymieniona we wspomnieniach miejscowość Czaniec znajduje się na południe od Kęt, a Osiek na północ. Obie dzieli ok. 15 km, więc rzeczywiście Bronisław mógł przebywać jeszcze przez jakiś czas przy Legionach - być może jako szkoleniowiec.
Po zwolnieniu z Legionów Polskich Bronisław Saloni trafił w 1915 r. do 40 Pułku Piechoty z Rzeszowa (IR40). Wynika to z jego przypisania mobilizacyjnego do Strzyżowa nad Wisłokiem. Można też sądzić, że jego niedyspozycje w wyniku odniesionych wcześniej ran nie były trwałe lub nie dyskwalifikowały zupełnie ze służby.
Dzięki uprzejmości użytkownika oeffag z forum AW możemy poznać nieco szczegółów z czasu służby dla c. k. armii, jednak jest to jedynie okres dotyczący lotnictwa, a zatem nie zawiera danych o okresie, jaki Bronisław spędził w IR40. Informacje te zostały zawarte w kwestionariuszu osobowym, złożonym do akt wojsk lotniczych.
Jak pisze oeffag:
(...) Wynika z niego, że B. Saloni powołany został do wojska w 1915 roku. Posiadając maturę odbył przeszkolenie oficerskie po ukończeniu którego otrzymał stopień chorążego rezerwy (Fähnrich in der Reserve). Skierowany został do Infanterieregiment Ritter von Pino Nr. 40. [msz: IR40 z Rzeszowa]. Do jakiego batalionu, nie wiadomo. Wiadomo, że służył na froncie, ale walecznością specjalnie się nie odznaczył; przyjął chyba słuszną zasadę, że najwyższe odznaczenie za dzielność przyznane pośmiertnie nic nie znaczy. (...)”
Ponadto z kwestionariusza osobowego wynika, że Bronisław został odznaczony: Silberne Tapferkeitsmedaille 2. Klasse (PVB No.191) oraz Krzyżem Karola (KTK, tj. Karl-Truppenkreuz, ustanowiony w 1916 r. i przyznawany żołnierzom, którzy służyli na froncie przez co najmniej 3 miesiące).
Bronisław Saloni został odkomenderowany do wojsk lotniczych rozkazem A.O.K. Pers. No.250/1410/v.17.
Dalej za użytkownikiem oeffag:
“(...) Odkomenderowany (kommandiert) a nie przeniesiony (transferiert) co oznaczało, że nadal pozostawał na stanie swojej macierzystej jednostki (Stammtruppe) IR40 i w każdej chwili mógł do niej wrócić. (...)”
W okresie 13.09.1917 - 18.12.1917 Bronisław odbył szkolenie w tzw. Flosch (Fliegeroffiziersschule) w Wiener Neustadt, a następnie został skierowany do FLIK62 jako oficer techniczny (TO). Jeszcze w czasie szkolenia - tj. 01.11.1917 r. - został awansowany na porucznika rezerwy (Leutnant in der Reserve).
Po tym jak w dniu 10.02.1918 r. zginął w katastrofie lotniczej został wydany rozkaz 1028 v.18 o wykreśleniu B. Saloniego z rejestru oficerów.
“(...) kancelista na pierwszej stronie kwestionariusza u góry po prawej stronie narysował niechlujnie krzyżyk i odesłał go do archiwum.
I taki był koniec. (...)”
Kraków pamięta?
W latach 20-tych XX w. wiele szkół upamiętniło swoich profesorów, uczniów i absolwentów tablicami pamiątkowymi, umieszczanymi w lub na budynkach. Nie inaczej było z obecnym Liceum Nowodworskiego. W westybulu do dzisiaj można podziwiać tablicę poświęconą poległym z okresu 1914 - 1920 oraz 1939 - 1940.
W dniu odsłonięcia 3 listopada 1926 r. w obecności znamienitych gości, rodziców i młodzieży padło wiele podniosłych słów. Oto fragmenty relacji dyrekcji opublikowanej w publikacji “Sprawozdanie Dyrektora Państwowego Gimnazjum Nowodworskiego czyli św. Anny w Krakowie za rok szkolny 1926/27” [str. 3 - 5]:
“(...) Uroczystość rozpoczęła się o godzinie 9 rano mszą św., którą odprawił w kaplicy szkolnej katecheta zakładu, ks. Teodor Czaputa, wobec bardzo licznie zgromadzonych profesorów, młodzieży szkolnej i publiczności, złożonej z krewnych i przyjaciół poległych. Po mszy św. przemówił ks. Czaputa. (...) Uroczystość ta wreszcie daje wymowny przykład dla młodzieży, tej przyszłości narodu, jak ma ona postępować w całem swem życiu. Zmarli koledzy zdają się do niej mówić, iż «Ojczyzna - to wielka rzecz», iż dla Niej trzeba wytrwale pracować i dla Niej umrzeć, gdy zajdzie tego istotna potrzeba. (...)
Westybul wypełnili szczelnie przedstawiciele duchowieństwa, władz wojskowych, wojewódzkich, szkolnych, gminnych oraz licznie zebrani rodzice, krewni i przyjaciele zmarłych.
I tak z duchowieństwa: Ks. dr. Stanisław Rospond, były katecheta tegoż zakładu, a więc i niemal wszystkich poległych, ówczesny rektor seminarjum duchownego, obecnie krakowski biskup-sufragan; z władz wojskowych: Dowódca D. O. K., jenerał dywizji Wróblewski, płk. Kostrzewski, major Gebel, Czyżek i inni, jako przedstawiciel województwa: szef bezpieczeństwa publicznego, hr. Skarbek; z władz szkolnych: kurator dr. Jan Riemer, naczelnik szkolnictwa średniego, Feliks Przyjemski, wizytatorowie: dr. Jan Jakóbiec, Piotr Passowicz, Władysław Wierzbicki i Zygmunt Wyrobek, naczelnik wydziału Ludwik Misky, długoletni dyrektor zakładu, a więc i wszystkich poległych uczniów, dr. Leon Kulczyński; z Komitetu Rodzicielskiego tego zakładu: jenerał Czikiel.
Młodzież szkolną umieszczono na korytarzu parteru oraz w klatce schodowej pierwszego piętra.
Cały Zakład został ozdobiony na parterze i na pierwszem piętrze nader gustownie i malowniczo, dzięki staraniom prof. rysunków, artysty-malarza, Erwina Czerwenki. (...)
Po odegraniu przez muzykę wojskową 5 p. a. c. marsza żałobnego Chopina przemówił dyrektor zakładu, Jakób Zachemski.
«Do pięknej księgi chlubnych dziejów tej prastarej uczelni przydali nową, wspaniałą kartę marmurową ze złotemi swych Imion głoskami Bohaterowie z wielkiej wojny światowej, Bojownicy o wolność Polski, a Wychowankowie naszej szkoły pospół ze swymi Profesorami. Godni swych wielkich poprzedników następcy, mistrzowie tego czcigodnego przybytku nauki, niemniej godni swych dawnych kolegów, a zwłaszcza z lat 1831 i 1863, alumni tego seminarjum wszelkiej cnoty i wszelkiego męstwa, ofiarą krwi swojej i życia, ofiarą dowodnie zadokumentowali, że szkoła polska mimo ucisku zaborcy służyła idei wolnej, niepodległej Polski.
Czy z jednogłowym orłem w koronie na czapce legjonisty, czy w płaszczu sołdata austrjackiego, narzuconym na ramiona, szedł nauczyciel i uczeń polskiej szkoły w bój ze sercem w piersi polskiem, bijącem tylko dla Polski.
I nie miał milszej chwili w pościgu nieprzyjaciela nad moment, w którym przekraczał linję graniczną między dawnym zaborem austrjackim a rosyjskim. Pochodem swym łączył, zszywał rozdarte części Polski. Dlatego niech się nikt nie waży kalać Ich Świętej pamięci wmawianiem w siebie, w innych lub - broń Boże - w Nich samych, jakoby służyli zaborcy.
Ta marmurowa tablica jest prawdziwem i wiernem świadectwem dla naszej szkoły, że nie sprzeniewierzyła się swej wiekową tradycją sobie przekazanej misji wychowania młodzieży w miłości Ojczyzny, świadectwem, którego nie powstydzimy się ani przed Majestatem Rzeczypospolitej, upostaciowanym w osobie jej Prezydenta. a którem z podniesionem czołem możemy się przekazać w obliczu naszego wielkodusznego Fundatora, Nowodworskiego.
Tu, nie gdzie indziej nauczyli się uczniowie modlitwy Wieszcza, z którą na ustach wyruszali na boje:
»O wojnę powszechną ludów - błagamy Cię, Panie«,
wierząc, że z potoku krwi wyłoni się wyspa Polski oswobodzonej. Wierzę mocno, że w tej uroczystej chwili duchy poległych uczniów i nauczycieli są między nami i czytają w sercach naszych i w mózgach naszych czytają i z wielkim lękiem i trwogą pytają, czy Ich bogata a hojna ofiara nie pójdzie na marne?» (...)”
Próżno jednak szukać na tej tablicy upamiętnienia samego Bronisława Saloni, który z takim uporem chciał uczestniczyć w “wojnie powszechnej ludów”. Dlaczego, skoro w tym czasie żyli jeszcze oboje Rodzice, siostra, a starszy brat Tadeusz robił karierę w administracji państwowej? Z pewnością byliby na tyle zdeterminowani, aby nazwisko ukochanego syna i brata zostało upamiętnione wraz z innymi. Ponadto porównując wygląd tablicy z momentu jej odsłonięcia z obecnym da się zauważyć, że w miarę otrzymywania dodatkowych informacji, szkoła dopisywała nazwiska poległych.
Jak zatem upamiętniono Bronisława Saloniego?
Okazuje się, że już w 1922 r. najbliżsi ufundowali tablicę pamiątkową poświęconą Bronisławowi Saloni, która została wmurowana w mur oporowy Wawelu (od strony ul. Kanoniczej) o treści:
PAMIĘCI
BRONISŁAWA SALONI
OFIC. LEG. i WOJSK LOTN. - AUSTR.
POLEGŁ 10.2.1918
NAD PIAVE
RODZICE, SIOSTRA i BRAT
1922
Jako pierwszy (jeszcze w 2014 r.) na tablicę natrafił Andrzej Bogunia, autor publikacji na temat rodziny Salonich pt. "O nauczycielu z Tyczyna i dwóch jego synach", która ukazała się w periodyku Małpolska, a niedawno też koledzy z forum AW.
Ciekawostką jest, że tablica z 1922 r. w Krakowie zawiera poprawną datę śmierć młodego żołnierza, w przeciwieństwie do jego nagrobku we Włoszech.
Na tablicy pamiątkowej Rodzina przywołuje także informację o przeszłości legionowej Bronisława. W tym jednak względzie są jedynie okruchy informacji, z których trudno zbudować pełen obraz służby Bronisława w LP.
Pilot
Katastrofa odbiła się echem w środowisku lotników austro-węgierskich stacjonujących we Włoszech. W swoim dzienniku tak odnotował to zdarzenie Eugen Bönsch (1897 - 1951, as lotnictwa myśliwskiego Austro-Węgier w I wojnie światowej z 16 potwierdzonymi zwycięstwami powietrznymi):
“(...) 10 lutego 1918 r. Dzisiaj po południu niedaleko naszego lotniska rozbili się kapral [Alfred] Binder (instruktor lotniczy z Chebu) i porucznik [w rezerwie Bronislaus] Saloni, obaj z Flik 62. Skrzydła ich Lloyda [C.V 46.58] złamały się na wysokości około 300 metrów [podczas lotu szkoleniowego]. Rozbili się spadając pionowo na ziemię niedaleko Mansue, uderzenie spowodowało eksplozję zbiornika paliwa i obaj spłonęli. Pozostały tylko żelazne pręty i dwie bezkształtne kupy mięsa [w oryg. formlose Fleischmassen]. (...)”
Razem z Bronisławem - oficerem technicznym FLIK62 - zginął również pilot kapral Alfred Binder z Chebu (niem. Eger – miasto w zachodnich Czechach, w kraju karlowarskim nad rzeką Ohrzą, w pobliżu granicy z Niemcami).
[źródło]O Alfredzie Binderze nie wiadomo zbyt wiele. Jego śmierć pomijają nawet listy strat. Kilka drobnych informacji w książce Roberta Veinfurter’a pt.: “Das Fliegende Personal der k.u.k. Fliegerkompagnien im Ersten Weltkrieg” odnalazł Albert z forum AW:
Pilot kapral Alfred Binder przybył do FLIK62 dzień przed tragicznym wypadkiem, tj. 9 lutego 1918 r.
Przed przejściem do lotnictwa służył w 32 Pułku Piechoty (IR32, Triest, Budapeszt), a przed FLIK62 był (od marca do 10 lipca 1917 r.) we FLIK43. W tym czasie jednostka FLIK43 operowała na froncie rosyjskim, głównie w sektorze "Włodzimierz Wołyński". Trudno powiedzieć, czy na zdjęciu powyżej odnajdziemy Alfreda Bindera, nie jest to jednak wykluczone.
Katastrofa lotnicza, w której zginął Alfred i Bronisław, miała miejsce 10 lutego 1918 r. w okolicy miejscowości Mansue, obecnie w prowincji Treviso w regionie Veneto, w odległości ok. 5 km od bazy w Rivarotta, o ile wierzyć zapiskom w dzienniku pilota Eugena Bönscha.
Razem z innymi zmarłymi w tej bazie obaj, Alfred i Bronisław, zostali pochowani niedaleko lazaretu, a po wojnie ich mogiły zostały przeniesione na lokalny cmentarz. Alfred został pochowany w pojedynczej bezimiennej mogile obok kilku innych kolegów.
Bronisław spoczął w mogile oddzielnej, oznaczonej imieniem i nazwiskiem, blisko kolegów.
Lista sporządzona po wojnie przez władze włoskie zawiera tak zniekształcone nazwiska pochowanych żołnierzy, że bez znajomości ich poprawnych danych, trudno jest je na tej liście rozpoznać:
Alfred Binder - Alfred Bociar
Bronisław Saloni - Sbion Boniciav
Informacje te przekazała mi Marta Tinor po konsultacji z Sergio Petiziol.
Układanka
Wiele fragmentów z życia Bronka, marzyciela z Galicji, pozostaje wciąż nieznanych. Gdzie studiował, jaki kierunek wybrał? Jakie były jego losy w Legionach Polskich i dlaczego ponownie znalazł się w armii, mimo że prawdopodobnie mógł spokojnie wrócić do rodziny i do domu?
Nie tracę nadziei, że odkryją się przede mną nowe części tej układanki i że może kiedyś będę mogła popatrzeć w oczy Bronka, młodego awiatora.













Komentarze
Prześlij komentarz