Droga na Wzgórza Żuklina


[opis za Biblioteką Kongresu: złe drogi pod Pruchnikiem – austriacki samochód zaprzężony w 6 koni]


Nie wszystkie drogi prowadzą do Biecza. Może dla niektórych to będzie zaskoczenie, ale co najmniej trzy zaprowadziły mnie do Kańczugi i to na dłużej niż myślałam, a jedną z nich dotarłam na wzgórza Żuklina.

Pierwszy raz w Kańczudze byłam we wrześniu 2003 r. w dosyć ważnym momencie życia. Z tej wycieczki zapamiętałam główne skrzyżowanie i smętny widok stacji kolejki wąskotorowej. Potem Kańczuga pojawiła się w moim życiu w 2008 r., a na dobre zagościła w 2011 r. kiedy znienacka moją codziennością stał się adres niedaleko smutnej stacji.


[foto własne, 2003 r.]

Drugi raz trafiłam na Kańczugę w zupełnie nieoczekiwanym momencie. Czytałam metryki zgonów 12 Dywizji Piechoty (dalej 12 DP), w której walczyły pułki galicyjskie. Te same, które w ofensywie pod Gorlicami poniosły krwawą ofiarę na wzgórzu Pustki, a potem biły się ofiarnie pod Bieczem, Krosnem, Korczyną i Odrzykoniem. Idąc ramię w ramię z 39 Dywizją Piechoty Honvedu, z Korpusem Gwardii na lewym skrzydle i 41 Rezerwową Dywizją Piechoty niemieckich Prus na prawym, i dotarły około 13 maja 1915 r. pod Jarosław. 

Jakież było moje zdziwienie, kiedy znienacka znalazłam dwa zgony żołnierzy pod Kańczugą, a dopiero po tym prawdziwie krwawe starcie pod Jarosławiem. Próbowałam się dowiedzieć, czy lokalnie w Kańczudze wiadomo coś na temat pochówków z okresu Wielkiej Wojny, ale niestety nikt nie umiał mi na to pytanie odpowiedzieć.



Do czasu, kiedy po raz trzeci zobaczyłam Kańczugę w zupełnie innym świetle.

Pewnego letniego dnia dowiedziałam się, że upływa czas otwarcia wystawy rysunków i tym samym możliwość zwiedzania wnętrza niedawno odnowionej zabytkowej cerkwi w Kańczudze. Szybka decyzja, kilka rozmów i byłam umówiona tego samego popołudnia na wizytę, oprowadzać miał mnie sam autor rysunków, Marcin Sobczak. Nie wiedziałam, co mnie czeka, czy Marcin będzie miał do powiedzenia cokolwiek więcej niż własne prace, ale pomyślałam, że zawsze warto zobaczyć to, nad czym archeolodzy i konserwatorzy pracowali tak długo. Sama cerkiew jest starsza o 200 lat, niż myślano przed podjęciem prac, a w środku można dzisiaj oglądać freski z końca XVI w., odsłonięte przez fachowców. Zaopatrzona w podstawową wiedzę, pojechałam na spotkanie. 

Wyszłam zachwycona, Marcin świetnie opowiada, ma ogromną wiedzę o lokalnej historii mówionej - właściwie o lokalnych legendach i opowieściach, których zna mnóstwo. Dzięki rysowaniu łączy dwie swoje pasje, zbiera relacje mieszkańców i ubiera je w szkice kapliczek, kościółków i przydrożnych krzyży. 

Od słowa do słowa zadałam mu w końcu pytanie, które męczyło mnie od roku: co mogło się stać z pochówkami żołnierskimi z czasów 1. wojny światowej, czy słyszał coś na ten temat. Co w Kańczudze mogło się dziać w maju 1915 r.?

No i to pytanie otworzyło nam obojgu oczy, sprawiło, że historia dwóch żołnierzy zmarłych w Kańczudze, ożyła. 

Wtedy jeszcze nie wiedziałam, że ci sami żołnierze, którzy stacjonowali w okolicy Biecza jesienią 1914 r. dotrą do Kańczugi i dalej nad San. Nie wiedziałam także, że co najmniej trzech bieckich rekrutów przejdzie wiosną kolejnego roku ten sam szlak bojowy i polegnie na polach Pawłosiowa pod Jarosławiem 15 maja 1915 r. - w dniu św. Zofii, patronki wdów i ogrodników…


Pamięć lokalna


[opracowanie własne na podstawie mapy z 1913 r.]

Marcin tak opisywał historię związaną ze wzgórzem Mogiła w Żuklinie na łamach Gazety Jarosławskiej w czerwcu 2025 r. w artykule pt. “Przekaz o potyczce sprzed 110 lat”:

“(...) Cmentarze wojenne w regionie, choćby w Wólce Małkowej, Gorzycach czy Manasterzu (powiat jarosławski) są namacalnym śladem przetaczającego się przez te tereny frontu w czasie trwania I wojny światowej. Są to niewątpliwie miejsca pamięci. Są też takie miejsca związane z działaniami wojennymi, których historia zanika wraz ze śmiercią mieszkańców, którzy o tym wiedzieli. 

Tak jest w przypadku potyczki pod wsią Żuklin, w gminie Kańczuga. Dzisiaj, po 110 latach nie dostrzeżemy w terenie żadnych śladów tej potyczki. Nie odnajdziemy też żadnych widocznych mogił. Pozostał przekaz nieżyjącego już mieszkańca tej miejscowości. 

一 W czasie I wojny światowej, w 1915 roku doszło do potyczki na terenie pól zwanych Zagrodami. Wojska rosyjskie stały tu dzień lub dwa dni. Rosjanie byli ostrzeliwani z dział przez Niemców i Austryjaków spod Siedleczki. Następnie doszło do walki i wygrały wojska austryjackie i niemieckie. Było wielu rannych i zabitych, reszta rozproszyła się. Po tej potyczce we wsi nie było dużo szkód, a łuski z pól nosili ludzie wiadrami 一 opowiadał nieżyjący mieszkaniec Żuklina, pan Wincenty, który interesował się historią wioski. 

Niemym świadkiem tamtych wojennych wydarzeń jest najwyższy punkt w wiosce, który miejscowi nazywają Patryją lub Mogiłą. Ta druga nazwa związana jest jednak z czasami najazdów tatarskich. Miejsce to, znajdujące się w sąsiedztwie pól Zagród, gdzie miało przebywać wojsko rosyjskie było z pewnością doskonałym punktem obserwacyjnym. Widać z niego, jak na dłoni całą okolicę. Obok znajduje się również długi wąwóz, który mógł być naturalnym okopem. Pozwalałby ukryć się i prowadzić obronę rosyjskim żołnierzom. Dokładny przebieg potyczki na żuklińskich polach pozostaje tajemnicą. Przekaz pana Wincentego jest jednak bardzo wartościowy. Być może w przyszłości miejsce potyczki zostanie zbadane. 

W naszej lokalnej historii piękne jest to, że cały czas można odkrywać nowe fakty i szczegóły wydarzeń z przeszłości, a ziemia skrywa jeszcze wiele tajemnic. (...)”

Marcin utrwalił wspomnienie pana Wincentego, ale czy starszy pan dobrze zapamiętał przekazy rodzinne? Czy jesień 1914 r. była w Kańczudze, Żuklinie i okolicznych miejscowościach zupełnie spokojna? 

Nie wydawało mi się to możliwe, skoro jest to teren znajdujący się na podejściu do rzeki San, pomiędzy Jarosławiem a Radymnem, kluczowymi punktami oporu i forsowania tej naturalnej przeszkody.

Jak się przekonałam, bazując na ogólnodostępnych źródłach, odtworzenie historii z okresu 1914-1915 w okolicy Kańczugi nie jest proste. 

Początkowo uchwyciliśmy ślad, który zaprowadził nas najpierw razem na wzgórza Żuklina, a później mnie do bibliotek, a Marcina z powrotem do ludzi po kolejne opowieści. 

Nie odkryliśmy niczego nowego ani wyjątkowego, ale wspólnie mogliśmy zobaczyć, jak ludzka pamięć przechowała wydarzenia sprzed ponad 100 lat, i jak dzisiaj wyglądają miejsca opisywane w dziennikach pułkowych i opracowaniach historyków.

Darek przypomina mi często, że za dużo robię tego czy tamtego, że potem moja głowa jest przepełniona, a wyobraźnia płata mi różne figle. Na szczęście wpisy na blogu są dobrym sposobem na ujarzmienie szalejącej wyobraźni i ułożenie zgrabnej opowieści, opartej na zgromadzonych źródłach. 

Mam nadzieję, że to będzie taka właśnie historia, naszkicowana jedynie, a przez to niepełna, jednak zbliżona do tego, co się wydarzyło przed 110 laty.


Kańczuga na uboczu Wielkiej Wojny?


W książce Jerzego Motylewicza pt. “Dzieje Kańczugi” autor opisał okres pierwszej wojny światowej tekście zajmującym mniej niż pół strony. Podkreślił liczne powołania w szeregi armii austro-węgierskiej, zarówno obowiązkowe jak i ochotnicze z organizacji strzeleckich oraz bezwzględnie egzekwowane kontrybucje na rzecz wojska i panującą przez to biedę. Oczywiście podobna sytuacja panowała w całej Galicji, a szczególnie w miejscowościach na zapleczu frontu i podejście autora nie było niczym nowym.

W ten sposób nie pozostało mi nic innego, niż składać obraz z okruchów informacji rozproszonych po różnych źródłach, począwszy od opracowań historyków ukierunkowanych na sytuację nad Sanem po wspomnienia mieszkańców okolicznych miejscowości, historii kolejki wąskotorowej Przeworsk-Dynów, źródeł metrykalnych i kronik szkolnych.

Gromadząc materiały do opowieści o okresie 1914-1915 w Kańczudze miałam wrażenie, że właściwie życie w tym sennym galicyjskim miasteczku praktycznie się nie zmieniło. Punktami ciężkości były inne miasta, takie jak Łańcut, Przeworsk, Jarosław i Radymno, przez które prowadziła główna linia kolejowa Galicji, wprost do Przemyśla i dalej do Lwowa. Trakty drogowe, przy których leży Kańczuga, nie były główne wtedy, ani nie są główne obecnie. Pięknie położone, wśród ciągnących się po horyzont pofalowanych pól, poprzecinane dolinami leniwych rzeczek nie zapewniały wojskom sprawnej komunikacji. Na przełomie lat 1914/1915 zamieniły się za to w typowe galicyjskie drogi: błotniste i trudne do przebycia, szczególnie dla wyładowanych ciężkim sprzętem taborów.


[źródło]
[ofensywa nad Sanem]


Kronika szkoły z Łopuszki Wielkiej tak opisywała sytuację z 1914 r.:

“(...) Wybuch wojny oddziałał wybitnie na szkołę. Mobilizacja powzywała ojców, starszych braci - w wielu domach pozostały do pracy w polu kobiety i dzieci. Ogólne przygnębienie przytłaczało bez miary umysły. W sąsiednich wsiach obozowały wojska, z których zwłaszcza obce postępowału z ludnością bezwzględnie, rekwirują, wyrzucając z domów. Z każdej wsi kilkadziesiąt forszpanów poszło na front, prawie co dom zabrano krowę, asenterowano i zabierano konie - wszystko bez zapłaty. To były tak zwane “świadczenia wojenne”. Komunikacya była prawie całkiem zamknięta, wskutek niemożności wywozu taniość artykułów spożywczych była nadzwyczajna (jajo 2 hal.). (...)”


[źródło]
[opis za Austriacką Biblioteką Narodową: kompania zaopatrzeniowa w Galicji]


Żywą relację z opisem sytuacji tuż po wybuchu wojny przedstawił w książce pt.: “Moje wspomnienia : Sietesz 1907-1918” jej autor, Antoni Goraj [str. 31]:

“(...) Ogłoszenie mobilizacji zastało nas przy żniwach. Ludzie, szczególnie niewiasty, zaczęli płakać, bo wezwani do broni mieli rozkaz natychmiast stawić się w swoich formacjach wojskowych. 

Życie na wsi uległo z tą chwilą gruntownej zmianie, a zaczęto odczuwać brak rąk do pracy. Toteż często same niewiasty i niedorostki musieli się imać pracy na roli, chodzić za pługiem, kosić, młócić zboże i tym podobne. 

Gospodarze z okolicznych i naszej wsi, a między innymi nasz ojciec, zostało skierowanych na pobliski front za Jarosławiem z własnymi wozami i końmi na tzw. forszpany (podwody). Dowozili żywność i amunicję. Ale ojciec, przy odwrocie wojsk austriackich w stronę Karpat, wykorzystał nadarzającą się okazję i nikomu nic nie mówiąc wrócił z wozem i końmi do domu, wyjaśniając ciekawskim, iż został formalnie zwolniony z podwody. 


[źródło]
[rolnik z Radymna]


Ze względu na toczącą się wojnę skończyły się wszelkie zabawy, śluby, wesela, Herody i chodzenie drabów na Sylwestra, co więcej została wstrzymana wszelka emigracja, a ludzie będący na robotach sezonowych w Niemczech, ze względu na przesuwający się front nie mogli powrócić na zimę do domu. Pozostali tam aż do następnego roku. (...)” 

Jan Kuca w swojej książce “O wojnie i pokoju w Jarosławskiem 1867-1918” przypomina, że zarówno Przeworsk jak i Jarosław były stacjami końcowymi dla przyjeżdżających koleją wojsk. Na tych stacjach żołnierze wyładowywali swoje wyposażenie i od tego momentu mogli polegać wyłącznie na własnych nogach. Przemarsze wojsk w sierpniu 1914 r. cieszyły się sporą popularnością, a mieszkańcy chętnie gromadzili się, by je obserwować. Autor przywołuje cytat ze wspomnień Jana Piechoty [str. 564]:

“(...) Nie widziałem w życiu nic równie pięknego. Jak łany zboża poruszane wiatrem, tak w równym, jednostajnym marszu falowały niekończące się szeregi żołnierzy, których młode i czerstwe twarze patrzyły na nas z uśmiechem. (...) Za oddziałami piechoty ukazały się formacje wspaniale ubranych ułanów, od których nie mogliśmy oderwać oczu. Lśniące, potężne zady pięknych bułanków wywoływały zachwyt wiejskich kobiet przyzwyczajonych do oglądania suchych i zabiedzonych szkap na wsi. Takich koni nikt we wsi nie widział. (...) 

Za nimi ciągnęła artyleria. Ziemia aż dudniła pod kołami ciężkich armat, których długie lufy budziły grozę wśród patrzących. Chwilami zdawało się nam, że cały świat ruszył naprzód, i że żadna na świecie siła nie zdoła się oprzeć takiej masie wojska. 

Za artylerią ukazały się znowu formacje piechoty i tak bez końca. (...)”

Pewni swego szli równym krokiem na Kraśnik i Lublin… Byli przekonani, że Boże Narodzenie 1914 r. będą świętować razem z rodzinami, w domu.

Skąd mogli wiedzieć, że z pewności, stanie się to marzeniem, a potem nienawistną myślą o zdrowiu i życiu, które poświęcili w służbie monarchii. Zmęczeni, chorzy, ranni i głodni, szukali pożywienia podobnie, jak wcześniej robiła to armia rosyjska. 


[źródło]
[opis za Austriacką Biblioteką Narodową: odwrót ck armii pod Jarosławiem]

Z analizy list strat oraz wiadomości o chorych i rannych wynika, że z miasta Kańczugi powołano do armii ponad 100 osób, z Żuklina ok. 30, z Sieteszy oraz z obu Łopuszek - po ponad 70 mężczyzn. Niestety nie wszyscy - jak ojciec Antoniego Goraja - mogli niepostrzeżenie powrócić do domów. 

Obowiązek stawienia się do forszpanów nie dotyczył tylko armii własnej. Także armia rosyjska zabierała woźniców z okolicznych wsi. Z relacji Andrzeja Orzechowskiego, “Wspomnienie o I wojnie światowej” [w] “O wielkiej wojnie w powiecie jarosławskim”, Jan Kuca [str. 127]:

“(...) Wycofujące się w maju 1915 r. rosyjskie wojsko masowo zabierało z naszych terenów chłopów jako woźniców - furmanów (forszmanów) do transportu swego wojska i sprzętu wojennego. Zabrano też z końmi i wozem przyrodniego brata mego ojca Piotra. Zagnano go aż pod Wołgę. Do domu wrócił dopiero po dwóch latach. Bardzo ciężkie warunki, w których tam przebywał, chłód, głód i choroby spowodowały, że po dwóch czy trzech latach zmarł. Tam nad Wołgą zostały też jego konie. (...)”


Jesień 1914


Nie znalazłam zbyt wielu relacji z przemarszu lub przejazdu wojsk austro-węgierskich w 1914 r. przez Kańczugę, Żuklin i okoliczne miejscowości. W największym stopniu w dalszej części tekstu posiłkuję się dwiema pozycjami książkowymi dotyczącymi historii 6 Pułku Dragonów oraz 52 Dywizji Piechoty Landwehry, które operowały na tym terenie jesienią 1914 r.

W połowie września 1914 r. sukcesy armii rosyjskiej pod Lwowem i Rawą Ruską spowodowały, że pokonana 4. armia austro-węgierska była zmuszona wycofać się nad naturalną rubież, jaką była rzeka San. W okolicy Kańczugi znalazły się m.in. jednostki należące do XVII Korpusu, w tym także 6 Pułk Dragonów (dalej 6 DR), należący do 6. Dywizji Kawalerii.


[źródło]
[opis z Austriackim Archiwum Narodowym: ułani i dragoni podczas marszu]


W książce o historii 6 DR autorzy tak opisują sytuację pomiędzy 15 a 22 września 1914 r. [str. 244-245]:

“(...) 15 września. Tego dnia szwadron miał nawiązać łączność z przyczółkiem mostowym w Jarosławiu, a następnie pomaszerować do Mirocina. Wszystkie oddziały w dniu 15 IX pozbawione były taborów i kuchni polowych; od 8 dni nie otrzymano chleba, a od 4 dni mięsa; brakowało wszelkich środków do gotowania posiłków. (...)

18 września. Po odłączeniu się od 4. Dywizji Piechoty szwadron dotarł jeszcze 17. dnia miesiąca do Kańczugi, a następnego dnia – w pobliżu Pruchnika – dołączył do pułku [msz: 6 DR] tuż po jego popołudniowym odpoczynku. 

19 września. Wciąż padało, gdy KTD [msz: 6 Dywizja Kawalerii], po rozpoczęciu rozpoznania w rejonie Radymno-Jarosław-Łańcut, ruszyła 19 września około godziny 7:30 w kierunku miejscowości Markowa. Jednak już 3 km na zachód od Kańczugi musiała ona zająć pozycję gotowości. 

Stan liczebny pododdziałów bojowych KTD wynosił: 1540 jeźdźców, 12 dział i 7 karabinów maszynowych. Dowódca pułku wykorzystał ten postój na wyrównanie stanów osobowych swoich czterech szwadronów, co stało się konieczne po przybyciu 3. szwadronu.”


[źródło]
[opis za Austriacką Biblioteką Narodową: odwrót oddziałów austro-węgierskich we wrześniu 1914 r.]


Ponad 1500 jeźdźców ciągnęło okolicznymi drogami, jeszcze bardziej niszcząc ich nawierzchnię. Głodni, zmęczeni i przeziębieni nie byli już tą wspaniałą armią, która maszerowała na front w sierpniu 1914 r. 

Raczej nie ma co się łudzić, że pukali do drzwi gospodarstw i uprzejmie prosili o jedzenie dla siebie i koni, a nawet jeśli, to po którymś z kolei pukaniu gospodyni z własnej woli nie otworzyła. 

i dalej za relacją 6 DR:

“Porucznik von Rohrer, u którego pogorszenie się stanu zapalnego oskrzeli wywołało wysoką gorączkę, musiał opuścić pułk.

Po godzinie 13:00 marsz był kontynuowany przez Markową do Albigowej. Pułk (DR 6) zatrzymał się na nocleg w Cierpiszu, dokąd dotarł około godziny 17:00.

20 września. Warunki pogodowe, pogarszające się z dnia na dzień, narzuciły wojskom tak wielki trud marszowy, że dowództwo armii, mimo wszelkich wątpliwości, uznało za konieczne zarządzenie w dniu 20 września ogólnego dnia odpoczynku. Było to ryzykowne przedsięwzięcie, gdyż utrata dnia marszu mogła dać przeciwnikowi okazję do wciągnięcia biwakujących oddziałów w walkę, której z pewnością należało unikać.

Dzień postoju wyszedł również na dobre 6. Dywizji Kawalerii, która miała do pokonania trasę przez Chmielnik do Tyczyna – liczącą wprawdzie tylko około 18 km, lecz prowadzącą fatalnymi, całkowicie rozmokłymi drogami. Około godziny 15:00 pułk (20 września) dotarł w ulewnym deszczu do Tyczyna, gdzie żołnierze znaleźli znacznie lepsze kwatery niż w Cierpiszu.

Bliskość Rzeszowa wykorzystano oczywiście do zakupu najróżniejszych potrzebnych rzeczy. (...)

Marsz drogą zablokowaną przez kolumny taborowe odbywał się bardzo powoli.


[źródło]
[opis za Austriacką Biblioteką Narodową: odwrót po bitwie nad Wisłą, jesień 1914 r.]


Patrole rozpoznawcze wysłane przez Oddział Wywiadowczy (ND = Nachritendetachement) Hagen natknęły się po południu – na linii Kańczuga - Markowa - Kosina – na rosyjską kawalerię; jej najsilniejsza kolumna posuwała się szosą z Przeworska do Łańcuta. 

Patrol wywiadowczy pod dowództwem wachmistrza Eduarda Jelinka, wysłany w kierunku Kańczugi, przeprowadził udaną szarżę na ułanów.

22 września. Do deszczu, który znów zaczął padać, dołączyła wichura. Było też zimno. Od godziny 7:00 rano pułk 6 DR pozostawał w kwaterach w gotowości marszowej. Wyruszył około godziny 11:00. Fatalnymi drogami – całkowicie rozmiękłymi od deszczu i zatłoczonymi przez kolumny taborowe – 6 Dywizja Kawalerii powoli przemieszczała się przez Pstrągowę - Nawsie do Wielopola, gdzie dotarła o godzinie 14:30. 

Dragoni z „szóstki” mieli nocować w Gliniku, lecz miejsca było tam równie mało jak w Wielopolu; po bezowocnych poszukiwaniach powrócili więc do tej ostatniej miejscowości, by na zachód od niej założyć obozowisko pod gołym niebem, w strugach deszczu. 

"Ogniska z gryzącym w oczy dymem tlącego się drewna. A do tego urocza, urozmaicona gra schnięcia z jednej strony i jednoczesnego przemakania z drugiej”. 

(Scheff.) [źródło]

31 Pułk Piechoty Honvedu tak relacjonował swoje przejście przez Kańczugę [str.79-80]:

"(...) 17 września kontynuowaliśmy odwrót w kierunku północno-zachodnim. Nasz pułk wyruszył o godz. 6:00 trasą Rudołowice – droga z kapliczkami przydrożnymi do Woli Roźwienickiej – Zarzecze – Kańczuga, w kolejności batalionów II., I. i III., maszerując w kolumnie głównej. O godz. 12:30 w Rożniatowie zrobiliśmy długą przerwę, a o godz. 18:00 dotarliśmy do Kańczugi, gdzie w południowo-zachodniej części miasta, na dużej łące między potokiem Mleczka a linią kolejową, rozbiliśmy obóz. W odległości 100 m od nas domy stały puste, a my spaliśmy na wilgotnej ziemi.

W tym samym czasie podoficerowie gospodarczy wypłacili żołd w wysokości 2 koron na głowę. 

Nasi ludzie oczywiście natychmiast chcieli zaopatrzyć się w najpotrzebniejsze drobiazgi, ale niestety w mieście nie można było niczego kupić. 

Szczególnie dotkliwy okazał się brak zapałek, co doprowadziło do bardzo uciążliwej sytuacji. Nasi honwedzi często od rana do południa nosili ze sobą i podsycali tlący się kawałek drewna, przekazując go sobie z rąk do rąk, aby móc zapalić papierosa. Za paczkę zapałek siarkowych płacono nawet 20–30 halerzy! W porównaniu do wielu innych problemów był to wprawdzie drobny, ale tym bardziej irytujący brak. Nie dało się wręcz wytłumaczyć przeszkód nie do pokonania, które uniemożliwiały jego rozwiązanie. (...)"


[źródło]
[opis za Austriacką Biblioteką Narodową: obrazek z drogi w Podhajcach]


Także 20 Pułk Piechoty Honvedu przechodził w marszu przez Kańczugę. W kolejnych relacjach powtarzają się te same dolegliwości: głód, choroby, zmęczenie, deszcz, zimno i nieustanne brodzenie w błocie... [str. 100-101]

"(...) 17 września. Nasz pułk w godzinach świtu wyruszył z miejsca noclegu i maszerował przez Trójczyce, Boratyn, Rudołowice do Zarzecza. Ani w nocy, ani podczas marszu Rosjanie się nie pojawili. Żołnierze pułku pokonali 29-kilometrową drogę bez pozostających w tyle maruderów. Do przewozu części amunicji bojowej bataliony zarekwirowały po dwa wozy. Oddziały dywizji znajdujące się przed pułkiem pomaszerowały tego dnia do Kańczugi, nasz pułk pełnił funkcję pozostawionej straży tylnej i spędził noc w Zarzeczu.

18 września. W deszczowej pogodzie przez Kańczugę, Krzywą

W Chmielniku pułk dogonił oddziały dywizji idące przed nim. Nasza brygada połączyła się w Chmielniku, tam też pułk spędził noc w obozie pod gołym niebem. Drogi zepsuły się od długotrwałego jesiennego deszczu, a żołnierze brodzili w błocie po kostki. Z powodu braku chleba ludzie ukradkiem – wbrew zakazowi – jedli przeważnie niedojrzałe owoce. Przez złą pogodę i niedojrzałe owoce wielu ludzi zachorowało na czerwonkę [dyzenterię].

19 września. Tego dnia nasza brygada maszerowała razem, pułk na czele kolumny przez Tyczyn do Zarzyce [Zarzecze koło Lutoryża/Boguchwały].

Pułk w tej miejscowości spędził noc, podczas gdy w przeciwieństwie do niego 31. pułk honwedu pozostał w Siedliskach i ubezpieczał oddziały. Przez cały dzień i całą noc padał deszcz, a żołnierze i konie ponownie znajdowali się w obozie pod gołym niebem; chleba wciąż jeszcze nie było.

20 września. Korpus armijny zarządził na ten dzień odpoczynek, aby pozostający w tyle i pomieszany tabor mógł doprowadzić się do porządku. Nasz pułk nie otrzymał rozkazu zmieniającego te wytyczne i wyruszył w nakazanym kierunku, jednak z powodu trwającego od trzech dni deszczu i niezwykle rozmokłej drogi nie zdołał dotrzeć do miejscowości Różanka. W związku z tym, za wiedzą dowództwa dywizji, pułk pozostał na nocleg w Brzeżance. (...)"

Znad Sanu uchodzili nie tylko żołnierze, ale przede wszystkim to, co było równie cenne, czyli tabory z zaopatrzeniem, amunicją, żywnością dla ludzi i paszą dla koni. Kuchnie i warsztaty polowe oraz kuźnie. Cały sprzęt wojskowy, jaki tylko można sobie wyobrazić.

Z relacji Antoniego Goraja [str. 33]: 

“(...) Jednego z takich wieczorów, gdy cofająca się armia austriacka zatrzymała się na noc na linii bojowej Łańcut - Kańczuga - Jarosław, wpadł do nas jakby z nieba brat Andrzej na koniu, już wówczas podoficer, ze swą wspaniałą sylwetką żołnierza bojowego. Wyjaśnił, że jego bateria artylerii konnej zatrzymała się na noc w Kańczudze, a on otrzymawszy zezwolenie przyszedł nas odwiedzić i pożegnać się na pewien czas. Liczono się z tym, że za kilka dni mogą wkroczyć wojska rosyjskie. 

Rozmawiał z nami do późnej nocy i dzielił się różnymi epizodami z toczących się walk, pełnych niespodzianek, które Rosjanie zdołali im przygotować.


[źródło]
[opis za Austriacką Biblioteką Narodową: czołówka kawalerii w dolinie rzeki Fella, Włochy]


Najbardziej zaskakujący incydent przeżyli pierwszego dnia wojny, podczas przekraczania granicy pod Sieniawą, za którą na skraju lasu Moskale umieścili ukryte na drzewach karabiny maszynowe z obsługą i amunicją. Oczywiście, straż przednia austriacka patrolująca teren niczego nie zauważyła i poszła spokojnie naprzód, lecz kiedy siły główne zbliżyły się na odległość strzału, rosyjska obsługa otwarła ogień.

ー Trudno opisać, co działo się wówczas w naszych szeregach 一 opowiadał brat. ー Doszło do popłochu i zamieszania, jedno wielkie kłębowisko ludzi, koni i sprzętu. Grozę położenia potęgowały jęki rannych i rżenie koni. Zanim artyleria z naszej strony zdołała otworzyć ogień z szrapneli, żeby śmiałków postrącać z drzew, ponieśliśmy duże straty. Ale pierwszy chrzest bojowy przeżyłem szczęśliwie i dzięki Bogu ocalałem! (...)” 

W drugiej połowie września 1914 r. stało się jasne, że kwestią czasu jest wejście armii rosyjskiej do Kańczugi i dalej na zachód. Sytuacja w całej okolicy robiła się coraz trudniejsza, a czasami wręcz groźna. Warunki pogodowe, sanitarne, przepływ wojsk i cywilów spowodowały narastanie chorób zakaźnych, pojawiła się czerwonka, a z nią ofiary śmiertelne. 


[mapa odwrotu 4. Armii w okresie 11-27.09.1914 r.]

W Białobokach niedaleko Sieteszy i Kańczugi nie było inaczej. W pracy pt. “Białoboki, Mikulice, Ostrów i Wolica do 1945 roku” jej autor Janusz Słyś zebrał relacje z kroniki szkolnej i wspomnienia mieszkańców [str. 116]:

“(...) w lipcu zarządzono mobilizację. We wsi ruch, kucie koni, wyjazd rezerwistów, forszpanów, płacz matek, żon, dzieci nie do opisania. W początkowej fazie wojny wojska rosyjskie miały zdecydowaną przewagę. Dnia 21 września w Białobokach pojawiły się pierwsze patrole kozackie, a za nimi przyszła piechota i artyleria rosyjska. W budynku szkoły zamieszkało kilku oficerów i popów, a klasach żołnierze, którzy zniszczyli część akt szkolnych, sprzęty i pomoce. Wojska rabowały dobytek ludzi. Po miesiącu nastąpił odwrót wojsk rosyjskich, a okolica była ostrzeliwana przez artylerię. Gdy weszły wojska austriackie w wiosce urządzono skład amunicji i stanął tren - tabor wojskowy z zaopatrzeniem i wyposażeniem dla wojska. Niedługo inicjatywę ponownie przejęli Rosjanie i 7 listopada w Białobokach ponownie pojawiły się patrole kozackie a za nimi główne siły rosyjskie. 

Ciągle chodzili Moskale to za wozami, to za bydłem, to znów za prowiantem rabując przy tem co się dało. (...)”

W publikacji “Przeworskie zapiski historyczne” autorzy zebrali relacje z pierwszej okupacji rosyjskiej w mieście [str. 26]:

“(...) W Przeworsku, po odjeździe legionistów, zapanowało przygnębienie, szczególnie wśród rodzin, które żegnały swych synów. Miasto pośpiesznie opuszczały rodziny żydowskie. Zamykano sklepy i magazyny. Narastały trudności życia codziennego, szczególnie u tych którzy na czas nie zaopatrzyli się w zapasy żywności i artykułów codziennego użytku. Zaczęły rosnąć ceny na pieczywo, nabiał. Targowisko świeciło pustką.

Rosjanie 19 września weszli do miasta od strony północnej. Pierwsze pokazały się podjazdy kozackie. One dopuściły się rabunków w opuszczonych domach żydowskich. Poszukiwano wódki. Rozbito składy spirytusowe. Nadeszła piechota plądrowała dalsze domy, nie oszczędzając pozostałe rodziny żydowskie. Zniszczono browar i magazyny cukrowni. Ucierpiał pałac Lubomirskich.

Porządek nastał po objęciu władzy w mieście przez komendanta wojennego. (...)”


[źródło]
[opis za Austriacką Biblioteką Narodową: patrol drogowy kawalerii wraca do swoich kwater po inspekcji na froncie Isonzo]


Antoni Goraj tak opisuje pierwsze wejście rosyjskich sołdatów do Sieteszy [str. 36-37]:

“(...) Potem zapanowała cisza, trwająca aż do nocy, w czasie której wkroczyły do wsi wojska rosyjskie. Z ich przybyciem zaczęła się istna Sodoma i Gomora, gdyż wygłodniali żołnierze bili bezustannie pięściami w drzwi wejściowe i kopali butami, wołając po rosyjsku: «Gospodarzu, dajcie trochę chleba i mleka!» Wreszcie nad ranem wszystko ucichło.

Z rana znowu przewalali się gromadnie żołnierze, podejmujący rozmowy. «Teraz wyście nasi, a my wasi!» Nie przeszkadzało im to zabierać chłopom chleb, sery i masło, za czym węszyli po izbach i komorach. Na dworze zaś zabijali zręcznie knutami ujrzane kury, które musieliśmy trzymać w ukryciu, inaczej wybiliby je doszczętnie. Domy zamknięte na kłódkę starali się otworzyć, wyłamując skoble. 


[źródło]
[opis za Austriacką Biblioteką Narodową: rosyjski żołnierz]


Źle zaopatrzony żołnierz rosyjski, o którego nie troszczyło się dowództwo, był bardzo często zmuszony zaopatrywać się w żywność na własną rękę, jednak wieś broniła się jak mogła używając różnych wybiegów. W naszym domu te nieproszone wizyty ustały z chwilą, gdy wprowadziło się do nas na kwaterę kilku podoficerów, którzy nie wiadomo skąd przynosili kurczaki. Kazali je sobie piec na wieczorne uczty, podczas których pili duże ilości herbaty z kostką cukru umieszczoną w ustach (typowy ówczesny sposób picia herbaty przez Rosjan), bez uprzedniego słodzenia jej cukrem. Używając w ten sposób cukru przy jednej kostce mogli wypić nawet dwie szklanki herbaty, mając złudzenie, że ciągle jest słodka.

Wielojęzyczna armia rosyjska składała się nie tylko ze Słowian. W jej szeregach znajdowały się również ludy Azji Środkowej i Zakaukazia. Byli to w większości ludzie nieokiełznani o niepohamowanej naturze, gotowi do gwałtu na kobietach. (...)”

Autor kroniki szkolnej z Łopuszki Wielkiej odnotował:

“(...) Wojna, tocząca się z początku na terenie Królestwa Polskiego, zaczęła się przybliżać. Z końcem sierpnia słyszeliśmy już głuche strzały armatnie, zaś z końcem września wojska rosyjskie zajęły wieś. Do budynku szkolnego prawie codziennie przybywały patrole rosyjskie z żądaniem noclegu w salach szkolnych. 

Było zimno. Palono ławkami, aktami szkolnemi, mimo ofiarowanego przez kierownika drzewa i węgla. Po 3 tygodniach wojska rosyjskie zostały odparte, lecz nie na długo. Z początkiem listopada 1914 kierownik zakopał cenniejsze akta szkolne do ziemi, a sam wyjechał końmi do Węgier, gdzie przebył drugą inwazję rosyjską. (...)” 

Pod koniec września 1914 r. napór armii rosyjskiej zatrzymał się w pasie pomiędzy Jasłem a Gorlicami. 


[źródło]

26 września 1914 r. w Bieczu pojawiły się nawet patrole rosyjskie, ale szybko odjechały. Zapanował chwilowy spokój. W okolicy stacjonowały pułki LIR 9 oraz LIR 10 należące do 52 Brygady Piechoty Landwehry - jednostki podległej 26 Dywizji Piechoty Landwehry w strukturach IX Korpusu.

“(...) Krwawiąc z tysiąca ran, 52 Brygada Piechoty Landwehry powróciła w ponury region Moszczenicy za Wisłoką po trzech tygodniach walk i marszów. Jesienne niebo było monotonnie szare, a morale niskie. Dwie trzecie sił mobilizacyjnych dwóch pułków Landwehry, nr 9 i 10, już zginęło. 

Najlepsi oficerowie i najlepsi żołnierze służby czynnej zostali pogrzebani pod trawą.

Ale pomimo tego wszystkiego, gdy trudy odwrotu zostały przezwyciężone, a dwa poważnie okrojone pułki zostały uzupełnione przez przybycie pierwszych batalionów marszowych, dołączyli oni do kampanii jesiennej z odnowionym duchem walki po krótkim okresie rekonwalescencji… (...)” [str. 72]


[źródło]
[opis za Biblioteką Kongresu: trudna droga dla austriackiej artylerii w okolicy Strzyżowa]


Wrzesień 1914 r. zakończył się dla pułków nad Sanem niezwykle krwawo. Czytałam niekończące listy poległych, które jednak nie wskazywały, gdzie ostatecznie znaleźli oni miejsce wiecznego spoczynku. Skądinąd wiadomo, że ciała były przerzucane transportami na tyły i grzebane w okolicznych miejscowościach na podejściu do Sanu. Czy takie transporty dotarły również do Kańczugi?

Żołnierze 52 Brygady Piechoty Landwehry rozlokowali się w okolicy miejscowości Moszczenica i Strzeszyn, pomiędzy Bieczem a Gorlicami, gdzie uzupełniano stany osobowe, zapasy, żywność itp., przygotowując się do kolejnej ofensywy w Galicji. Po przegrupowaniu armia austro-węgierska ponownie podjęła wysiłek i ruszyła na wschód, nad San. Pułki LIR 9 oraz LIR 10 wyruszyły ze swoich kwater w Moszczenicy 4 października 1914 r.


[źródło]
[obszar działania 52 Brygady Piechoty Landwehry 4-12 października 1914 r.]


“(...) Zbliżał się więc 4 października. Był to ponury, deszczowy jesienny dzień. Rozkaz wydany poprzedniego wieczoru stanowił, że 26. Dywizja Piechoty Landwehry, jako drugi rzut IX Korpusu, miała być gotowa do wymarszu o godzinie 11:00 w pobliżu północno-wschodniego skrzyżowania ze Strzeszynem, w następującej kolejności: awangarda pod dowództwem generała majora Gößmanna z LIR10 wraz ze szwadronem i artylerią oraz grupa główna pod dowództwem generała majora Seidlera z LIR9 i pozostałymi oddziałami dywizji. Tam oddziały musiały stać godzinami po przybyciu na otwartej drodze, brodząc po kostki w błocie i w ulewnym deszczu. 


[źródło]
[opis: żołnierze węgierskiego Honwedu maszerujący na linię frontu nad Dniestrem, koniec 1916 r.]


Ponieważ cały korpus maszerował w jednej kolumnie, 26. Dywizja Piechoty Landwehry mogła zostać ruszona dopiero o godzinie 16:00, po dołączeniu do niej taborów 10. Dywizji Piechoty. 

Opóźnieni przez powtarzające się utrudnienia spowodowane grzęźnięciem wozów, wojska posuwały się na wschód zniszczoną deszczem drogą na lewym brzegu rzeki Ropy, przechodząc przez Biecz i docierając późną nocą do Przysiek (LIR10) i Siedlisk (LIR9). Noc 5 października spędzili w tych dwóch wsiach, w ciasnych i zimnych kwaterach. (...)” [str. 79]


[źródło]
[opis za Austriacką Biblioteką Narodową: odpoczywający żołnierze piechoty, w tle kawaleria na koniach przed Krakowem]


Początek ofensywy październikowej nie był może imponujący i pełen werwy, ale skuteczny. W okolicy Kańczugi celem operacyjnym pułków LIR9 i LIR10 było przejęcie Pruchnika, co nastąpiło 9-10 października 1914 r. Pogoda wciąż nie dopisywała. 

“(...) Krótko przed godziną 4:00 rano, gdy awangarda LIR10 zbliżyła się do południowego krańca wsi Hucisko Nienadowskie, wybuchła potyczka. Wkrótce nadeszły meldunki, że wzgórza na północ od wsi i lasy pruchnickie zostały zajęte przez Rosjan. Lewe skrzydło dywizji, LIR12, napotkał tam w pobliżu Woli Rzeplińskiej wojska wroga. (...) Z lasów Jodłówki strzały karabinowe padały na nacierające roje Dziesiątek. Lecz oni parli na wroga w głąb lasu. Gdy wczesnojesienna noc zapadała około godziny szóstej, strzelanina stopniowo ucichła. Zabłąkane strzały, które od czasu do czasu odbijały się echem od lasów Jodłówki, sprawiały wrażenie, że Rosjanie wciąż tam stoją. Około tej godziny LIR9 dotarł przed Hucisko Nienadowskie. Ponieważ, biorąc pod uwagę niejasną sytuację, kontynuowanie ataku przez porozrzucane lasy i pagórkowaty teren w ciemnościach nocy w nieznane wydawało się nierozsądne, a wyczerpane oddziały ledwo mogły dotrzeć do Pruchnika, dowódca dywizji wydał rozkaz na nocny odpoczynek.


[opis za Biblioteką Kongresu: trudny transport dla austriackiej artylerii na północnym teatrze]


Ulewny deszcz lunął z ciężkich chmur, gdy LIR9 wkroczył do Huciska Nienadowskiego, gdzie miał rozbić obóz w bezpiecznej, gotowej do walki pozycji. Noc była przenikliwie zimna; żołnierze drżeli z zimna w przemoczonych ubraniach i butach, tłocząc się w swoich kwaterach, by znaleźć choć trochę ciepła. 

“Dziesiątkom” powiodło się jeszcze gorzej. Pod brawurowym dowództwem majora Rußa, 1. i 2. Batalion, w szyku bojowym, przekroczyły lasy Jodłówki tej samej okropnej, deszczowej nocy i posuwały się tuż za wycofującą się rosyjską strażą tylną aż do południowej części Pruchnika. Tam pozostały na pozycjach gotowych do walki, podczas gdy rosyjscy maruderzy wciąż tkwili w północnej części miasta. (...) Wkrótce potem, o godzinie siódmej, nadszedł następujący rozkaz z dowództwa korpusu: 

"9 października 4. Armia stoczyła walkę z 5–6 wrogimi dywizjami piechoty na wzgórzach Łańcuta; wynik tego starcia jest wciąż nieznany. W pobliżu Kańczugi doniesiono o wrogim VII Korpusie [msz: rosyjskim]. (...)

IX Korpus, zabezpieczając Kańczugę, ma nacierać w kierunku Jarosławia w taki sposób, aby dotrzeć do Mokrej do południa; na wschód od 26. Dywizji Piechoty Landwehry III Korpus posuwa się w kierunku Rokietnicy”. (...) [str. 87-88]


[stan na 8 października 1914 r.]


"(...) Wspomnieliśmy już, że 1. i 2. batalion LIR10 wdarły się poprzedniego wieczoru do południowej części Pruchnika, podczas gdy rosyjskie straże tylne pozostały w północnej części miasta. Rankiem 10 października pułk dotarł do północnego krańca rozległego miasta, biorąc do niewoli około 50 całkowicie wyczerpanych rosyjskich maruderów.

Oddział kawalerii zdobył uwięziony w mieście rosyjski tabor, w którym, ku wielkiej radości głodujących żołnierzy, znajdowały się setki napełnionych puszek, a także tak bardzo potrzebny chleb.

Podczas gdy oddział szturmowy LIR10 był już w Pruchniku, oczekując na przybycie dywizji, stało się wreszcie jasne, że Wzgórza Rączyny są wolne od wroga. Generał dywizji Gößmann wraz z LIR9 i LIR11 ruszył następnie z Huciska Nienadowskiego przez Jodłówkę i dotarł do Pruchnika o godzinie 14:00. 

Ten marsz również był uciążliwy. Przez cały dzień padał deszcz, zmieszany z pierwszymi mokrymi płatkami śniegu. Żołnierze brodzili po stopę w błocie i mogli posuwać się tylko bardzo powoli. (...)

Z Pruchnika kontynuowali marsz w kierunku Mokrej, podczas gdy LIR10 przekroczył bagniste obniżenie Mleczki w pobliżu Chorzowa – i dotarł do Rudołowic przez Czelatyce. 

Zanim jeszcze przekroczyli dolinę potoku, która przypominała szeroki, czarny muł, oddziały rozpoznawcze doniosły, że słabsze siły rosyjskie zajęły pozycje na wzgórzach na wschód od Bystrowic. (...)" [str. 89]

W górnym biegu potoku Mleczka rozgorzała potyczka. Odezwała się artyleria po obu stronach. 


[źródło]


“(...) Zapadła już noc, a zmęczenie żołnierzy położyło kres pościgowi. Dowódca dywizji [msz: 26 DP] również chciał się cieszyć zdobytym terytorium, ponieważ wycofujący się wróg najwyraźniej ponownie ugruntował swoją pozycję w lesie Mokra.

Do wieczora 10 października 52. Brygada Piechoty Landwehry, po serii drobnych potyczek, wywalczyła sobie drogę z lasów Pruchnika do doliny potoku Mleczka. Od równiny Sanu brygadę oddzielał jedynie most u podnóża wzgórz Mokrego znajdujących się na wschodzie. (...)” [str. 90]

Kańczuga, Pantalowice i Żuklin znalazły się na granicy działania dwóch armii: 3 z IX Korpusem, a w tym z 26 DP (LIR9 i LIR10) oraz 4 z XVII Korpusem, przy czym bezpośrednia odpowiedzialność za ten rejon była przypisana do 19 Dywizji Piechoty, pod dowództwem feldmarszałka Karla Lukasa. 

Wg dziennika sztabu 19 DP w dniu 10 października 1914 pułki: 

IR35, LIR29, FJB6, FJB22 miały się kierować na linię Chodakówka-Lipnik, a następnie przez Sietesz do Kańczugi, Mokrej i Muniny;

IR75, IR88 skierowano do Husowa, a później do Siedleczki, Siennowa i w kierunku miejscowości Tuczępy.

W dzienniku sztabowym relacjonowano [materiał w j. niemieckim dzięki uprzejmości Tomasza Woźnego, tłumaczenie Katarzyna Kmiotek]:

“(...) 10 października (...) Drogi były skrajnie zabłocone, ponieważ od wielu dni padało niemal bez przerwy. Ani własna artyleria, ani tabor nie mogły dotrzeć do dywizji. Od 3 dni brakowało nawet taboru komanda dywizji. 

9.15 rano Dowództwo Dywizji przybyło do Kańczugi, z kierunku południowego słychać było odgłosy artylerii i broni maszynowej. (...)”


[źródło]


Zadaniem 4. Armii na 10 października 1914 r. było dotarcie do linii wyznaczonej przez szosę Jarosław-Radymno-Przemyśl. W tym dniu padał ulewny deszcz.

Dragoni z 6DR ponownie znaleźli się w okolicy Kańczugi i ponownie najbardziej dokuczliwa stawała się pogoda w połączeniu z fatalnymi drogami. Wydawało się, że to głównie wszechobecne błoto spowalnia działania bojowe na froncie w Galicji [str. 275-276]:

“(...) Pod Kańczugą oddział kawalerii [msz: z 6DR] zaatakował strzelającego wroga przez wezbrany, stromy strumień, gdzie został ranny między innymi plutonowy Franz Rothmüller. 


[foto własne, droga z Żuklina do Krzeczowic]

W okolicach Kańczugi oddziały Zimburga i Skrbenskiego wzięły ponad 50 jeńców, odparły oddział kawalerii wroga i dostały się pod ciężki ogień artyleryjski na drodze do Krzeczowic, ciężko raniąc wachmistrza z 14 Pułku Dragonów. 6 Dywizja Kawalerii również napotkała ostrzał odłamkowy na wzgórzach na wschód od Kańczugi, skręcając przez Bóbrkę, ale nie mogła posunąć się dalej niż folwark Gaj, ponieważ wzgórza w pobliżu Siennowa i Rożniatowa po tej stronie rzeki Mleczki nadal znajdowały się w rękach wroga. (...)"


[źródło]
[opis za Austriacką Biblioteką Narodową: artyleryjskie stanowisko obserwacyjne]


Jak się przekonałam, ten konkretny punkt przy drodze do Krzeczowic był miejscem, gdzie obie armie chętnie umieszczały stanowiska bojowe artylerii. Jest to szczególnie uderzające, kiedy się stanie na szczycie Wzgórz Żuklina - na nomen omen - Mogile.

i dalej za relacją 6 DR:

"W oparciu o wyniki rozpoznania, 10 października 19DP przystąpiła do ataku na te pozycje, włączając się jednocześnie – od strony wschodniego krańca Łapajówki – do walki prowadzonej przez 41. Dywizję Piechoty Landwehry (LITD). Początkowo jednak dywizja nie odnosiła sukcesów z powodu braku dział; jej artyleria dywizyjna nie była w stanie nadążyć za oddziałami od pięciu dni, utknąwszy na fatalnych drogach. 

Dopiero wieczorem, gdy do walki ogniowej włączyły się przydzielona bateria górska oraz bateria rezerwowa, przeciwnik wycofał się. 


[źródło]
[opis za Austriackim Archiwum Narodowym: ułani i dragoni podczas marszu]


Pod wieczór oddział Zimburga dotarł do miejsca postoju kawalerii dywizyjnej w Pantalowicach. Tam żołnierze ponownie napotkali kuchnie polowe oraz niewielki tabor (wozy konne z owsem). 

Zaopatrzenie w żywność podczas opisywanego marszu było tak nieregularne, że trzeba było polegać wyłącznie na zasobach lokalnych – czyli zadowalać się tymi nielicznymi produktami, które akurat udało się zdobyć lub znaleźć. (...)” 


[stan na 10 października 1914 r.]


10 października 1914 r. udało się armii austro-węgierskiej odblokować twierdzę Przemyśl, ponownie rozgorzały krwawe walki nad Sanem. Jednak radość z sukcesu nie trwała długo, opór armii rosyjskiej nad Sanem stężał. Wojskom austro-węgierskim nie udawało się sforsować rzeki, co było głównym celem w tej ofensywie. 

Co gorsza 3. Armia rosyjska pod dowództwem gen. Radko Dimitriewa, która stawiała opór w tym pasie walk, 19 października przeszła przez San na południe od Sieniawy pod Leżachowem i Manasterzem, tworząc najpierw przyczółek, a potem go rozszerzając. [Sławomir Kułacz, “Kapelan Karl Gögele w Przeworsku” w “Wielka wojna wyzwań duchowych”, str. 140].

Ks. Józef Mazurek, który wybrał się w październiku 1914 r. w okolice Grodziska i Gniewczyny Trynieckiej nad Sanem, tak opisywał swoje wrażenia z obserwacji niedalekiej już przecież strefy walk, opublikowana 30 października 1914 r. w gazecie Głos Narodu, nr 267:

“(...) Wszedłem na wzgórza, z których roztacza się rozległy widok na całą okolicę. Widać stamtąd Jarosław, Przeworsk, Sieniawę, rzeki Wisłok, San itd. Oczom moim przedstawi się groźny widok. Bitwa w owym dniu dosięgała wówczas właśnie kulminacyjnego punktu. Co prawda z tej odległości nie było słychać strzałów karabinowych, za to huk armat niczem nie wstrzymany dochodził tem lepiej. Ciężkie armaty grzmią bez końca. Widać wznoszące się na linii Sanu białe dymy po wystrzałach armatnich. Wiatr je porywa i rozwiewa. Od czasu do czasu widać błysk w powietrzu. To pękają i rozpryskują się pociski. Znam dokładnie leżące tam wioski i po powstającym dymie poznaję pozycye artyleryi i ilość dział stron walczących. Względy wojskowe nie pozwalają mi jednak na tem miejscu podawać bliższych szczegółów. To znane już z depesz urzędowych, zażarte walki na linii Sanu pod Sieniawą. 

Ludzi nie widać. Ale na tej rozległej a widocznej dokładnie przestrzeni kryją się oni i krzątają w ognistym deszczu padających pocisków wśród zamętu walki. 

Nie słychać zgiełku ludzkiego. Wieje tylko silny wiatr i przynosi tem lepiej huk armat. Strefa oddzielająca walczących ciągle się zmienia. Walczący odbierają sobie brzegi. Nie mogłem narażać się na odcięcie. Wobec tego w dwóch godzinach musiałem myśleć o odwrocie. (...)”

i dalej:

“(...) W drodze powrotnej opowiadał mi pewien gospodarz w Gniewczynie następujący przebieg bitwy, jaka się tam rozgrywała. Kiedy Moskale cofali się poza San, ustępowali szybko z Gniewczyny. Prowizoryczny most na rzece Mleczce zniszczyli. 


[źródło]
[opis za Muzeum Fotografii w Krakowie: Przeworsk, zniszczony most drogowy na rzece Mleczce, listopad/grudzień 1914 r.]


Nasze wojska postępowały już za nimi. Rosyanie ażeby przeszkodzić w pościgu, chcieli zniszczyć jeszcze kładkę na rzece Mleczce. Podłożyli słomę, podpalili i odeszli do rowów strzeleckich na polach. Tymczasem chłopi przybiegli, zalali wodą i ugasili ogień, przez kładkę przeprowadzili naszych żołnierzy i poprowadzili ich krajem lasu na tyły Moskali. Gdy ci usłyszeli za sobą karabiny maszynowe, zaprzestali walki. Nasi wzięli około 500 Rosyan do niewoli, a między nimi popa rosyjskiego. 

Jest to drobny epizod walki. Nie będzie o nim zapewne pisać historya, ale pozostanie zawsze w pamięci mieszkańców tej wioski. (...)”

W czasie swojej październikowej wyprawy nad San ks. Józef Mazurek spotkał także żołnierza, który przerwę w walkach wykorzystał na odwiedzenie rodziny. Razem wędrowali przez jakiś czas:

“On wrócił do ognia, a ja przeprawiłem się przez Wisłok we wsi Gniewczynie na północny brzeg rzeki.”

Ostatnie walki nad Sanem stoczono 4 listopada 1914 r., po czym armia austro-węgierska rozpoczęła odwrót.

Relacja 52 Brygady Piechoty Landwehry (pułki LIR9 oraz LIR10), należącej do 26. Dywizji Piechoty Landwehry (3. Armia), z okresu od 4 do 11 listopada 1914 r., która walczyła w pasie na południe od Kańczugi:

“(...) Kiedy wieczorem 4 listopada dwa ojczyźniane pułki obrony krajowej opuściły pola bitew nad Sanem, nikt zdawał się nie dostrzegać konieczności tego odwrotu, bo nikt jej nie odczuwał. Plutony strzeleckie, które w niektórych miejscach znajdowały się zaledwie 80–200 metrów od rosyjskich okopów, wycofały się spokojnie. Kompanie spokojnie się zebrały, a bataliony uformowały w kolumny.

52. Brygada Piechoty Landwehry, rozmieszczona na odcinku Sośnica-Ostrów, wymaszerowała w czterech kolumnach. (...)

W ten sposób pułki 26. i 10. Dywizji Piechoty posuwały się promieniście na zachód od Sanu, próbując dotrzeć do Rokietnicy i Rudołowic w nocnym marszu. Za nimi rozbrzmiewał grzmot ciężkiej artylerii, saperzy wysadzali mosty drogowe, a w Sośnicy i Świętym wybuchały pożary. 

Około północy kolumny, dowodzone przez pułkownika Rudla i generała dywizji Gößmanna, dotarły do ​​Rokietnicy. Po krótkim odpoczynku kontynuowały marsz przez noc w kierunku Pruchnika, gdzie o świcie przybył major Uss z silnie wyczerpanym LIR10. Pozycja obronna została ustanowiona na wschód od miasta, na lewym brzegu Mleczki. Ponieważ wróg nie podążał za nami, a także sąsiednia 10. Dywizja Piechoty podążała za nami tylko niechętnie mniejszymi oddziałami, kompanie LIR10 zostały jeszcze przed południem wycofane do kwater w Pruchniku. 


[źródło]
[Galicyjscy bieżeńcy w Radymnie]


Setki wozów konnych (“panjewagen”) wyładowanych rupieciami przetaczały się ulicami tego małego miasteczka. Ludność, której część żydowska próbowała uciec przed powracającymi Rosjanami, ogarnęła panika. (...) 

6 listopada 26. Dywizja Piechoty Landwehry kontynuowała odwrót. 10. Dywizja Piechoty nadal osłaniała lewy brzeg potoku Mleczka, a LIR9 początkowo pozostał z nią w rejonie na południowy wschód od Kańczugi. LIR10 wyruszył z Pruchnika o szóstej rano. Marsz wiódł przez zalesione wzgórza, przez Jodłówkę i Jawornik Polski do Szklar. 

Następnego dnia, tj. 7 listopada, LIR10 wyruszył do Błażowej i spędził tam noc. W tym czasie LIR9, wraz z 10. Dywizją Piechoty, dotarł do Dylągówki z Pantalowic przez Manasterz, Hadle i Jawornik Polski. (...) 

Oba pułki pozostały nietknięte przez wroga i wycofały się tego samego ranka. Maszerowały z zawrotną prędkością przez Ujazdy, Barycz i Murowankę, tą samą drogą, co cztery tygodnie wcześniej, z powrotem do Domaradza. (...)” [str. 123-124]


[obszar działania 52 Brygady Piechoty Landwehry 4 listopada - 7 rudnia 1914 r.]

Na podejściu do Sanu od strony Kańczugi, Pantalowic, Siennowa i Pruchnika wciąż poruszały się jednostki wojskowe, poczynając od sierpnia, nieustannie do listopada 1914 r. 

Ilu poległych i zmarłych z ran pozostało na ziemi kańczuckiej, w okolicy Siedleczki, Sieteszy i Pantalowic? Ilu poległo nad Mleczką i podejściu na wzgórza Żuklina jesienią 1914 r.? Do niedalekiego Pruchnika zwożono rannych i poległych na brzegach Sanu. Czy podobnie zrobiono w Kańczudze i Pantalowicach? Jeśli tak, to gdzie ich pochowano? Czy, podobnie jak w Pruchniku, obszar cmentarza wojennego został wchłonięty przez lokalną zabudowę?

Śladów takich pochówków w dokumentach nie znalazłam, ale to oczywiście nie oznacza, że gdzieś tam ich nie ma, schowanych w tysiącu fiszek i pudełek, wśród milionów wpisów, na niekończących się listach strat.


W ruchu i spoczynku


W pierwszej połowie listopada 1914 r. Kańczuga z okolicami ponownie znalazła się pod okupacją rosyjską, pod którą pozostała do połowy maja 1915 r. 


[sytuacja na 15 listopada 1914 r.]

W relacji z listopadowego odwrotu pułków austro-węgierskich zwraca szczególną uwagę panika, jaka ogarnęła ludność żydowską. Społeczność ta była często obiektem wyzysku, grabieży i przemocy ze strony rosyjskiego okupanta. Pod tym względem żydowska część mieszkańców Kańczugi mogła zareagować podobnie i podjąć decyzję o wyjeździe. Relacja Żyda, mieszkańca niedalekiego Pruchnika z jesieni 1914 r., która ukazała się w gazecie Ziemia Przemyska z 5 listopada 1914 r., nr 47:

"Moskale w Pruchniku.

Krwawy sądny dzień. 

O wejściu do Pruchnika Moskali donosi nam naoczny świadek, jeden z tamtejszych żydów. Oto jego relacya:

Od kilku dni dochodziły nas głuche wieści o pochodzie wojsk rosyjskich, o bezprawiach kozackich. Nie chcieliśmy najpierw wierzyć tym pogłoskom, których każdy dzień przynosił coraz więcej i coraz potworniejszych. Oto między innymi opowiadano, że Moskale wszystko palą, rabują i znęcają się najbardziej na żydach. 

Trwoga nasza rosła. 

Uciekać zapóźno, a choćby, chciał ktoś, to nikt kto miał jakąś dryndę i szkapę jechać nie chciał, jużto z powodu złego stanu dróg, jużto z obawy spotkania po drodze Moskali. Zresztą gdzie i dokąd uciekać? Z deszczu pod rynnę?

Trwając w modlitwie o zmiłowanie Boże, czekaliśmy z niepokojem wypadków. 

Jakoś (w połowie września) rano przyjechały gościńcem od Jarosławia pierwsze kozackie patrole. Wkrótce za nimi przyszły oddziały wojska, które trzeba było potem porozmieszczać w domach jak najlepiej. 

Kilku wyższych oficerów trzymało żelazną ręką żądnych rabunku i wybryków sołdatów. 

Wrażenie pierwsze straszne przeminęło.


[źródło]
[Galicyjscy bieżeńcy w Jarosławiu]


I tak płynęły dzień po dniu, przynosząc tylko nieznaczne zmiany. 

Nadeszły święta nasze - i tu wzrosła nasza trwoga i zaczęły się dla nas żydów: ciężkie chwile. Poczęły krążyć bowiem pogłoski, że Kozacy mają urządzić podczas świąt pogrom.

Dzień mijał znowu za dniem, aż wreszcie nadszedł ten straszny z trwogą oczekiwany sądny dzień. 

Bóżnica zapełniona była po brzegi. 

Modliliśmy się bardzo gorąco do Jehowy, bo bardzo baliśmy się Moskali. 

Nagle ktoś krzyknął „Moskale idą!“ Zrobiła się cisza na krótką chwilę a zaraz tumult, krzyk, płacz, lament i ucieczka w panice. 

Wśród nawoływań i krzyków, wśród zrozpaczony wrzasków i płaczu kobiet podnosiły się ciche, ledwo słyszalne jęki poduszonych dzieci. Ratować się ucieczką było już zapóźno; wąskie przejście bramy powstrzymało wszystkich. Nie wiem co wtedy działo się dalej. Przez drobne szyby widziałem tylko jak wszyscy trwożnie uciekali ulicami, jak ryglowano drzwi domów, zasłaniano okna. 

A my, każdy z duszą na ramieniu czekaliśmy może minut parę, może parę sekund, nie wiem - jak grom, jak straszna jakaś nawałnica przycwałowali Kozacy, nahajki mając w rękach i wejściem głównem wjechali do wnętrza - krzyk, pisk, lamenty, zawodzenia nie do opisania. A Kozacy z chórem dzikich okrzyków dzielą razy nahajkami to na prawo, to na lewo, nie patrząc czy to starzec nad grobem stojący, czy kobieta lub dziecko.

Biją i biją pędząc wszystkich ku wejściu. Nie wiem jak długo to trwało. Na ulicy jakiś nieokreślony, nie dający się porównać dziwny krzyk, który grozą napełniał powietrze. Jęczały mury, echo kopyt końskich tłukło się gdzieś po rogach, zdawało się że to żniwo śmierci. Wyczołgaliśmy się prawie że ostatni. Widziałem jakąś kobietę, staruszkę, która opluwana i zbita niosła w asyście dwu kozaków, garnek w którym, jak się później dowiedziałem musiała gotować kurę dla uświetnienia kozackiej uczty.

Po odejściu kozaków pozostały trupy."

Natomiast we wspomnieniach Antoniego Goraja z Sieteszy [str. 37] obraz nie wygląda aż tak źle, jak miało to miejsce we wspomnianym Pruchniku, czy w Bieczu, który był na zapleczu frontu gorlickiego:

“(...) Zimę 1914-1915 przeżyliśmy względnie spokojnie, z dala od frontu, który oscylował się na linii szczytów Karpat, dawnej granicy między Galicją a Węgrami. Słowacja wchodziła wówczas w obręb państwa węgierskiego, które było w unii z Austrią. 

Zaopatrzenie ludności w artykuły pierwszej potrzeby prawie nie istniało, za wyjątkiem tytoniu i machorki, które nabywało się u pokątnych handlarzy. Z braku bibułek tytoń zakręcało się w papier, najczęściej z gazety, podobnie jak czynili żołnierze rosyjscy. Sól nabywaliśmy na czarnym rynku, drogą wymiany za jajka i masło. Cukier zastępowaliśmy syropem z wygotowanych buraków cukrowych. Herbatę przyrządzało się z ziółek, z rumianku, względnie z kwiatów lipowych, a kawę z jęczmienia palonego. Podstawowym pokarmem były barszcz, kapusta, ziemniaki i chleb, ten ostatni w ograniczonej ilości, oraz nabiał. 

Ogólnie biorąc, na wsi nie cierpiano głodu, ale zboże po wymłóceniu przechowywano w ukryciu przed konfiskatą lub kradzieżą. (...)”


[źródło]
[opis za Austriacką Biblioteką Narodową: zgliszcza w Zawałowie]


Przeworsk znalazł się w znacznie trudniejszej sytuacji, brakowało żywności i podstawowych artykułów życia codziennego. W “Przeworskich zapiskach historycznych” tak opisano sytuację w mieście [str. 28]: 

“(...) W mieście panował niedostatek. Na polecenie wojennego komendanta komisyjnie magistrat otworzył sklepy żydowskie, których właściciele nie wrócili. Z utargów pokrywano płace sprzedawców, resztę wpłacano na konta właścicieli założone w komunalnej kasie. Pojawili się w Przeworsku kupcy rosyjscy, oferujący po konkurencyjnych cenach artykuły spożywcze, a wykupujący towary przemysłowe. Trudnili się też skupem od żołnierzy zrabowanych przedmiotów.

Zaczął działać komitet ratunkowy niosący pomoc ubogim. (...) Na prośbę magistratu dostarczył poważne ilości mąki dla przeworskich piekarni.

Maruderstwo ukrócono. Kwatermistrzowie rosyjscy rekwirowali paszę, ziemniaki i zboże w pierwszej kolejności na folwarkach. Płacono za nie gotówką w srebrze i złocie. Zdarzały się wypadki rabowania tych wypłat przez pozostających z płatnikiem w zmowie kozaków. 

Poważnie spadło pogłowie bydła i trzody chlewnej. Drób znikł prawie całkowicie.

W jesieni i na wiosnę zorganizowano dostawę ziarna siewnego i koni.

Dowódcy rosyjscy pozwalali żołnierzom na świadczenie usług w orce, dostawach opału zaprzęgami wojskowymi. (...)

Mieszkańcy byli coraz częściej świadkami marszu uzupełnień rosyjskich bez uzbrojenia na linię frontu. W mieście i we wsiach rozwieszano plakaty wzywające do oddawania oporządzenia wojskowego rosyjskiego i austriackiego oraz broni i amunicji za wynagrodzeniem. Zawierały one cennik na poszczególne rzeczy. Opłaty były wcale wysokie. 

Wszystko to świadczyło o wyczerpywaniu się rosyjskich zasobów wojennych. (...)”

Znalazłam tylko jedną informację, jak czas przemarszu wojsk oraz okupacji rosyjskiej przetrwał dwór Kellermanów w Żuklinie. W swoich “Wspomnieniach z wielkiej wojny” gen. Tadeusz J. Rozwadowski napisał o pobycie w maju 1915 r. [str. 634]:

“(...) Nocowaliśmy wszyscy w małym miasteczku Kańczuga, gdyż dwór był zupełnie zniszczony, a szczególniej zanieczyszczonym wewnątrz w sposób iście azjatycki, a nazajutrz, 14 maja, w dzień zupełnie już upalny, wyruszyła 12. Dywizja poprzez Zarzecze na Jarosław. (...)”

Dzisiaj trudno powiedzieć, czy generał opisał to, co rzeczywiście widział we dworze w Kańczudze, czy może uznał, że majątki ziemiańskie wszędzie wyglądały tak samo po przejściu armii rosyjskiej i stąd taka notatka we wspomnieniach spisywanych wiele lat po wydarzeniach wielkiej wojny.

W tym czasie właścicielką majątku była wdowa Kazimiera Kellerman, jej jedyny syn Witold miał 15 lat (ur. 1899 r.). Czy zdecydowała się pozostać na miejscu, czy ewakuowała się w bezpieczniejsze rejony monarchii? 

Z punktu widzenia miasteczka posiadłość leżała na uboczu, kiedy jednak weźmie się pod uwagę ukształtowanie terenu i możliwości obronne wzgórz, przy których jest położona, to sytuacja staje się poważna. Czy został zniszczony w czasie 1. wojny jak zrelacjonował gen. T. J. Rozwadowski lub uszkodzony podobnie, jak zabudowania ordynacji Czartoryskich w Sieniawie? Władysław Traczyński, “Wojenne dni w Sieniawie” [w] “O wielkiej wojnie w powiecie jarosławskim”, Jan Kuca str. 122-123]:

“(...) 1.12.1914 r. Dziś po raz pierwszy wyszliśmy z księdzem Ułazowskim i księdzem Kliszem na spacer. Dzień mroźny, ale piękny. Najpierw wstąpiliśmy do parku Ordynacji Książąt Czartoryskich. Przykry widok zaraz na wstępie nas uderzył, bramy otwarte, wiele drzew w parku wyrąbanych, pałac książęcy uszkodzony granatem, wszystkie drzwi pałacu stoją otworem. Wstąpiliśmy do pałacu - co za przykry widok - w dużych salach pałacu na pół metra gnoju, stały tam konie przez kilka tygodni. Idziemy dalej z pokoju do pokoju, wszędzie pełno końskiego i ludzkiego nawozu ani jednego sprzętu, ani jednego obrazu. Miejscami podłogi wyrąbane siekierami, okna powybijane i powyrywane z ramami, poręcze schodów porąbane. Słowem najokropniejsza ruina i zniszczenie, o jakim nikt wyobrażenia nie ma. (...) Idziemy dalej - dom, gdzie mieściło się mieszkanie pełnomocnika, spalony, sterczą tylko nagie kominy, spalone również stajnie, wszędzie pustka i zniszczenie. (...) Wracając, wstępujemy do mieszkań prywatnych Rubenbauera, Sochackiego i Życowej - wszędzie tylko pełno nawozu, gdyż z mieszkań porobiono stajnie i wychodki, wszędzie zrabowano wszystko doszczętnie do tego stopnia, że nawet ramy z okien powyjmowano. (...)” 

Dla każdej armii, zarówno własnej jak i okupanta rosyjskiego, okolice Kańczugi stanowiły przede wszystkim zasób. Konfiskaty obejmowały wszystko, począwszy od żywności, paszy, przez drób, a skończywszy na krowach i koniach. 

Relacja ks. Józefa Mazurka: 

“(...) Starałem się dowiedzieć, jak w tamtych stronach zachowywali się Moskale. Gospodarz, który mi opowiadał o powyższej potyczce, mówił, że posiadał 5 sztuk bydła. Moskale wszystko mu zabrali, a zostawili mu tylko jedną chudą krowę. W innych miejscach pozabierali konie. Naturalnie, że nikomu nie nie płacili. Tych gwałtów dopuszczali się zwłaszcza kozacy. W tamtych stronach stodoły, komory i stajnie świecą pustkami. 

W miejscowościach, w których przez 10 tygodni przebywały naprzemian nasze i nieprzyjacielskie armie, musiało wszystko być zjedzone. Wojskowy dowóz żywności nie wystarcza dla tysięcy koni i setek tysięcy ludzi. Musi ich też żywić miejscowa okolica wszystkimi swoimi produktami. To już nieodłączne i nieubłagane i straszne prawo wojny. Potrzeba będzie znowu wielu lat pracy, ażeby ziemie polskie spustoszone przemarszami i walkami milionowych armij, zapomniały o klęskach i powróciły do dawnego dobrobytu.”


[źródło]
[opis: nasi żołnierze rozbierają domy, aby wykorzystać uzyskane w ten sposób materiały do budowy umocnień]


Po polach nieustannie wędrowały oddziały rosyjskie kierowane na południe, do broniącej się twierdzy w Przemyślu. Gustaw Jahn, “Ostatnie dni lata 1914 roku w Łowcach” w “O wielkiej wojnie w powiecie jarosławskim”, Jan Kuca [str. 121]:

“(...) Żołnierze, którzy z próżniactwa, powodowani głodem żebrzą po domach o jedzenie, należą do najnieprzyjemniejszych plag wojny. Było bardzo trudno, aby dla każdego mieć coś w zapasie, a często zdarzało się, że w danym domu brakowało chleba. A właściwie to żebranie o chleb było tylko podawanym dla napadów rabunkowych. Ponownie po gwałtownym otwarciu wdarli się żołnierze rosyjscy do moich pokoi, rozrywali pudła i skrzynie i zabierali wszystko, co im podeszło w ręce. Częściowo przysłużył mi się nadmiar książek, z rozczarowaniem wychodzili Rosjanie, znajdując u mnie w moich szafach książki, wszędzie tylko książki. Nie zapomnę nigdy, gdy oni ze starej skrzyni powyciągali na światło dzienne kilka moich własnych nowel, które były tam zapomniane i zakurzone, i z rozczarowaniem rzucali je na podłogę oraz jako znawcy literatury swego rodzaju, rozdeptywali je swoimi ciężkimi buciorami.

Od plagi tego rodzaju odwiedzin byłem wolny tylko wówczas, gdy kwaterowali u mnie rosyjscy oficerowie. Byli oni na wskroś wykształconymi ludźmi, często znali język francuski i niemiecki, starali się złagodzić ciężar i cierpienia skutków wojny, na ile to tylko było możliwe, ochraniali mnie nie tylko przed przemocą ich żołnierzy, ale również przed rabunkami miejscowej ludności. (...)”

Ale nie tylko to przedstawiało wartość. Przez Kańczugę przebiegała linia kolejki wąskotorowej, łączącej Przeworsk z Dynowem. 

Kolejka została otwarta 8 września 1904 r. i służyła do transportu towarowego i osobowego. Po wybuchu 1. wojny światowej była wykorzystywana do transportu wojskowego, także w celu realizowania dostaw w okolice obleganej twierdzy Przemyśl. Co ciekawe wycofująca się we wrześniu 1914 r. armia austro-węgierska właściwie nie dokonała unieruchomienia infrastruktury kolejki wąskotorowej. Prawdopodobnie jednak w czasie pierwszej okupacji rosyjskiej nie była ona używana. 

Kiedy wojska austro-węgierskie po raz drugi opuszczały Przeworsk, Kańczugę i Łańcut na początku listopada 1914 r. spalono jeden drewniany most na Mleczce na 4,531 km linii, tj. niedaleko Przeworska. Rosyjskie władze okupacyjne sprawnie wykonały naprawę i w styczniu 1915 r. uruchomiły przewozy towarowe w celu zaopatrzenia wojsk oblegających Przemyśl od zachodu i południa. Aby usprawnić transport administracja rosyjska ściągnęła tabor z linii Łupków-Cisna. Po kapitulacji twierdzy w marcu 1915 r. znaczenie kolejki wąskotorowej zmalało, zbędne lokomotywy odesłano na trasę łupkowską. [źródło: "Kolej wąskotorowa Przeworsk - Dynów", A. Bożek, B. Pokropiński, str. 43-44].


[źródło]
[opis za Austriacką Biblioteką Narodową: transport rannych żołnierzy kolejką konną w Czernemosznie]


Ilu rannych przewiozła kolejką wąskotorową armia rosyjska spod broniącej się twierdzy przemyskiej? Dokąd trafiali? Czy zmarli zostawali na stacji w Kańczudze?

Tego się już nigdy nie dowiemy...

Wszyscy wyczekiwali wiosny, każdy z innego powodu. 

Po przegranej tzw. bitwie karpackiej z okresu luty-marzec 1915 r. sztab armii sprzymierzonych podjął decyzję o ofensywie w maju 1915 r. 


[źródło]
[austro-węgierskie oddziały w Karpatach]


Wydarzenia nie czekają


[źródło]
[odwrót rosyjskiej artylerii z Galicji Zachodniej]


Skutki bitwy gorlickiej dla 3. Armii rosyjskiej były katastrofalne, do wieczora w dniu 10 maja 1915 r. jej siły zostały wyczerpane, tym samym utraciła zdolność bojową. Wg rozkazu gen. Radko-Dimitriewa poszczególne dywizje miały odesłać nadmiar artylerii, ponieważ kolejne bitwy miały być już nie o utrzymanie poszczególnych pozycji, ale po to, by umożliwić pozostałym odejście nad rzekę San. Na podejściu do rzeki ustawiano “straż tylną”. Raport gen. Radko-Dimitiriewa do Naczelnego Wodza mówił, że:

“(...) jego decyzja o wycofaniu się wraz z całą armią jedynie sankcjonuje fakt dokonany wycofania centrum armii. Co więcej, generał Radko-Dimitriew wyraził w swoim raporcie, że ten odwrót był jedynie środkiem łagodzącym; aby wyjść z trudnej sytuacji w danym momencie, potrzebne było bardziej radykalne rozwiązanie. 

Stan 3. Armii w tym czasie był wręcz beznadziejny: w dywizjach należących do X i XXIV korpusu było nie więcej niż 1000 bagnetów każda; 61., 63. i 81. dywizja były w tym samym stanie; dywizje III Korpusu Kaukaskiego były w tym samym stanie; inne dywizje również mocno ucierpiały. Dywizje należące do IX i XXI korpusu, które wciąż zachowały zdolność bojową, mogły osłaniać odwrót armii za San. 

Aby uratować resztki 3. Armii, generał Radko-Dimitriew uznał za konieczne rozmieszczenie 2-3 świeżych korpusów wzdłuż Sanu, które mogłyby stawić czoła wycofującym się rozbitym jednostkom.

3. Armia została całkowicie wyczerpana po dziewięciu dniach walk i przestała istnieć jako siła bojowa. (...)

Według rozkazu 3 Armii nr 1447: 29 kwietnia (12 maja) o godzinie 6 rano korpus ma osiągnąć linię Baranów-Majdan-Raniżów – Łańcut – Kańczuga-Pruchnik-Krzywcza – Bircza. (...)” [skan 134-137]


[źródło]
[opis za Biblioteką Kongresu: więźniowie rosyjscy, Skierniewice]


[opracowanie własna na podstawie mapy z sytuacją na 12 maja 1915 r. rano]

Rosyjska 3. Armia gen. Radko-Dimitriewa była w odwrocie na całej linii frontu, co potwierdziło prowadzone rozpoznanie. Pogoda się ustabilizowała, przestało padać. 

10 maja 1915 r. jeszcze nad potokiem Stobnica dowódca 100 pułku piechoty, ówczesny pułkownik Franciszek K. Latinik, odnotował w swoim dzienniku “Wspomnienia wojenne 1914-1920” [str. 128]:

“Dzień 10 maja (...) Nadzwyczaj zła i spadzista droga w zalesionym terenie i przy deszczu utrudniała marsz artylerii, której piechota musiała pomagać często pod górę, a ugrzęzłe armaty wyciągać. (...) We wsi Czarnatówce zaciągnęliśmy ubezpieczony biwak o godz. 23, a wreszcie przed północą nadciągnął tabor. Chleba brak, bo sztafel nie nadążył. (...)”


[źródło]
[opis za Austriacką Biblioteką Narodową: artyleria armii cesarsko-królewskiej posuwa się naprzód podczas kampanii serbskiej jesienią 1915 r.]


Antoni Goraj tak wspominał burzliwe wydarzenia z wiosny 1915 r. w rodzinnej Sieteszy (str. 39-40]:

“(...) Wiosna była już w pełni, gdy doszły nas wieści o cofającej się w pośpiechu armii rosyjskiej, bowiem na wysokości miasta Gorlice wojska austriacko-niemieckie zdołały przełamać front, wdzierając się głęboko w ugrupowania wojsk rosyjskich. Wywołało to u Rosjan panikę, którą z trudem zdołali zamienić na planowy odwrót, trwający w naszej okolicy nieprzerwanie przez trzy dni. Straż tylną na głównym szlaku Dynów - Kańczuga - Przeworsk ubezpieczały jednostki kawalerii, która już pod nękającym ogniem artylerii austriackiej patrolowała teren.

Gdy znikły ostatnie straże rosyjskie, ukazała się nam jak okiem sięgnął niekończąca się tyraliera piechoty austriackiej. Żołnierze z bagnetem na broni posuwali się na północ na wzór nagonki myśliwskiej. Oczyszczali teren.

Po ich przejściu tego samego dnia wkroczyły siły główne, składające się na naszym odcinku z regimentów niemieckich w charakterystycznych hełmach. Przybyli zakwaterowali się na wsi, zatrzymując się na kilkudniowy wypoczynek. 


[źródło]
[wejście artylerii na wzgórze 383 koło Bednarki, 4 maja 1915]


Niemcy jako sprzymierzeńcy Austrii zachowywali się w stosunku do nas poprawnie. Mieli swoje zaopatrzenie i żyli po swojemu. W wolnych chwilach grali w piłkę nożną, urządzali chóralne śpiewy - na postoju i w marszu. Pili kawę zamiast wody. Wojnę na froncie wschodnim, przeciwko Rosji, uważali za pewnego rodzaju wytchnienie, złorzecząc na Verdun i na cały front zachodni, gdzie o każdą piędź ziemi musiano staczać ostre walki. (...).

Widząc z naszych pól posuwające się kolumny wojsk na szlaku Sietesz - Kańczuga, udaliśmy się tam w kilku chłopców z nadzieją, iż wśród żołnierzy spotkany swoich rodaków. I tak bywało. Po przybyciu na miejsce, zauważyliśmy artylerię austriacką. Zatrzymali się na chwilę, aby dać koniom wytchnienie. Żołnierze mówili po polsku, także oficer. Był akurat zajęty uzgadnianiem z mapą trasy marszu. Podeszliśmy bliżej, starając się nawiązać z nim rozmowę. Widząc nasze zaciekawienie, pozwolił nam się przyjrzeć mapie. Wskazał, gdzie znajduje się Sietesz, oraz ile kilometrów dzieli ją od Kańczugi (4 km). (...)”

Wyczerpanie ludzi i zwierząt było ogromne. Niemiecki 4 Pułk Artylerii Polowej Gwardii tak podsumował ciężką pracę wykonaną w Beskidach:

“(...) 12 maja maszerowaliśmy w kolumnie z Hermanowej do Handzlówki. 

13 maja przypadało Wniebowstąpienie. Panjes, którzy według legendy co roku w tym dniu zakładali świeże koszule, stali przed swoimi domami z bali i wyglądali bardzo odświętnie; drzewa owocowe kwitły, a większość z nas opuszczała piękne góry i lasy z pewnym żalem.


[źródło]
[odpoczynek w czasie marszu w Rosji, czerwiec 1915]


Dla koni jednak nadszedł najwyższy czas. Chociaż armata polowa n.A 96, mocno krytykowana przez osoby niebędące artylerzystami, w ciągu ostatnich dwóch tygodni po raz kolejny znakomicie zademonstrowała swoją mobilność w każdym terenie, ale zaprzęgi były już prawie u kresu sił. 

O ile niejeden dzielny koń musiał po drodze otrzymać kulę łaski z powodu całkowitego wycieńczenia, o tyle dla pozostałych kwestia paszy była często trudna. Nasze konie nie były przyzwyczajone do jedzenia samego owsa bez paszy objętościowej, a skarmianie świeżą koniczyną było zabronione ze względu na ryzyko kolki. Tam, gdzie konie ją jednak znalazły, zjadały ją, i w większości przypadków dobrze im służyła. 


[źródło]
[Panje]


Jeśli kilka z nich zginęło z tego powodu, i tak było lepiej niż gdyby wszystkie umarły z niedożywienia. Oznaką starannej i właściwej opieki nad końmi przez powożących było to, że odparzenia i szarpanie za siodło pozostawały wyjątkiem. Swoją późniejszą sławę ugruntował mały i niewymagający koń rasy Panje, który stał się niezastąpiony.

13 maja pułk rozbił obóz na południe od Przeworska. Wróg został ponownie osaczony na zachód od Jarosławia. (...)” [skan 88]

Historycy niemieckiego Korpusu Gwardii zauważając zmianę krajobrazu w swoich opracowaniach podkreślali szczególnie kilkunastodniowy trud walki w Beskidach:

1 Pułk Grenadierów Gwardii, str. 176:

“(...) Przez następne dwa dni trzeba było jeszcze pokonać wyjątkowo trudne odcinki górskie. 11 maja osiągnęli Wolę, a 12 Husów. Tutaj wreszcie dotarli do skraju gór i cieszyli się wspaniałym widokiem na coraz bardziej płaski krajobraz, ozdobiony wspaniałością drzew owocowych w pełnym rozkwicie. (...)”


[źródło]
[opis za Bawarskim Archiwum Państwowym: domy żydowskie w Pruchniku w okolicy Przemyśla]


4 Pułk Grenadierów Gwardii, str. 100-101:

“(...) Od 11 do 13 maja, po raz pierwszy bez bitwy, wojska ścigały wroga długimi, forsownymi marszami. Aby uzupełnić siły, wszędzie zaopatrywano je w mnóstwo jajek.

Dzięki tym marszom udało się pokonać podnóża wysokich gór. Pułk zszedł na bardziej płaski teren i liczono na to, że wróg nie będzie się już tam tak uparcie okopywał. 


[źródło]
[opis za Bawarskim Archiwum Państwowym: niedziela w Jaworowie 21.06.1915 r.]


Na równinie domy z dużymi, krytymi strzechą dachami, rosnące w otoczeniu pięknych, starych drzew, robiły przyjazne wrażenie. Mieszkańców można było już rozpoznać z zewnątrz, gdyż nosili koszule na spodniach. (...)”



[źródło]
[Panje]


3 Pułk Grenadierów Gwardii, str. 168:

“(...) 12 maja również nie doszło do kontaktu z wrogiem. W upale pułk ponownie maszerował w dwóch kolumnach przez Borek Nowy - Borek Stary - Błędową - Zabratówkę - gdzie odpoczywał - bardzo kiepskimi drogami do Husowa – Daroka, gdzie odpoczywał około godziny 19:00 i przejął osłonę linii grzbietu 400-393.

Rosjanie byli w pełnym odwrocie za San. Dlatego 13 maja nie doszło do żadnych działań bojowych. Pułk stanął w obliczu kolejnego, bardzo gorącego, zakurzonego marszu przez Chodakówkę - Sietesz - Mikulice do Urzejowic. 

Było Wniebowstąpienie i wszędzie ludność w kolorowych strojach ludowych gromadziła się w kościołach. 

W Urzejowicach nastąpił dłuższy postój, ponieważ most na Mleczce został zniszczony. Po tym, jak saperzy zbudowali most pontonowy, pułk wkroczył do przydzielonego mu sektora o 16:30. 1. batalion zabezpieczył obszar na prawo GGR 1, w pobliżu Zalesia, na wschodzie, podczas gdy pozostałe bataliony zajęły lokalne kwatery w Żurawiczkach (patrz mapa nr 26). 


[źródło]
[powrót z rekwirunku]


Były tam masy drobiu i bydła, więc kompanie mogły dobrze się wyżywić wieczorem. (...)”


[źródło]
[w czasie przemarszu po przełamaniu Gorlice-Tarnów, maj 1915]


Rozpędzona 11. Armia Augusta von Mackensena mogła nieco zwolnić i dać wytchnienie maszerującym od kilkunastu dni żołnierzom. 12 maja 1915 r. również 12 Dywizja Piechoty (dalej 12 DP) zezwoliła na dłuższy wypoczynek, marsz głównych sił został wznowiony o 13.30 w kierunku Widaczowa. W pasie działania VI Korpusu austro-węgierskiego znajdowała się Kańczuga.


[źródło]
[pierwsza kwatera sztabu pułku w Galicji]


Spokojne wiosenne chwile nie trwały długo. Austro-węgierska 12 DP dotarła do rosyjskiej linii obrony wyznaczonej pod Kańczugą rozkazem gen. Radko-Dimitriewa, na której miała przeciwko sobie rosyjską 62 Dywizję Piechoty z pułkami piechoty: 245 Berdiańskim, 246 Bakczysarajskim i 247 Mariupolskim, wspomaganymi przez wyniszczoną 48 DP i korpuśny 24 batalion saperów. Całość podporządkowana była XXIV korpusowi - źródło: dziennik sztabowy 245 Berdiańskiego Pułku Piechoty.



[źródło]
[Воробьев Андрей Сергеевич (Andriej Siergiejewicz Worobjow), dowódca 245 Berdiańskiego Pułku Piechoty]


Pierwsza linia obrony była ustanowiona jeszcze przed Kańczugą i została oparta o wzgórza przed Siedleczką, pomiędzy Manasterzem (wtedy Monasterzem), Łopuszką Wielką a Małą, przecinała Mleczkę, linię kolejki wąskotorowej i wychodziła przed Pantalowice. Wprowadzone dopiero co do walki rosyjskie pułki 62 Dywizji Piechoty stawiły opór jednostkom austro-węgierskim. Potyczki trwały do wieczora 12 maja 1915 r.


[źródło]
[248 Słowianoserbski Pułk Piechoty armii rosyjskiej, zdjęcie z zimy 1915 r.]


Dowódcy armii rosyjskiej sumiennie wykonywali powierzone zadanie. Po odejściu z pierwszej linii obrony w kierunku Kańczugi rosyjskie pułki 62 DP osiadły w okopach na wzgórzu Mogiła w Żuklinie, na wschód od Kańczugi. W miejscu, gdzie jesienią 1914 r. skutecznie nękali ogniem artyleryjskim kawalerię austro-węgierską.


[źródło]
[opis za Biblioteką Kongresu: artyleria rosyjska z okresu 1914-1918]


Sławomir Kułacz tak opisał sytuację w okolicy Kańczugi w artykule pt. “Od Pustek do Sanu. działania austro-węgierskiej 12. dywizji piechoty w dniach 2-16 maja 1915 r.” [str. 34]. Trzeba podkreślić, że w ww. artykule został wykorzystany dziennik sztabowy 12 DP:

“12 maja (...) O godz. 18.00 sztab dywizji znalazł się na wzgórzu 2000 kroków na zachód od kościoła w Monasterzu. Straż przednia atakowała już wzgórze Mogiła. 

Bardzo dobrze ustawione nieprzyjacielskie baterie ostrzeliwały austriacką artylerię i atakującą piechotę. W jednej z baterii należącej do 12. DP odnotowano jedno celne trafienie w wóz amunicyjny.

Sztab dywizji zakwaterował się o godz. 20.45 w szkole w Monasterzu. W międzyczasie jednostki 24. BP (3., 20. i część 57. PP) podeszły pod Kańczugę i napotkały silne umocnienia na jej południowym skraju oraz wzgórzu 264 na wschód od tej miejscowości [msz: Mogiła]. Rosjanie dysponowali w tym rejonie artylerią. (...)"

12 DP wzmogła działania i w pierwszej kolejności dokonano ostrzału artyleryjskiego z podciągniętych do Siedleczki i Zagórza jednostek bateryjnych. Artyleria wykonała swoje zadanie, dzięki czemu atak piechoty był ułatwiony. 


[źródło]
[opis za Austriacką Biblioteką Narodową: jeńcy rosyjscy]


Rafał Gil w książce “Kiedy Wojna wróciła nad San” [str. 19]:

“(...) Wycofująca się spod Jawornika jedna z brygad 62. Dywizji Piechoty, aby spowolnić marsz kolumn przeciwnika, 12 maja zajęła pozycje pod Kańczugą. Na linii Żuklin - Łopuszka Mała starano się zablokować przejścia przez Mleczkę na wschód od Kańczugi. Bataliony z 245. Berdiańskiego i 246. Bakczysarajskiego Pułku Piechoty zaczęły okopywać się, a za nimi osłonięte stanowiska zajęły trzy baterie artylerii. Około godziny 17.00 na pozycje rosyjskiej piechoty zaczęły spadać pociski z lekkich i ciężkich dział. Półtorej godziny później do ataku poderwała się austriacka piechota z 24. Brygady Piechoty. Natarcie to powstrzymała głównie artyleria [msz: rosyjska], która rozproszyła nacierających piechurów. W międzyczasie nadszedł rozkaz odwrotu, który zakłócił kolejny atak piechoty. I tym razem Austriacy zostali odparci przez celny ogień karabinowy Rosjan. 

Około godziny 22.00 obydwa pułki wraz z artylerią rozpoczęły odwrót szosą na Jarosław. (...)”

Gen. Tadeusz J. Rozwadowski w swoich “Wspomnieniach Wielkiej Wojny” [str. 631-632] dodał nieco kolorytu do starcia pod Kańczugą, a mianowicie stwierdził, że była to zasadzka:

“(...) Nie podejrzewając niczego złego, przyglądaliśmy się właśnie wraz z całym sztabem, siedząc już na koniach, jak trzy bataliony przedniej straży wyciągnęły się szosą ku Kańczudze, a baterie wyjeżdżające spokojnie z Manasterza ukazały się również w całości na tej szosie, gdy raptem przeraźliwy świst i szum przeciął powietrze i 8 szrapneli rosyjskich wykwitło wysoko nad kolumną artylerii. Piechota rozsypała się zaraz w polu po obu stronach szosy, a na artylerię polową krzyknąłem od razu, by skręciła galopem w parów prowadzący przez wieś Siedleczka. 


[artyleria 248 Słowianoserbskiego Pułku Piechoty armii rosyjskiej, zdjęcie z zimy 1915 r.]


Pociski padały dalej coraz gęściej, więc sztab schronił się za domami Manasterza i wstrzymał marsz głównej kolumny, która zaskoczona w wąskim przesmyku nie mogła ani zwrócić się na lewo ku stromym wzgórzom, ani też wydostać się na prawo przez płynący tam głęboki potok. (...) Minęła jednak dobra chwila, zanim odkryliśmy po błyskach dział, że stoją one koło samego parku w Kańczudze. (...) grad pocisków, jaki posypał się z flanki na tę baterię, wypędzał ją w końcu z jej ukrycia. Pokazało się potem, że była to rzeczywiście jedna tylko bateria, pozostawiona tam pod osłoną kozaków i która w ten sprytny sposób wzięła na nas rewanż za dwukrotną napaść naszych armat pod Niebylcem i Dylągówką. (...) 

Dowiedziałem się później z przyjemnością, że oficer rosyjski, który dał nam tak piękny przykład zręcznej i śmiałej zasadzki artyleryjskiej, nie był znów Moskalem, lecz najczystszej krwi Polakiem. 

Przybyliśmy do Kańczugi o przeszło dwie godziny później, niż to było przewidzianym, lecz 39. Dywizja spóźniła się również do Pruchnika, gdyż była w drodze kilkakrotnie powstrzymywaną ogniem działowym rosyjskiej osłony. (...)”

i dalej za S. Kułaczem:

“(...) Przeprowadzono energiczny atak. Gdy zapadał zmrok (ok. godz. 20.00) jednostki austriackie posunęły się naprzód i zajęły opuszczoną przez Rosjan Kańczugę (o czym brygada zameldowała dowództwu dywizji o godz. 21.30), gdzie ulokowało się dowództwo brygady. O godz. 23.30 zajęto także wzgórze 264. 

Przeciwnik uszedł w kierunku Jarosławia. (...)”

Późniejszy gen. F. K. Latinik pod datą 12 maja 1915 r. w swoich wspomnieniach odnotował, że w pułku jest wielu maruderów “wskutek wyczerpującego marszu do północy”. 


[bitwa gorlicka, sytuacja 9-12 maja 1915 r.]


Przed południem 13 maja 12 DP była rozlokowana wokół Kańczugi w następujący sposób - za artykułem S. Kułacza pt. “Od Pustek do Sanu. działania austro-węgierskiej 12. dywizji piechoty w dniach 2-16 maja 1915 r.” [str. 35]: 

“(...) 57. PP w Pantalowicach, 3. PP w Żuklinie i wzg. Mogiła, 56. PP w Monasterzu, 20. PP na kocie 251 i w Kańczudze, 100. PP w Łopuszce Wielkiej, 4 baterie armat i dywizjon haubic w Zagórzu. Bateria konna, bateria moździerzy Skody i 2 baterie armat na południe od Siedleczki. Przed południem wysłano na rozpoznanie przydzielony dywizji szwadron 12. PHuz. (...)

Na rozkaz dywizji o 13.00 podsunięto dwa pułki 24. BP do przodu: 3. w rejon na południe od Zalesia a 20. PP do Krzeczowic. 57. PP pozostał z Kańczudze jako odwód dywizji. Dowództwo 24. BP przeniosło się do Żuklina. 

Linię stanowisk wysuniętych (wzg. 272-Górny Folwark-Cieszacin Wielki) osiągnięto około godz. 19.30 bez oporu nieprzyjaciela. W rejon umocnień rosyjskich pod Jarosławiem wysłano rozpoznanie.

Sztab dywizji znajdował się od godz. 14.00 na wzg. Mogiła (264). O godzinie 16.00 nadszedł z dowództwa korpusu rozkaz polecający przejście jednej brygady do odwodu korpusu. Informowano także o tym, że dywizja ma spędzić na tym odcinku trzy dni. 

O godz. 21.00 przekazano drogą telefoniczną informację z dowództwa korpusu, że atak będzie jednak kontynuowany. 

Następnie wydano rozkaz marszu na godz. 8.00 rano 14 maja. Grupa Metz miała przemieścić się drogą Krzeczowice-Zarzecze, tam też miała zatrzymać się jej czołówka, Grupa Puchalski drogą Żurawiczki-Łapajówka, tam miała dotrzeć jej czołówka, dwa bataliony 57. PP (odwód dywizji) drogą Kańczuga-Krzeczowice- czołówka na wzg. 227 na zachód od Krzeczowic, pozostałe dwa bataliony 57. PP, 1 szwadron 12. PHuz (odwód korpusu) znaleźć się miały w Siennowie, reszta kawalerii na wzgórzu Mogiła. (...)”

Punkt ciężkości przesunął się nad San, pod Jarosław i Radymno… 


[źródło]
[opis za Austriackim Archiwum Narodowym: obóz kawalerii w Pantalowicach pod Jarosławiem]


Pamiętnik Stanisława Rymarza spisany w 1947 r. i zacytowany w książce pt. “Urzejowice”, pod red. zespołu Jadwiga Orzechowska, dr Jolanta Wąsacz-Krztoń, Józef Żyła [str. 122]: 

“(...) W sierpniu 1914 r. ojciec mój poszedł na wojnę austriacko-rosyjską. (...) przez naszą wioskę przechodziła linia frontu. 

Ja i cała rodzina siedzieliśmy przez dwa dni w dole wykopanym w ogrodzie. Mieliśmy tam trochę słomy i poduszki. Gdy linia frontu poszła dalej, wróciliśmy do domu. 

W czasie, gdy miały miejsce te wypadki Stanisław miał 7-8 lat (ur. 12.10.1907 r.). Wydarzenia wryły się w pamięć małego chłopca na całe życie. Dalej pisze:

Było nam bardzo ciężko, więc poszedłem do folwarku poganiać konie, aby coś zarobić, a miałem wówczas tylko 11 lat. W 1918 roku ojciec wrócił z wojny i poszedł do służby w folwarku. (...)”

W mojej rodzinie z Szerzyn, gdzie również przechodził front na początku maja 1915 r. pamięta się wciąż o tym, że dziadek z żoną i dziećmi kryli się w “dekunkach” wybudowanych najprawdopodobniej przez armię rosyjską. A gdzie kryli się mieszkańcy Przedmieścia Dolnego w Bieczu, w tym druga część mojej rodziny, podczas wielogodzinnej bitwy o wzgórza nad cegielnią? 

Czy w Siedleczce i Kańczudze też uciekano byle dalej od Mleczki, za którą okopała się armia rosyjska? Co zrobili mieszkańcy Żuklina, których domy położne były na ostrzeliwanych wzgórzach? Dokąd uchodzili mieszkańcy dworu w Żuklinie? 

Pan Wincenty z Żuklina wspomina, że nie było wielu zniszczeń. Czy jednak były to jego własne wspomnienia, czy przekaz rodzinny? 


Zagrody - Doliny - Mogiła


[źródło]
[opis za Biblioteką Kongresu: austriackie działa kal. 10 cm w akcji]


一 W czasie I wojny światowej, w 1915 roku doszło do potyczki na terenie pól zwanych Zagrodami. Wojska rosyjskie stały tu dzień lub dwa dni. Rosjanie byli ostrzeliwani z dział przez Niemców i Austryjaków spod Siedleczki. Następnie doszło do walki i wygrały wojska austryjackie i niemieckie. Było wielu rannych i zabitych, reszta rozproszyła się. Po tej potyczce we wsi nie było dużo szkód, a łuski z pól nosili ludzie wiadrami 一 opowiadał nieżyjący mieszkaniec Żuklina, pan Wincenty, który interesował się historią wioski. 


[opracowanie własne na podstawie danych z Geoportalu]


W pewien piękny letni dzień wybrałam się drogą na Wzgórza Żuklina. Chciałam sama na własne oczy zobaczyć miejsce, które opisywał pan Wincenty i o którym mówił mi Marcin. 

Miejsce nie było całkiem dla mnie obce, do tej pory znałam krajobraz wyłącznie z biegnących tam dróg do Krzeczowic i do Pruchnika. Tym razem jednak wybrałam inne dojście. Szłam od strony dworu Kellermanów, przez Żuklin, a potem polami. Początkowo wszystko wyglądało podobnie jak w mojej części Beskidu. Kiedy jednak dotarłam na Mogiłę, zamarłam. Ja, przyzwyczajona do bieckich krajobrazów, ciasnych dolin, pól na wyniosłych zboczach, zobaczyłam otwartą pofalowaną przestrzeń z polami ciągnącymi się po horyzont. Tego popołudnia wiał silny wiatr, z którym ścigały się myszołowy. Zamarłam…


[foto własne, widok na drogę Żuklin - Krzeczowice, w tle wzgórza Siedleczki, bliżej kapliczka Barowa]

Na kolejną wycieczkę wybrałam się już z Marcinem, który pokazał mi miejsce, o którym mówił pan Wincenty. 

Zagrody, czyli pola tworzące wydłużone obniżenie, ciągnące się z zachodu na wschód i przechodzące w Doliny, które kończą swój bieg w Krzeczowicach. 


[foto własne, pola Zagrody]


[foto własne, droga w kierunku Mogiły, po lewej pola Zagrody, po prawej pola Doliny]

Droga, która wyznacza granicę pomiędzy Zagrodami a Dolinami, a która kiedyś biegła jarem o stromych zboczach, dzisiaj jest zwykłym utwardzonym traktem w pola, z miedzami stworzonymi przez koparkę.


[foto własne, droga oddzielająca pola Zagrody i Doliny, w kierunku horyzontu obniżenie pól Doliny]

 

Mogiłę, najwyższy punkt w Żuklinie, ze znakiem triangulacyjnym, z którego rozciąga się przepiękny widok na okolicę i na którym prawdopodobnie każda armia chętnie ustawiała swoich obserwatorów i artylerię.


[foto własne, Mogiła]


Pewne wskazówki można znaleźć we “Wspomnieniach z wielkiej wojny” gen. T. J. Rozwadowskiego [str. 633]:

“(...) Tymczasem na północy, w okolicach Przeworska grzmiał wciąż uparty silny ogień armatni, a moi lewoskrzydłowi obserwatorzy donieśli mi, że znajdujące się tam oddziały można by łatwo wziąć z flanki pod bardzo skuteczny ogień. Chcąc zatem powetować poranne niepowodzenie, wyciągnąłem znów baterie piętnastek oraz armat dalekonośnych i kazałem im z pomocą obserwatorów umieszczonych przy wsi Żuklin, kota 264, oraz w pobliżu wsi Sietesz, kota 266, zasypywać głęboko sięgającymi pociskami front rosyjski, który na rzeczułce Mleczce powstrzymywał twardo zawzięte ataki niemieckiej gwardii. Rosjanie cofnęli się prawie natychmiast w kierunku Jarosławia (...)”


[foto własne, widok na okolicę, w kierunku Pruchnika]

Abstrahując od rzeczywistej roli generała T. J. Rozwadowskiego w tej potyczce ogniowej, wskazówką jest, że wzgórze to było istotnym punktem obserwacyjnym dla armii austro-węgierskiej, oraz punktem strategicznym dla armii rosyjskiej.


[opis za Bawarskim Archiwum Państwowym: stanowisko artyleryjskie pod Siarami, 27.04.1915 r.]

Gen. T. J. Rozwadowski [str. 633-634]:

“(...) Przed wieczorem obejrzałem dokładnie zasadzkową pozycję rosyjskiej baterii i muszę przyznać, że była wybraną ze znajomością rzeczy, a przy tym świetnie zamaskowaną. Od zachodu osłaniały ją całkowicie przysposobione do obrony dwór oraz zniszczony most, a od południa i południowego wschodu kilka płaskich pagórków. Skonstatowałem również, że nasze pociski leżały przeważnie poza stanowiskiem baterii, pozabijały tam kilka koni i trafiły w jeden jeszcze, lecz same armaty wyszły zapewne cało, co stanowi nowy dowód, że baterii odpowiednio ustawionych w terenie nie można zwalczyć za pomocą samych tylko polówek, lecz trzeba się do tego posługiwać dodatkowo i cięższymi kalibrami. (...)”


[źródło]
[opis za Austriacką Biblioteką Narodową: żołnierz zostanie pochowany]


Pan Wincenty mówi o wielu rannych i zabitych, ale co mogło się z nimi stać? Tę informację pominął. Czy pochówek spadł na mieszkańców, zagonionych do pracy przez administrację wojskową? Czy może zwieziono wszystkich na cmentarz parafialny? Co się stało z żołnierzami armii rosyjskiej? 

A może pan Wincenty się pomylił i wcale nie było zbyt wielu poległych? 


Prawo do pamięci - prawo do zapomnienia


[źródło]
[opis za Austriacką Biblioteką Narodową: punkt zborny rannych]


Wg Darka nie tylko czytam za dużo, ale też jestem dziwna. Pewnie jest to poniekąd prawda, bo kto normalny z wypiekami na twarzy czyta metryki zgonu? Znacie wiele takich osób? Ja nie za bardzo…

A jednak metryki zgonu są fascynujące, są również trudne w odbiorze, wywołują mnóstwo emocji. I jak każdy dokument, mogą zawierać pomyłki lub nieścisłości, i o tym dalej.

Na początku natknęłam się na dwóch żołnierzy, co do których podano informację, że polegli w Kańczudze. Od początku jednak dziwił mnie rozrzut dat zgonu.

13 maja 1915 r. pod Kańczugą poległ szeregowiec landszturmu 20 pułku piechoty Rudolf Cermak. Urodzony w 1887 r., miał 28 lat, był kawalerem. W cywilu był robotnikiem z miejscowości Všetaty-Přívory, ówczesny powiat Melnik w Czechach. Zmarł w wyniku rany postrzałowej i został pochowany tego samego dnia w Kańczudze. Jego danych nie odnalazłam na opublikowanych oficjalnych listach strat. Czy rodzina kiedykolwiek dowiedziała się, gdzie poległ? 

Zgon Rudolfa odnotowano w pułkowych księgach zgonu.


[źródło]


27 maja 1915 r. pod Kańczugą zmarł szeregowiec landszturmu w 56 pułku piechoty Johann Cinek/Cynek. Urodził się w 1882 r., w chwili śmierci miał 33 lata. Pochodził z miejscowości Hohenmauth, obecnie Vysoké Mýto, powiat Lanškroun w Czechach. Zmarł z powodu postrzału w brzuch i został pochowany tego samego dnia w Kańczudze. 


[źródło]


Jego dane znalazłam na listach rannych i chorych z dodatkową adnotacją, że zmarł na mobilnej stacji zbornej dla chorych nr 2/6 w Kańczudze. 


[źródło]

To dało mi do myślenia, bo otwierało zupełnie inne możliwości. A już całkowicie zmieniło się moje spojrzenie, kiedy sprawdziłam indywidualną kartę zgonu Johanna Cinka.


[źródło]


Wg karty Johann został ranny 25 maja 1915 r. pod Łazami, odległymi ok. 40 km od Kańczugi. Ewakuowany na tyły, zmarł z ran w punkcie opieki medycznej w Kańczudze.

Jak się okazało nie był jedyny…

Mobilna stacja zborna dla chorych nr 2/6 w Kańczudze stacjonowała na zapleczu frontu, który stanął nad Sanem. Żołnierze krwawo zdobywali przeprawy a potem kolejne umocnienia na prawym brzegu rzeki. 


[źródło]
[opis za Austriacką Biblioteką Narodową: Czerwony Krzyż i piekarnia polowa w rezerwie 4. Armii]


Stanisław Kawczak w swoich wspomnieniach pt. “Milknące echa” tak opisywał walki nad Sanem, pod miejscowością Surochów i moment, kiedy został ranny [str. 123-124]:

“(...) — Ach, gdyby słońce przestało świecić, jakiś wstrząs szarpnął ziemią i rozdarł ją na strzępy. A może Bóg w miłosierdziu dla nas i pogardzie dla tyłowców piorunem wstrząśnie wszystko i nasta­nie nicość, spokój, a walczące bataljony podadzą sobie bratnią dłoń, marzy dr. Kosiba.

Nic podobnego Słońce wciąż praży, wody niema, papierosów niema, głód skręca wnętrzności, a szrapnele i granaty bezustanku gwiżdżą i wyją.

— Staszek, — odzywa się do mnie, zaszyty w kąt Marossa­ny, — a jak byśmy tak udali szaleństwo i zrobili szturm na do­wództwa naszych brygad i dywizyj?!...

Ta myśl wydaje mi się wcale realną. W tej chwili goniec dorę­cza mi rozkaz. Naturalnie atak, no i oczywiście ja go mam pro­wadzić, tak chce pan dowódca bataljonu. Rozkaz! Cóż za potęga w tem słowie. Dajcie nędzarzowi tysiąc, ba miljon koron, — aby atakował, będzie się namyślał; my nic wzamian nie dostajemy, a jednak coś i mnie dźwiga i prostuje. 

Porucznik Dokładał osobi­ście z rowu kieruje akcją. Ludzie gotowi do skoku. Z ust Dokłada­ła pada sakramentalne „also los! — heraus!” Gwizdek i już je­steśmy na wierzchu. Za pasem pełentają się ręczne granaty, w rę­kach nożyce do cięcia drutu, karabiny z nałożonemi bagnetami na pasie i... naprzód!

Wpadamy w leje. Na prawo, na lewo bilą nasze karabiny; od huku odstrzałów głuchniemy i nie słyszymy artylerji. Dalej skok wprzód! Teraz słyszę gwiżdżące kule i terkot maszyn rosyjskich. 

Naraz ktoś straszliwie zdzielił mnie sztangą żelazną w łydkę poni­żej kolana. Aa! leżę na ziemi. Nie umiem sobie uświadomić, co i jak. Domyślam się, żem ranny, tylko nie wiem czem. Obok widzę Mardułę.

— Jesteście ranny w nogę, krzyczy, chcąc zagłuszyć wrzawę. A z ust moich wydziera się jedno słowo:... Nareszcie! 

A teraz Marduła odpina mi sztylpę, krew płynie falą, pełno jej bucie, ręce Marduły czerwienią się, jakby miał szkarłatne rę­kawiczki. Jesteśmy w leju, a więc bezpieczni. Noga przewiązana. Bandaż zbyteczny, zresztą go niema. Teraz do tyłu, tylko jak? Od rowu oddziela nas dwieście kroków. Godzina czwarta, a więc pięć godzin trzeba najmniej czekać do zmroku. Nad nami gwiżdże i syczy. Noga zdrętwiała waży centnar. Upływają minuty. Mar­duła wystawia głowę nad lei... cofnęliśmy się. Moskale strzelają. 

A więc czekajmy. 


[źródło]
[opis za Austriacką Biblioteką Narodową: lej po pocisku moździerzowym kal. 30,5 cm, Halicz]


Minuty przeszły, godziny minęły. Zmrok zapadł. Z pomocą Marduły jakoś dostałem się do rowu. Oczekuję sanitarjuszy, ale ich niema. A tu, jak na złość strzelanina i rakiety, i reflektory, i ataki. I my i oni atakują. Leżę w rowie skurczony. Bólu prawie nie czuję, ot! zwykły, dość ostry skurcz nogi. W tej chwili obcho­dzi mnie tylko, czy nadejdą sanitarjusze i jeszcze jedno; aby bi­twa jak najprędzej się skończyła.

I nareszcie koło godziny drugiej w nocy cichną strzały, Mar­duła i Cebula podkładają mi koc; nie mam sił czołgać się, więc wynoszą mnie w kocu na wierzch. Co dziesięć kroków przysiadają, a raczej plackiem padają na ziemię, bo kulki świszczą. Świta na dobre. Marduła i Cebula ciężko dyszą; jakże jestem wam wdzięcz­ny, koledzy. Teraz dopadają lasku. Leżę za drzewem. Minuta po­stoju i dalej, dalej, byle uciec z przeklętego frontu. Mijamy nie­szczęsny Surochów; potrzaskane, popalone domy, tu i owdzie dy­mią się zgliszcza.

— Kuchnie, tabory zwiały — informuje nas dowódca rezerwo­wej kompanji.

Dalej, dalej, już kul karabinowych nie słychać, artylerja mil­czy. O! jak to dobrze, jak dziwnie i przyjemnie. Teraz mijamy olbrzymie drzewo, dąb. U jego podnóża z ziemianki wychodzi… brygadjer Puchalski. Więc i na tyłach gorąco. Wreszcie jestem na t. zw. pułkowym punkcie opatrunkowym. Marduła chce odejść, ale go przetrzymuję. Po godzinie odszedł. Cebula jedzie ze mną do szpitala. 

Leżę tymczasem w mrocznej salce. Naokoło jęki, to wrzaski słyszę. Nade mną nachyla się twarz medyka, Aleksandrowicza, ko­legi z ławy gimnazjalnej.

— Masz powiada dziurawą nogę, ale kość nienaruszona.(...)”


[źródło]
[opis za Biblioteką Kongresu: austriacki ambulans]


Mobilna stacja zborna dla chorych nr 2/6 stacjonowała w Galicji w różnych miejscowościach: w październiku 1914 r. opiekowała się rannymi w Sokołowie, od marca do początku maja 1915 r. była w Bobowej koło Gorlic, w połowie maja 1915 r. dotarła wraz z VI. korpusem do Jawornika Polskiego, w sierpniu 1915 r. wraz z frontem przeniosła się w okolice Lublina, pod Rejowice i Wisznice, a na przełomie 1915/1916 wędrowała przez Serbię, Albanię i Bośnię.


[źródło]
[opis za Austriacką Biblioteką Narodową: pojazdy konne rezerwy sanitarnej 8 Korpusu]

Wg danych opublikowanych na łamach “Wiadomości o chorych i rannych” na stacji w Kańczudze zmarło kolejnych dwóch żołnierzy:


[źródło]

19 maja 1915 r. w Kańczudze zmarł szeregowiec Hermann Rolny, żołnierz 100 pułku piechoty. Urodził się w 1893 r., pochodził z miejscowości Příbor (niem. Freiberg), powiat Nowy Jiczin, Morawy. Miał 22 lata i był kawalerem. Przyczyną zgonu był postrzał w głowę.


[źródło]


[źródło]


28 maja (lub 25) 1915 r. zmarł w Kańczudze kanonier László Ragalyi, żołnierz 15 pułku haubic polowych. Urodził się w 1882 r. i pochodził z miejscowości Naprágy, powiat Gömör, Węgry. Przyczyną zgonu był postrzał w brzuch. 


[źródło]


[źródło]


[źródło]


Podsumowując w Kańczudze prawdopodobnie pochowano czterech żołnierzy w okresie 13-28 maja 1915 r.

  1. Cermak Rudolf, Vsetat Privor, powiat Melnik, Czechy, ur. w 1887 r., IR20;

  2. Rolny Hermann, Freiberg, powiat Nowy Jiczin, Morawy, ur. w 1893 r., IR 100;

  3. Cinek/Cynek Johann, Landskron, powiat Landskron, Czechy, ur. w 1882, IR 56;

  4. Ragalyi Ladislaus/Laszlo, Naprágy, powiat Gömör, Węgry, ur. w 1882, FHR 15


Czy było więcej żołnierzy austro-węgierskich? Czy byli ranni z armii rosyjskiej? Gdzie dokładnie ich pochowano? Czy na cmentarzu parafialnym?

W pamięci lokalnej nie zachowało się nic na ten temat.


[źródło]
[opis za Austriacką Biblioteką Narodową: polegli żołnierze pod górą Ostry]


Być może pewną odpowiedzią na nurtujące mnie pytanie o rannych spod Kańczugi daje wykaz pochowanych żołnierzy, którym udzielano pomocy w szpitalu polowym nr 1/9 zlokalizowanym w tym czasie Szklarach, odległych od Kańczugi ok. 20 km. Wcześniej ten sam szpital stacjonował w Bobowej koło Gorlic. Natomiast ze Szklar został przesunięty w połowie czerwca 1915 do Radymna, na następnie do Tomaszowa, Lublina i Krasnegostawu.


[źródło]
[opis za Austriacką Biblioteką Narodową: pojazdy dywizyjnej stacji medycznej]


Czy było możliwe dowożenie rannych kolejką wąskotorową z Kańczugi do Szklar? Teoretycznie tak, o ile na tej części linii ocalał odpowiedni do tego zadania tabor. Armia rosyjska znacznie skuteczniej zastosowała metodę spalonej ziemi w przypadku kolejki wąskotorowej Przeworsk-Dynów, niż zrobiła to administracja i armia austro-węgierska jesienią 1914 r. 


[źródło: "Kolej wąskotorowa Przeworsk - Dynów", A. Bożek, B. Pokropiński, str. 224, rok 2017]


Jednak wydaje się, że od Kańczugi do Szklar i Dynowa ruch mógł jako tako przebiegać. Co jednak ważne rozstaw torowiska w przypadku kolejki Przeworsk-Dynów wynosił w tamtym czasie 760 mm i raczej nie był zgodny z rozstawem kolejek polowych stosowanym typowo w armii austro-węgierskiej. [źródło: "Kolej wąskotorowa Przeworsk - Dynów", A. Bożek, B. Pokropiński, str. 43-44]:

“(...) Przeworsk odzyskano 13 maja. Straty kolei Przeworsk - Dynów były znaczne. Rosjanie, stosując bezwzględną taktykę spalonej ziemi, zabrali wszystkie parowozy i część wagonów, a pozostałe wagony, budynki kolejowe na stacji Przeworsk i cukrownię spalili (ocalała rafineria cukru). Spalili także drewniany most w km 4,531 oraz wysadzili 2 mosty w km 4,690 i 10,052. 

Częściowo zniszczone były też budynki stacji Krzeczowice, Kańczuga, Manasterz, Bachórz i Dynów, ale ocalały pozostałe mosty, wiadukty i przepusty oraz tunel. (...)”


[źródło]
[transport rannych, Galicja 1915]


Najważniejszą budowlą na tej linii jest tunel w Szklarach, przechodzący przez Szklarską Górę i on na szczęście ocalał. 

Uszkodzoną linię na odcinku Przeworsk-Kańczuga odbudowano w czerwcu i lipcu 1915 r. siłami niemieckiego 7 Batalionu Wojsk Kolejowych. [źródło: "Kolej wąskotorowa Przeworsk - Dynów", A. Bożek, B. Pokropiński, str. 43-44].

W czasie gdy szpital polowy nr 1/9 stacjonował w Szklarach, zmarło i zostało pochowanych na miejscu, być może na lokalnym cmentarzu, co najmniej 25 żołnierzy. Głównie byli to poborowi z Czech, Moraw i Węgier, ale nie tylko. 


[opracowanie własne]

Na liście pochowanych w Szklarach wymienionych jest czterech żołnierzy z Galicji, 20-24 letnich chłopców:

  • Biel Piotr, Jastrzębia, powiat Limanowa, ur. w 1895 r., IR 20
  • Leśniak Antoni, Górna Wieś, powiat Myślenice, ur. w 1892 r., IR 56
  • Nowak (II) Jan, Szare, powiat Żywiec, ur. w 1891 r., FstAR. Nr. 2
  • Szczypka Wojciech, Kasinka Mała, powiat Limanowa, ur. w 1894 r., IR 20

Na liście miejsc pamięci narodowej w oficjalnym serwisie Podkarpackiego Urzędu Wojewódzkiego nie ma w Szklarach kwater z 1. wojny światowej. 

Ja również nie natrafiłam na żadne relacje, które opisywałyby los kwater żołnierskich w Szklarach ani w Kańczudze. W opracowaniu Ireny Zając pt. "Cmentarze wojenne z okresy I wojny światowej", w którym objęła ona kwerendą także powiat przeworski, kwatery kańczuckie nie zostały w ogóle wymienione. 

Szukając informacji o poległych w okolicy Kańczugi i Szklar natknęłam się na opis sytuacji - przywołany też przez I. Zając - pod twierdzą przemyską z okresu pierwszego oblężenia. Za artykułem w gazecie Ziemia Przemyska z 1 listopada 1914 r., nr 45:

"Rosyjski grób naokoło fortów.

Po odstąpieniu Moskali z pod Przemyśla, okazało się dopiero, ile tysięcy ich padło naokoło fortów, a zwłaszcza w Siedliskach. Okolice Przemyśla stały się dla atakującego nieprzyjaciela jednym olbrzymim grobem. Aby te liczne tysiące pogrzebać, kopano na kilkaset metrów długie doły i układano w nich trupy w kilku warstwach. - Korespondenci pism wiedeńskich i berlińskich, którzy byli obecni na tych masowych pogrzebach opisują obecnie te mogiły. 

Wojenny sprawozdawca „Lokalanz." donosi: „Przyprowadzono nas wczoraj ku olbrzymiej mogile, długiej na jakie 500 m. Pod tą mogiłą śpią snem wiecznym ułożeni w kilku warstwach żołnierze rosyjscy w liczbie 5000. Stoimy nad nimi z odkrytą głową, podczas gdy naokół jeszcze grają nieprzyjacielskie i przyjacielskie działa straszliwą pieśń wojny. Na północnym wschodzie tuż przed nami widać przez lornety austryackie linie tyralierskie, idące do ataku. Tu i ówdzie widać działo, przeszywające powietrze co chwila strzałami. Białe chmurki dymu w powietrzu wskazują, gdzie pękają szrapnele. 

Pisma polskie w Krakowie przedrukowały te sprawozdania z oblężenia Przemyśla, jak również większość artykułów z Ziemi Przemyskiej."


[źródło]
[opis za Austriacką Biblioteką Narodową: ranni Rosjanie ze wzgórza Ostry, Ryków]


Można się spodziewać, że nie inaczej było wiosną 1915 r., kiedy w bitwach o Jarosław, rzekę San i Radymno poległo setki żołnierzy po obu stronach konfliktu.

W jaki sposób zapewniono im miejsce wiecznego spoczynku?


Groby bohaterów


[źródło]
[opis za Austriacką Biblioteką Narodową: groby bohaterów]


Kronika szkoły z Łopuszki Wielkiej:

"(...) Na wiosnę 1915 r. skuteczna ofensywa austro-niemiecka umożliwiła powrót. Odkopane akta nieco ucierpiały od wilgoci, z resztą wszystko zastał w całości. Rozpoczął natychmiast naukę, prowadząc całą szkołę wraz z żoną nauczycielką, nauka trwała i przez wakacje (najmłodsze roczniki). (...)”

Groby bohaterów stopniowo zarastały trawą, potem samosiejkami, zapadały się, krzyże niszczały. A potem całkiem zanikły.

Żywi bohaterowie, mężczyźni wracali z wojny, z niewoli rosyjskiej, niektórzy z emigracji. Życie toczyło się powoli.

Wkrótce miało się okazać, że Europa przygotowuje się do kolejnej wojny, której okrucieństwo przygasiło przeżycia dotychczasowych bohaterów i dni przeżyte w dekunkach.


[opis za fotopolska.eu: cmentarz parafialny w Kańczudze, ok. 1940 r., nie udało mi się potwierdzić czy jest poprawny]



Artykuł powstał dzięki ogromnej pomocy i zaangażowaniu Marcina Sobczaka, artysty z Żuklina. 

Marcin prowadzi blog Szkice z Podkarpacia, publikuje artykuły i własne rysunki na łamach prasy podkarpackiej, interesuje się historią lokalną. Niedawno prezentował swoje prace na wystawie w Kańczudze. Jest skarbnicą wiedzy o legendach lokalnych i bardzo sympatycznym człowiekiem.

Dziękuję!

Komentarze

Popularne posty