Miara sukcesu
Jest taki jeden wpis na blogu Darka, który po pierwszym przeczytaniu zrobił na mnie ogromne wrażenie. Powstał w szczególnym dla niego momencie i na bardzo szczególny temat. Ważny i osobisty.
Pomyślałam wtedy, że ja nie potrafię pisać tak otwarcie o tym co czuję, o swoich pasjach i o marzeniach. I że bardzo Darkowi zazdroszczę tej umiejętności.
Minął ponad rok. Ten szczególny wpis Darka przeczytałam w tym czasie kilka razy i za każdym razem dostrzegałam w nim inne ważne rzeczy.
Dlaczego?
Bo się zmieniałam.
Obudzona przypadkiem pasja genealogiczna i moja niezdrowa ciekawość spowodowały, że zajęłam się poszukiwaniami źródeł, odtwarzaniem historii Biecza w niewielkim wycinku i pogonią za tymi, którzy zginęli ponad 100 lat temu w wielkiej wojnie.
Zaczęłam pisać artykuły i prowadzić blog. Okazało się, że są osoby, które chętnie czytają moje wpisy. Że moja wiedza jest przydatna i że potrafię pomóc tym, których przodkowie przepadli na wielkiej wojnie. Kiedy jedna z takich osób napisała do mnie, że była na mogile swojego dziadka i że była to najważniejsza rzecz, jaką chciała zrobić, i że było to możliwe dzięki mnie, to był niezwykły moment. Oczywiście takich momentów nie ma wiele, bo po ponad 100 latach nie zawsze udaje się odtworzyć losy poległych żołnierzy. Ale jeśli już się uda - są to chwile najbardziej wzruszające.
Potem Darek zaprosił mnie do współtworzenia wieczornicy na cmentarzu nr 116 w Staszkówce. Był przepiękny ciepły i słoneczny dzień. Do południa razem z całą ekipą sprzątaliśmy teren cmentarza, a wieczorem z Darkiem opowiedzieliśmy historię tego miejsca i ludzi na nim pochowanych. Przy zapalonych kilku zniczach wspominaliśmy młodych chłopaków, którzy spoczęli w Staszkówce, Duńczyka, który poległ wraz z kilkudziesięcioma kolegami z pułku ponad 1200 km od domu. A co najważniejsze, Darek opowiedział o Walentym Bioliku, który dzień przed wielką bitwą i swoją śmiercią napisał do Rodziców przejmujący list pożegnalny.
Światło na mogiłach chłopców, o których mówiliśmy i cisza jaka towarzyszyła naszemu spotkaniu była mocniejsza, niż najmocniejsze słowa. To był magiczny wieczór…
Mieliśmy także nadzieję, na zorganizowanie czegoś podobnego w Bieczu, ale tutaj na przeszkodzie stanęły warunki techniczne. Wtedy do sprawy włączył się dyrektor Muzeum Ziemi Bieckiej, dr Paweł Kocańda, który z jakiegoś powodu uznał, że przecież ja potrafię przeprowadzić wykład w murach muzeum. Skąd on to wiedział, nie mam pojęcia, bo przecież ja sama tego nie wiedziałam...
Ile razy wcześniej dawałam wykład? Raz, 20 lat temu, służbowy, o tematyce wybitnie mnie nie interesującej i bardzo nudnej.
Czy byłam przerażona? Tak.
Czy czułam, że podołam? Nie.
Jedno co wiedziałam, to że temat mam opracowany i dam radę przygotować slajdy. A co będzie dalej, nie miałam pojęcia…
Przygotowałam prezentację, upiekłam ciasto i pojechałam do Biecza.
A potem znowu wydarzyło się coś zupełnie niespodziewanego.
Kiedy Pan Paweł sprawdzał ułożenie sali, wykrzyknął: — A po co tyle krzeseł na widowni! Rozśmieszyło mnie to, bo sama nie zwróciłam nawet uwagi. Pomyślałam, co ma być to będzie. Ostatecznie przy fotografowaniu tylko mnie, nie będzie widać pustej sali 😛
Byłam w dużym błędzie, bo sala się zapełniła, a nawet brakło krzeseł. Były najważniejsze dla mnie osoby, byli ci, których się nie spodziewałam, ale byli też uczestnicy, których nie znałam, osoby zupełnie obce, które coś na ten wykład przyciągnęło…
Wiedziałam, że mam wokół siebie życzliwe osoby, że jest Darek, który w razie czego mnie wesprze. Zaczęłam… a potem już poszło. Wspólnie z uczestnikami prześledziliśmy losy chłopaków z Biecza, którzy wyszli na wielką wojnę i z niej nie wrócili. Wszyscy byli w pełni zaangażowani i skupieni. Razem wędrowaliśmy przez Europę szlakiem austro-węgierskich pułków. Gdyby nie to, że wykład jest nagrany, to niewiele z niego bym zapamiętała. A kiedy skończyłam, to byłam zaskoczona, że to już…
Czy był to sukces obiektywny? Nie wiem.
Wiem natomiast, że był to mój sukces osobisty, którego ogromną częścią są Jadwiga i Darek.
Rok temu Darek wpadł na pomysł zorganizowania spaceru po bieckich cmentarzach wojennych. Na pierwszy i kolejne dwa poszłam jako widz, wsparcie duchowe i fotograf.
Wczoraj poprowadziliśmy wspólnie IV spacer.
Jeśli miarą sukcesu miałaby być liczba uczestników - to bądźmy szczerzy - był to najmniejszy z dotychczasowych spacerów. Jeśli natomiast wziąć pod uwagę, kto przyjechał i dlaczego, jaka atmosfera nam towarzyszyła i jak udało nam się razem z Darkiem zbudować historię bieckich cmentarzy - takiego spaceru dotąd nie było.
Czy będą kolejne? Tak, zapraszamy w kolejnym roku. Czy będą takie same? Nie wiem, bo przecież przed nami jesień i cała zima, a w czasie której pewnie znowu wydarzy się coś, co spowoduje, że zmienią się historie, które opowiadamy.
Wszyscy urodziliśmy się, by trafić na cmentarz, ale są wśród nas tacy, którzy trafiają tam znacznie częściej i z innych powodów, niż ten jeden ostateczny.
Darek o swoich powodach napisał u siebie na blogu.
A ja? Cóż, zawsze chciałam poznać ludzi, którzy odeszli zanim ja się urodziłam. Zadać pytania, poznać odpowiedzi, zrozumieć ich decyzje, a przede wszystkim zrozumieć siebie. Cmentarze dały mi siłę, wiarę w siebie i obudziły emocje, o których zapomniałam.
I wciąż umożliwiają spełnianie marzeń...
Moja rodzina związana jest z bieckimi cmentarzami od ok. 200 lat, ciekawe co by sobie pomyśleli, widząc moje pomysły na ten związek ;-)



.jpg)

Uwaga pewna, impulsowo-impulsywno-uczuciowa... - tak, jak cały ten Twój post. "... zmienią się opowiadane przez nas historie.." (te - na spacerach. SPACERACH - raczej). I tak, i... nie. Nadbudują się, dobudują - raczej. Czy będzie to zmiana, ich zmiana ? - tak. Ale - wydaje mi się tak, tak właśnie uczuciowo-impulsywnie, że - zgrabniej było by tak właśnie opisać, przedstawić tę zmianę, wielce prawdopodobną (dla mnie to oczywiste. Wierzę, niezachwianie, w Wasze talenty, w zdolność do poszukiwania, znajdowania, i robienia publicystycznego pożytku z tej roboty, tych odkryć. Szczęść-Najwyższy w tych zbożnych, wartościowych staraniach).
OdpowiedzUsuń