Pozdrowienia z Uścia Zielonego
[opis zdjęcia: kościół pw. Trójcy Przenajświętszej, fundowany w 1718 r., po lewej widoczny tabor armii austro-węgierskiej]
Chyba nigdy nie uodpornię się na emocje, które wzbudza we mnie czytanie wojskowych metryk zgonów. Sama świadomość obszerności tych zestawień i przywołanych miejsc robi na mnie ciągle wrażenie.
Kiedyś myślałam, że przeglądanie pułkowych metryk zgonów jest trudne, ostatnio dotarło jednak do mnie, że spisy armijne i szpitalne są dużo trudniejsze.
Największe wrażenie robią na mnie listy strat spisywane w Bieszczadach. Oczywiście temat nie jest mi zupełnie obcy, śledzę na bieżąco informacje o poszukiwaniu i odkrywaniu zapomnianych bieszczadzkich miejsc pochówku, o tym co ustalają archeolodzy i wolontariusze, co można znaleźć w archiwach, jak przywrócić imiona i nazwiska… Jednak czytanie artykułu to nie to samo, co kartkowanie niekończącej się listy zmarłych w lazaretach, punktach opatrunkowych czy szpitalach zlokalizowanych w miejscowościach, w których byłam tyle razy, w górach, w których byłam nie raz i nie dwa. Z głowy nie mogę wyrzucić zbitki słów, o których pomyślałam… Czerwone stoki…
Z tej perspektywy pamięć o Janie Kani, artylerzyście wydaje się wyjątkowa, wręcz indywidualna.
Jan Kania
Jan Kania pochodził z Łodygowic w powiecie żywieckim, rocznik 1881, był rolnikiem, zajmował się też kamieniarstwem. Miał żonę Marię i prawdopodobnie pięcioro dzieci: Teklę, Marię, (imię nieczytelne), Agnieszkę i Annę. Rodzina mieszkała z teściami Jana pod adresem Łodygowice 253.
Wybuch wojny i mobilizacja latem 1914 r. były momentem kiedy Maria Kania była bezsilna wobec czekającego ją losu. Zostawała z piątką malutkich dzieci, najstarsza córka Tekla miała 7 lat, a najmłodsza Ania 2 latka. Mieszkała wprawdzie przy rodzicach, ale brak męża, który razem z teściem prowadził gospodarstwo, dał się rodzinie mocno we znaki.
W dokumentach nie znalazłam informacji, kiedy dokładnie Jan został zmobilizowany, nie jest jednak wykluczone, że mogło to być zaraz na początku wojny. Był szeregowcem w krakowskim Pułku Haubic Polowych nr 1 (Feldhaubitzregiment - kilkukrotnie reorganizowany w czasie wojny).
[źródło]Żołnierze tego pułku ginęli nad Wisłą, w Karpatach, pod Gorlicami, nad Sanem i Dniestrem.
W sierpniu 1915 r. szef zaopatrzenia 4 Baterii, porucznik Otto Engelmann napisał list do żony Jana Kani, Marii:
[źródło]“Z wielką przykrością muszę wykonać mój obowiązek i powiadomić Panią, że Pani małżonek, Jan Kania, zginął podczas ofiarnego wypełniania obowiązków i został pochowany na cmentarzu w Uściu Zielonym. Jako dowódca zaopatrzenia baterii (Bespanungskommendant), do której był przydzielony Kania, wraz ze wszystkimi oficerami, w pełni podzielamy tę stratę, jako że był on pod każdym względem dobrym żołnierzem i człowiekiem.
"Jego śmierć dla Cesarza i Ojczyzny powinna dla dzieci jaśnieć przykładem.
Choć zdajemy sobie sprawę z bezsilności wobec niemożności naprawienia takiej straty,
pragniemy zrekompensować bieżące potrzeby, dlatego przesyłamy Pani oddzielną pocztą 150 [msz: tu nieczytelne]. Jest to wynik składki wśród oficerów i personelu.
Maria Kania stała bezsilna z listem, którego zapewne nie rozumiała. Przede wszystkim musiała znaleźć kogoś, kto przetłumaczy jego treść...
Informacje przesłane z Uścia Zielonego nie pozostawiały złudzeń. Jan Kania zmarł gdzieś nad Dniestrem, ponad 500 km od domu.
Czy rzeczywiście otrzymała pieniądze ze składki wśród kolegów? 150 (prawdopodobnie koron) było całkiem niezłą kwotą, która rzeczywiście mogła chwilowo zaspokoić bieżące potrzeby.
Latem 1915 r. sytuacja nad Dniestrem pomiędzy Stanisławowem a Monasterzyskami była zmienna. Obie armie przekraczały rzekę nie jeden raz. Ostatecznie w tym rejonie front przesunął się jeszcze dalej na wschód od Dniestru, w okolice Monasterzysk, nad rzekę Strypę i tam się ustabilizował do czasu ofensywy Brusiłowa w 1916 r.
W Uściu Zielonym od jesieni 1914 r. do lata 1915 r. stacjonowała armia rosyjska, która prowadziła lazaret w miejscowej szkole. Po wejściu armii austro-węgierskiej lazaret umieszczono najprawdopodobniej w tym samym budynku. Wg relacji rodziny dr Cyryla Kolago, lekarza w armii rosyjskiej, w czerwcu 1915 r. w Uściu Zielonym panowała epidemia cholery, która spowodowała śmierć tegoż lekarza.
Czy Jan Kania zmarł z ran, czy również był ofiarą epidemii szerzących się w każdej armii - tego już się nie dowiemy. List jest dosyć lakoniczny pod tym względem. Co ciekawe synowie dr Cyryla Kolago, pochodzącego z Litwy, odwiedzili jego grób w latach 30-tych XX w. Pamiątką po tym było zdjęcie wykonane na cmentarzu w Uściu Zielonym. Dzięki temu po ponad 100 latach odtworzono mogiłę lekarza.
Dzisiaj stary cmentarz w Uściu Zielonym, dawnym miasteczku II RP, chyli się ku upadkowi, zarasta samosiejkami i wysoką trawą, a piękne kiedyś nagrobki umierają wraz z pamięcią o pochowanych tam pokoleniach i ofiarach wielkiej wojny.
Co stało się z mogiłą Jana Kani, czy była jedną z wielu, kryjących szczątki żołnierzy armii rosyjskiej i austro-węgierskiej, zmarłych w tym małym miasteczku nad Dniestrem w wyniku cholery lub toczonych walk? Czy przetrwała do końca wojny, a Maria z dziećmi mogła ją kiedykolwiek odwiedzić?
Te pytania na razie pozostawię bez odpowiedzi, bo to wciąż nie jest koniec historii Jana i Marii Kaniów.
Okazało się, że za wyjątkiem osobistego listu porucznika Engelmanna, Maria nigdy nie otrzymała innego oficjalnego dokumentu zawiadamiającego ją o śmierci Jana. List - mimo że podpisany przez dowódcę - nie mógł być jednak podstawą postępowania w urzędach cywilnych i kościelnych. A zatem Maria nie mogła dysponować majątkiem, otrzymać zasiłku czy choćby wyjść ponownie za mąż.
W 1920 r., kiedy sytuacja w odrodzonej Polsce nieco się unormowała, Maria Kania postanowiła wziąć sprawy w swoje ręce.
Czy powodem były spadkowe, czy może już wtedy myślała o ponownym zamążpójściu? Trudno dzisiaj powiedzieć, ale faktem jest, że zgłosiła się do polskiej administracji wojskowej w celu uzyskania metryki zgonu męża.
Jako dowód przedłożyła otrzymany z Uścia Zielonego list ówczesnego pułku FHR nr 1. Na tej podstawie urzędnicy wojskowi dokonali stosownej adnotacji w księgach metrykalnych i - jak należy sądzić - wydali Marii oficjalne potwierdzenie zgonu Jana Kani.
I rzeczywiście, będąc już formalnie wdową Maria Kania z domu Rączka, w 1923 r. wyszła ponownie za mąż za Antoniego Kubicę.
Czy w tej sytuacji ktokolwiek myślał o wyjeździe gdzieś za Dniestr i szukaniu mogiły Jana? Raczej jest to mało prawdopodobne…
Ulotny dokument z 1915 r. napisany na skromnym kawałku papieru, wytarty i z poszarpanymi brzegami przetrwał i po ponad 100 latach wciąż można go odczytać.
Ciekawe, czy żyją potomkowie Jana i Marii Kaniów i czy pamięć w rodzinie o mogile gdzieś nad Dniestrem też przetrwała.
[*] dziękuję Panu Łukaszowi Kominiakowi za pomoc w dotarciu do źródeł metrykalnych.






.jpg)

Komentarze
Prześlij komentarz